Prawdziwy horror zaczyna się, kiedy uświadamiam sobie, że jednak się pomyliłem na etapie wczesnej oceny. Przeceniłem coś, uznając, że chcę być zaskoczony, przekabacony i przekonwertowany przez daną powieść – pisze w styczniowym felietonie Dawid Kornaga.

Prawdziwy horror to taki, który sprawia, że zapominasz o samym filmie. Wydaje ci się, że to dzieje się naprawdę. Przeszywa cię autentyczny dreszcz grozy, coś przerażająco atawistycznego. Masz ochotę nie tylko zamknąć oczy, ale i przestać słyszeć, a najlepiej to jak najszybciej zakończyć projekcję i przełączyć się na jakiś rozluźniający twój state of mind komediodramat.
Lecz horror trwa, a ty chcesz nadal samobójczo w nim pozostać niczym potencjalna ofiara nieuchronnego zła. Niby fabularnie gilty pleasure, w praktyce chęć niezamierzonego podświadomie katharsis. To jak pójście na wielkie wesele w klasycznym stylu, disco, wódka i polo, wiadomo więc, czego się spodziewać? A jednak nadchodzi moment, że z nagła tracisz kontrolę i potem ze zdziwieniem, po kilku dniach, przeglądasz zdjęcia od zmierzchu do samego świtu, kiedy państwo młodzi dawno w sypialni, za to weselnicy, w tym i ty, wciąż dokazujecie jakby impreza dopiero się zaczęła.
Coś, co po „the end” wchodzi na psyche
Na pewno wielu z nas przypomni sobie „ulubiony” horror, który wstrząsnął nami do reszty. Do skrajnej warstwy szpiku kości, do ostatniej ocalałej w ramach resztek zdrowego rozsądku komórki nerwowej. Nie chodzi tutaj o ulubione przeze mnie slashery, tylko dopieszczone dramaturgicznie oraz inscenizacyjnie filmy, operujące błyskotliwie zaawansowaną emanacją strachu oraz złowrogiego niepokoju praktycznie w każdej scenie, czegoś przemyślnie tajemniczego, a przy tym ostatecznie groźnego i morderczego. Coś, co po „the end” wchodzi na psyche i potrafi zagnieździć się w niej na długie lata.
Ten efekt przerażenia, a też chęci ucieczki od tego strachu, dotyczy zarówno dzieł filmowych, jak i literackich. Mnie osobiście horrory lepszych i gorszych Kingów tego świata nie pociągają, choć doceniam ich potencjał dramaturgiczny, który potem kino, dzięki sprawnemu reżyserowi i scenarzyście, potrafi przerobić w porywające obrazy. Co by nie mówić, klaun z To z powieści Kinga jest uczciwie zły, równocześnie ujmująco złośliwy oraz sto razy bardziej sugestywny od dziesiątków cyrkowych klaunów. „Robi wrażenie”, jakby powiedział tiktoker Mr Kryha. Ten sam klaun zagrany przez Billa Skarsgårda w filmie z 2017 robi jeszcze większe wrażenie. Po napisach końcowych zasypiasz z jego krwiożerczą twarzą pod powiekami, z niepohamowaną przez żadnego anioła stróża obawą, że ten klaun ci się przyśni i będzie to jeden z koszmarów typu „Kaczyński mianowany na dożywotniego prezesa Rzeczpospolitej Polskiej”.
Przeczytaj także:
Kciuk w górę lub w dół
Horrory, jak widać, mają drugie dno. Jak pełne sublimacji degustowanie win czy whisky, które z czasem może zamienić się w alkoholizm.
Dla mnie największym horrorem, czytaj: porażką jest moment, kiedy mimo dobrych chęci nie jestem w stanie dokończyć lektury danej powieści lub obejrzenia wybranego filmu. Kiedyś wspomniałem, że nim po cokolwiek sięgnę, starannie się do tego przygotowuję. Nie chodzi o recenzje, które często mogą tylko namieszać. Chodzi o ogólne podejście związane z akceptacją tego, czemu mam poświęcić swój czas. W przypadku książek — dużo czasu. Jako autor sam jestem świadomy, że podobne zadanie wykonują czytelnicy moich powieści. Kciuk w górę lub w dół.
Więc teraz mogę wypowiadać się jako odbiorca. Prawdziwy horror zaczyna się, kiedy uświadamiam sobie, że jednak się pomyliłem na etapie wczesnej oceny. Przeceniłem coś, uznając, że chcę być zaskoczony, przekabacony i przekonwertowany przez daną powieść.
Jako czytelnik potrzebuję emocji
Na początku zaczynam mierzyć się z fabułą, stylem, literki latają mi po głowie, zdania zamieniają się w obrazy, „jadę”, czyli czytam, wchodzę mocno w świat przedstawiony. Jestem w ćwierci. Jestem w połowie. Jestem nawet dalej. I wtedy pojawia się klaun zwątpienia. Autor wprowadza w swoim dziele mętlik. Staje się na przykład niekonsekwentny w ekspozycji postaci, jedne gdzieś znikają, drugie wychodzą na plan pierwszy bez żadnego uzasadnienia. Walczę sam ze sobą, czując się właśnie jak w jakimś horrorze, jestem zlękniony, struchlały. Nie z powodu fabuły, która przestaje na mnie działać, która przestaje mnie obchodzić jak deklaracje o pokoju na świecie autorstwa Putina. Boję się czytać dalej, bo boję się kolejnych porażek, zwłaszcza co do dalszych nietrafionych działań postaci czy zniżki dialogów.
W efekcie stopniowo tracę siłę dla lektury. Energia przechodzi w ospałość. Ciekawość staje stuporem w obliczu przewidywalności. I nie chodzi o to, by dana fabuła miała mnie non stop zaskakiwać twistami w stylu thrillera czy kryminału. To może być smętna obyczajówka o totalnych zwyczajniakach. A również może mnie pożreć swoim przebiegiem akcji.
Jako czytelnik potrzebuję emocji. Nie papierowych. Nie wykoncypowanych, bez uwzględniania wiarygodności psychologicznej. To jest mój horror czytelniczy. Który jeszcze się pogłębia, kiedy pomyślę, a co, jeśli i proponowane przeze mnie fabuły mogą wzbudzać takie reakcje, takie „horrory”?! Jeszcze taki się nie narodził, co by wszystkim dogodził. Nie zmienia to faktu, że warto próbować, rozszerzać targety własnych oczekiwań. Nie ma większego horroru, jak zadowolenie tylko z własnego poletka.

