wywiad

Wioletta Grzegorzewska: Pisarz potrzebuje zmian, czasu na myślenie, przygód i wolności | 10 pytań na nasze 10-lecie

Zupełnie Inna Opowieść ma już ponad 10 lat. Czy dekada to dużo, czy mało? Pytamy o to ludzi literatury. Pytamy ich też, jak im upłynęła ostatnie 10 lat, co stworzyli, czym się zachwycili, co planują. Dziś Wioletta Grzegorzewska.

Wioletta Grzegorzewska, fot. Joanna Sidorowicz

– Pisarz nie może tkwić w jednym środowisku, potrzebuje zmian, czasu na myślenie, przygód i wolności – mówi Wioletta Grzegorzewska (pseudonim dla zagranicznych czytelników Wioletta Greg) jest pisarką nominowaną do Nagrody Literackiej Nike, która po wielu perypetiach osiedliła się nad rzeką Ouse w Wielkiej Brytanii, autorką tomów poetyckich: „Wyobraźnia kontrolowana”, „Parantele”, „Orinoko”, „Inne obroty”, „Ruchy Browna”, dwujęzycznych zbiorów poezji „Pamięć Smieny”, „Wzory skończoności i teorie przypadku”, wyboru wierszy „Czasy zespolone”, fikcyjnego dziennika „Notatnik z wyspy”, trzech opowieści o dorastaniu: „Guguły” (finał Nagrody Literackiej Nike, finał Nagrody Literackiej Gdynia, nominacja do The International Man Booker Prize – za „Swallowing Mercury”, czyli „Guguły” w tłumaczeniu Elizy Marciniak), „Stancje”, „Tajni dyrygenci chmur”, książki dla dzieci „Lola i ptaki” i pandemicznej powieści drogi „Wilcza rzeka”. 12 listopada 2021 roku opublikowaliśmy wywiad z pisarką o „Wilczej rzece”, a 23 maja 2024 roku – o „Tajnych dyrygentach chmur”.

Zupełnie Inna Opowieść: 10 lat – dużo? Mało?

Wioletta Grzegorzewska: Niesamowite, że obchodzicie już rocznicę cynową! Gratulacje. Trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby tak długo prowadzić portal kulturalny bez pomocy grantów państwowych. Coś o tym wiem, bo także kiedyś próbowałam redagować magazyn literacki. Yuval Noah Hararri, którzy patrzy na historię z perspektywy tysiącleci, powiedziałby, że istniejecie bardzo krótko. Cha, cha.

Dla mnie dekada to szmat czasu – odmierzam go według tego, jaki pies towarzyszył mi w danym okresie życia. Na przykład prawie 20 lat mojej emigracji to czasy owczarka pasterskiego Leo. Spacerowałam z nim na wyspie Wight szlakiem do zakonu Quarr Abbey, gdzie benedyktyńscy mnisi podawali turystom niezłą kawę, brzegiem cieśniny Spithead w Ryde, a po przeprowadzce w East Tilbury wzdłuż błotnistych rozlewisk Tamizy. Na koniec w Lewes nad rzeką Ouse. W czasach Leo napisałam wszystkie moje powieści. Teraz zaczął się u mnie czas Bustera, czternastoletniego kundelka, którego właśnie adoptowałam ze schroniska w hrabstwie Sussex.

Debiutowała pani jako poetka w 1997 roku, jako autorka prozy w 2014. Z czym kojarzy się pani ten czas? Czy dostrzega pani istotne kamienie milowe w swojej twórczości?

– Od zawsze chciałam pisać. Niestety po urodzeniu syna nie mogłam, bo musiałam pracować w księgarni taniej książki „Mieszko”. Praca w takim miejscu na początku była rozwijająca, ale po kilku latach zrozumiałam, że nadszedł czas na zmianę. Ogólnopolski debiut zawdzięczam córce Kazimierza Wyki. Pani Marta przyjęła moje wiersze do druku na łamy „Dekady Literackiej”. Kiedy listonosz przyniósł podłużną kopertę z tym pismem, byłam już wtedy matką, więc musiał być rok 1997. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Największym kamieniem milowym była emigracja. Stałam się wtedy niezależna. Pisarz nie może tkwić w jednym środowisku, potrzebuje zmian, czasu na myślenie, przygód i wolności.

Czy gdyby mogła pani cofnąć czas, zmieniłby pani coś w swoich pisarskich decyzjach?

– Starałbym się jeszcze lepiej opracować moje książki, dokładniej czytać umowy wydawnicze i bardziej walczyłabym o swoje prawa. Zapisałabym się na filologię angielską, żeby jeszcze głębiej poznać ten język. Teraz już nie mam na to siły.

Od zawsze chciałam pisać. Niestety po urodzeniu syna nie mogłam, bo musiałam pracować w księgarni taniej książki „Mieszko”. Ogólnopolski debiut zawdzięczam córce Kazimierza Wyki. Pani Marta przyjęła moje wiersze do druku na łamy „Dekady Literackiej”. Kiedy listonosz przyniósł podłużną kopertę z tym pismem, byłam już wtedy matką, więc musiał być rok 1997. Nigdy nie zapomnę tego dnia.

Jak zaczęła pani pisać? I dlaczego?

– Pierwsze teksty pisałam jako dwunastolatka. Nie były to liryki jak ze sztambucha pensjonarki, nie wzdychałam w nich do nikogo. Notowałam w brulionach wiersze polityczne, sprzeciwiałam się w nich złemu traktowaniu zwierząt oraz zrzuceniu bomby na Hiroszimę i Nagasaki. „To Harry Truman i Oppenheimer nie pozwolili Sadako żyć”, napisałam jako dziecko. Warsztat pisarski szlifowałam na studiach. W trakcie juwenaliów studenci z polibudy (tak mówiliśmy na politechnikę) spotkali się ze studentami z filologii polskiej i razem rozkręcili zina „RZUR”. Nie pytajcie mnie, co znaczy ten skrót, bo nie pamiętam (śmiech). Potem współpracowałam z magazynem kulturalnym „Aleje 3”, a po studiach zostałam dziennikarką w „Życiu Częstochowy”. Mój pierwszy większy tekst był o UFO. Opisywałam też zaćmienie słońca, życie bezdomnych w parku Staszica pod Jasną Górą, zabawy dzieci ze slumsów Przemysłowej i Targowej. 

Prosimy dokończyć: Gdybym jednak nie została pisarką, to byłabym…

– Malarką lub vetką, czyli kimś w rodzaju doktorki Dolittle. Kocham zwierzęta i jeśli w końcu zmęczy mnie literatura, to znajdę sobie pracę w schronisku dla zwierząt, albo będę zawodowo wyprowadzała psy. W Wielkiej Brytanii „dog walker” zarabia od 12 do 15 funtów za godzinę. Pisarz dostaje mniej.

Uważa pani swoje pisarskie marzenie za spełnione? Jeśli tak, to dlaczego. Jeśli nie, to co jest tym marzeniem?

– Powiedziałabym, że tak, bo osiągnęłam więcej, niż planowałam, ale gdybym mogła z tego naprawdę żyć, to byłoby wspaniale. Prawda jest taka, że jeśli nie piszesz literatury rozrywkowej, albo nie dostałeś Nobla, to raczej czeka cię los błądzącego po Christianii włóczęgi z „Głodu” Hamsuna.

Przeczytaj także:

Czego oczekuje pani od literatury? Swojej literatury i literatury w ogóle.

– Niczego nie oczekuję od literatury, bo oczekiwania wstrzymują jej rozwój. Mam dwa testy, według których znajduję dobrą książkę: czytam 20 stron lub słucham 10 minut audiobooka i sprawdzam, czy treść zadziała mi na wyobraźnię. Drugi test jest na wiarygodność. Możesz mi opowiedzieć o locie na Marsa, ale zrób to tak, żebym ci uwierzyła. Moim zdaniem należy też unikać sztampowych fraz i ogranych pomysłów, nie ulegać modom i przypadkowym opiniom.

Ja po napisaniu każdego rozdziału długo poprawiam tekst i to jest najtrudniejszy etap. Popijam kawę i godzinami wycinam powtórki, niechciane rymy, pleonazmy, wszelkie niedoróbki i nadmiar słów. Wkładam w to dużo wysiłku, ale i tak zawsze coś przeoczę. Dlatego pomaga mi potem redakcja.

Jakie książki (albo inne dzieła kultury) ukształtowały panią – jako człowieka, jako pisarkę? (ulubione książki, ulubieni pisarze). Ma pani ulubionego bohatera literackiego? Swojego? Cudzego?

– Lista moich ulubionych książek ciągle się zmienia – w zależności od nastroju. Ale mogę powiedzieć, że mam kilkadziesiąt ulubionych bohaterów literackich. Są to zwykle postacie osobne, zbuntowane, z wyobraźnią: na przykład młoda Tatarka z „Zulejka otwiera oczy” Guzel Jachiny, zesłany do gułagu młody gej z „Huśtawki oddechu” Herty Müller, postać prześladowanego geja, która się wyłania z esejów Didiera Eribona, gnębiona przez matkę masochistka Erika Kohut z „Pianistki” Elfriede Jelinek, odważna Freda z „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood. Lubię wrażliwą narratorkę z „Odeszło, zostało” Jennifer Croft, poetkę z „Krótkiej wymiany ognia” Zyty Rudzkiej, bezbronną i upadłą alkoholiczkę Tamarę Mortus z „Nocnych zwierząt” Patrycji Pustkowiak, bohaterkę drugiej części „Drobnego szczegółu” Adanii Shibli – za jej upór odkrywania prawdy, Rahel Ipę z „Boga rzeczy małych” Arundhati Roy, kocham androidkę z „Klary i słońce” Kazuo Ishiguro, Veronique z powieści Ewy Stachniak „Szkoła luster”, odważne i solidarne bohaterki z „Księgi nocnych kobiet” Marlona Jamesa, kronikarza Fortunatę z „Solfatary” Macieja Hena. Kiedyś bardzo lubiłam powieści Josepha Conrada. Ostatnio maszeruję na małej bieżni domowej. W trakcie słucham „Czarodziejskiej Góry” Manna w wykonaniu Adama Ferencego.

Powiedziałabym, że uważam moje pisarskie marzenie za spełnione, bo osiągnęłam więcej, niż planowałam, ale gdybym mogła z tego naprawdę żyć, to byłoby wspaniale. Prawda jest taka, że jeśli nie piszesz literatury rozrywkowej, albo nie dostałeś Nobla, to raczej czeka cię los błądzącego po Christianii włóczęgi z „Głodu” Hamsuna.

Kiedy nie piszę, to…

– Czytam, rozmawiam z córką, gotuję, spaceruję z psem, przesadzam kwiatki, oglądam przyrodnicze filmy dokumentalne. Lubię wymyślać potrawy na bazie kuchni światowej. Ostatnio eksperymentuję z aromatyczną dynią piżmową. Wymyśliłam potrawkę z tego warzywa, czarnej fasolki i pomidorów, ziemniaków. Często chodzę do „charity shopów”, czyli lumpeksów różnych fundacji charytatywnych i kartkuję tam książki. Ostatnio w powieści „Koniec romansu” Grahama Greene’a znalazłam wizytówkę z weneckiej restauracji. To dobry początek na powieść, prawda? Julian Barnes by to rozkręcił. Ja zrezygnowałam, bo nigdy nie byłam w Wenecji.

Nad czym pani teraz pracuje?

– Po premierze „Tajnych dyrygentów chmur” odpoczywam i piszę wiersze. Odeszłam z Facebooka, żeby żyć po swojemu. Chciałabym napisać nową powieść drogi. Czekam na wydarzenia, które mnie zainspirują. Oby nie była to kolejna pandemia.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej