Zupełnie Inna Opowieść ma już 10 lat. Dużo? Mało? Pytamy o to ludzi literatury. Pytamy ich też, jak im upłynęła ostatnia dekada, co stworzyli, czym się zachwycili, co planują. Dziś Maciej Hen, laureat Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza.

– Staram się pisać takie książki, jakie sam chciałbym czytać. A chciałbym czytać opowieści ludzkie, angażujące emocjonalnie, niegłupie – mówi Maciej Hen, pisarz, operator, fotograf, reżyser filmów dokumentalnych, scenarzysta, tłumacz, muzyk i aktor. Jest autorem powieści „Według niej” (pod pseudonimem Maciej Nawariak), „Solfatara”, „Deutsch dla średnio zaawansowanych”, i „Segretario”, której recenzję zamieściliśmy 8 maja 2023 roku, oraz książki non-fiction „Beatlesi w Polsce”.
Zupełnie Inna Opowieść: 10 lat – dużo? Mało?
Maciej Hen: Myślę, że to dużo. Niejedno pismo literackie, dysponujące jakimś budżetem i sprzedawane w kioskach, nie przetrwało tak długo. Pogratulować! I życzę Zupełnie Innej Opowieści jeszcze wielu lat, a zwłaszcza, żeby przez jeszcze wiele lat było o czym pisać.
Debiutował pan w 2004 roku, a pod własnym nazwiskiem w 2015. Z czym kojarzy się panu ten czas od debiutu? Dostrzega pan jakieś istotne kamienie milowe w swojej twórczości?
– Podczas pracy nad „Według niej” byłem przekonany, że to jedyna książka, którą mam do napisania. A jednak zabrałem się, początkowo nieśmiało, za „Solfatarę”, i po kilkunastu stronach poczułem jak ten nowy pomysł coraz bardziej mnie wciąga. Pierwszym kamieniem milowym było to, że książką, jeszcze wówczas nieskończoną, zainteresowało się duże wydawnictwo, W.A.B. Drugim, że kiedy już się ukazała, spotkała się z życzliwym przyjęciem krytyki i trafiła do finału kilku nagród, w tym Angelusa, a ostatecznie zdobyła nową wówczas nagrodę imienia Gombrowicza. Kolejne kamienie milowe to były kolejne książki po prostu – każda inna od pozostałych, a przecież z każdej z nich jestem dumny. Dużym przełomem była też dla mnie publikacja angielskiego przekładu „Według niej” w tłumaczeniu Anny Błasiak, bo to oznacza, że i zagraniczny czytelnik może teraz sięgnąć po moją książkę.
Czy gdyby mógł pan cofnąć czas, zmieniłby pan coś w swoim pisarskich decyzjach (inne gatunki, tematy)?
– Nie wiem, czy by to miało sens. Kiedyś, na samym początku, a właściwie w moich literackich czasach prehistorycznych, myślałem o prozie gatunkowej – kryminałach – bo mi się wtedy wydawało, że to jest łatwe. Dziś myślę o takich gatunkach jak o czymś, na czym się łatwo wyłożyć – bo do tego, uważam, trzeba mieć specjalny rodzaj talentu, którego ja mogę nie mieć, a poza tym myślę, że każdy powinien pisać to, co mu w duszy gra.
Czasami natomiast przychodzi mi do głowy, że może powinienem był pisać moje książki w innej kolejności. Ale to się tak nie da. Ta kolejność wynika z pewnych procesów myślowych, które zachodzą w autorze, i to co się już wcześniej napisało, też jest częścią tych procesów. Więc gdybym na przykład zaczął od „Deutscha”, to wątpię, czy umiałbym go tak napisać, jak napisałem. Chociaż, kto wie, może bym to zrobił inaczej i nawet lepiej?
Z punktu widzenia marketingowego na pewno sprytniej by było umieścić „Według niej” na końcu chronologicznej listy moich powieści niż na początku, ale nie sądzę, żebym był dzisiaj w stanie napisać taką książkę, choć mam już teraz większe umiejętności pisarskie. Jeśli człowiek nie zabierze się do pisania wtedy, kiedy temat go porywa, to po iluś tam latach, wypełnionych przez inne przygody literackie, może się okazać, że dawny zapał wygasł i już się nie da go rozdmuchać.
Podczas pracy nad „Według niej” byłem przekonany, że to jedyna książka, którą mam do napisania. A jednak zabrałem się, początkowo nieśmiało, za „Solfatarę”, i po kilkunastu stronach poczułem jak ten nowy pomysł coraz bardziej mnie wciąga. Pierwszym kamieniem milowym było to, że książką, jeszcze wówczas nieskończoną, zainteresowało się duże wydawnictwo, W.A.B. Drugim, że kiedy już się ukazała, spotkała się z życzliwym przyjęciem krytyki i trafiła do finału kilku nagród, w tym Angelusa, a ostatecznie zdobyła nową wówczas nagrodę imienia Gombrowicza.
Jak zaczął pan pisać? I dlaczego?
– W latach 90. dokształcałem się z judaizmu w Fundacji Laudera. Jednym z wykładowców na obozach letnich i zimowych był rabin Lieber, amerykański chasyd z odłamu Ger. Często służyłem mu podczas tych wykładów za tłumacza. W 1994 roku doszła nas wiadomość, że zmarł przywódca innego odłamu chasydów – Lubawicz – Menachem Mendel Schneerson, uważany przez swoich zwolenników za oczekiwanego Mesjasza (on sam nie wypowiadał się w tej kwestii, będąc w ostatnich trzech latach życia sparaliżowany po wylewie). Któryś z kursantów zapytał wtedy rabina Liebera, czy skoro lubawicze mają swojego Mesjasza, którego inni Żydzi za takiego nie uznają, to znaczy, że tym samym są wykluczeni ze społeczności żydowskiej. „Ależ skąd”, odpowiedział. „My tylko nie uznajemy ich cadyka za Mesjasza, pod tym względem się różnimy, ale poza tym szanujemy i jego, i jego chasydów.” Ta odpowiedź mnie zaskoczyła, bo przecież pamiętałem, że w Nowym Testamencie Jezus i jego uczniowie ścigani są jak za grzech śmiertelny tylko za to, że uważają swojego lidera za Mesjasza. Ciekawe swoją drogą – pomyślałem sobie – za co on sam się uważał. I po tej myśli już bardzo szybko przyszedł mi do głowy pomysł na powieść „Według niej”. Nigdy przedtem nie przyszło mi do głowy, żeby spróbować napisać coś na serio; owszem, jakieś scenariuszyki, jakieś przymiarki do kryminałów – tak, ale to z myślą o innych celach: pieniądze, albo przynajmniej szansa na zrobienie czegoś większego w moim wyuczonym zawodzie operatora. Tym razem po raz pierwszy w życiu poczułem, że MUSZĘ napisać taką książkę, bo chcę coś światu powiedzieć. Inna rzecz, że zanim naprawdę zabrałem się za pisanie, minęły dalsze dwa lata.
Przeczytaj także:
Proszę dokończyć: Gdybym jednak nie został pisarzem, to byłbym…
– Muzykiem rockowym. W swoim czasie zabrakło mi determinacji, żeby całkowicie poświęcić się muzyce, ale chyba jednak dobrze się stało, bo właściwie zrezygnowałem z jej czynnego uprawiania wtedy, kiedy zrozumiałem, że nie mam w tej dziedzinie nic istotnego do powiedzenia, w każdym razie nic tak dla mnie ważnego jak to, co chcę wyrazić przez literaturę.
Uważa pan swoje pisarskie marzenie za spełnione? Jeśli tak, to dlaczego. Jeśli nie, to co jest tym marzeniem?
– Jeszcze nie całkiem spełnione. Muszę zrealizować jeszcze dwa pomysły literackie, ale potem być może rzeczywiście pozwolę sobie spocząć na laurach. Chociaż nigdy nie wiadomo – może jednak wtedy zaświta mi jakiś nowy pomysł i nie oprę się pokusie, żeby spróbować go rozwinąć? Obym tylko nie porwał się na to, kiedy już moja wyobraźnia będzie na wyczerpaniu.
Czego oczekuje pan od literatury? Swojej literatury i literatury w ogóle.
– Od jednej i drugiej oczekuję tego samego, bo staram się pisać takie książki, jakie sam chciałbym czytać. A chciałbym czytać opowieści ludzkie, angażujące emocjonalnie, niegłupie i w miarę możliwości nawet dające do myślenia, oryginalne w pomyśle, skutecznie operujące humorem, wzruszeniami, napięciem, a przy tym dobrze skonstruowane, dobrze opowiedziane, z błyskotliwymi dialogami, bez klisz i wyświechtanych związków frazeologicznych, bez pretensjonalnego zadęcia, taniego efekciarstwa i przebijającego przez zabiegi formalne autorskiego samozachwytu.
Pamiętałem, że w Nowym Testamencie Jezus i jego uczniowie ścigani są jak za grzech śmiertelny tylko za to, że uważają swojego lidera za Mesjasza. Ciekawe swoją drogą – pomyślałem sobie – za co on sam się uważał. I po tej myśli już bardzo szybko przyszedł mi do głowy pomysł na powieść „Według niej”. Nigdy przedtem nie przyszło mi do głowy, żeby spróbować napisać coś na serio.
Jakie książki (albo inne dzieła kultury) pana ukształtowały – jako człowieka, jako pisarza? (ulubione książki, ulubieni pisarze). Ma pan ulubionego bohatera literackiego? Swojego? Cudzego?
– Stale powracam do klasyki, od Homera po Tomasza Manna. Z kobiet – chyba najbardziej Emily Brontë, ale i obie jej siostry. Razem są one może największym fenomenem prozatorskim w dziejach. Czytam, oczywiście, też autorów współczesnych – myślę że i spośród nich da się odsiać tych, którzy w przyszłości pomyślnie przejdą próbę czasu, ale nie poważę się ich teraz wytypować. To samo dotyczy bohaterów. Powiedziałbym, że wybrać kilku z nich, tak samo jak kilkoro autorów, znaczyłoby pominąć dziesiątki innych, którzy na to zasługują, ale akurat w tej chwili nie wpadli mi do głowy. Wolę pozostawić tę kwestię otwartą.
Kiedy nie piszę, to….
– Realizuję światło w telewizji, a w wolnych chwilach próbuję dbać o moich najbliższych, ale też czasem pogrywam sobie na gitarze i podśpiewuję, jeżdżę na rowerze, i w ogóle staram się cieszyć życiem.
Nad czym pan teraz pracuje?
– Nie mogę teraz zdradzić szczegółów. Powiem tylko, że jest to coś w zupełnie nowym dla mnie gatunku literackim, ale już widzę, że chyba powinno się udać. Mam nadzieję, że ukaże się jesienią przyszłego roku.

