Zupełnie Inna Opowieść ma już 10 lat. Dużo? Mało? Pytamy o to ludzi literatury. Pytamy też, jak im upłynęła ostatnia dekada, co stworzyli, czym się zachwycili, co planują. Dziś Ryszard Ćwirlej, laureat m.in. Nagrody Kryminalnej Piły, Nagroda Wielkiego Kalibru i dwukrotnie Nagrody Czytelników Wielkiego Kalibru.

– Jest mi dobrze tam, gdzie jestem. Lubię czytać kryminały i lubię też je pisać. Przy tym ważne jest to, że podczas pisania całkiem dobrze się bawię – mówi Ryszard Ćwirlej, pisarz, dziennikarz, wykładowca, przewodniczący jury konkursu Kryminalny Debiut Roku. Autor niemal trzydziestu powieści, twórca gatunku kryminału neomilicyjnego, rozpoczętego powieścią „Upiory spacerują nad Wartą”, w ramach którego opublikował m.in. powieści „Błyskawiczna wypłata” (Nagroda Kryminalnej Piły), „Śliski interes” (Negroida Czytelników Wielkiego Kalibru) i „Masz to jak w banku”. Powieścią „Tam ci będzie lepiej” rozpoczął cykl kryminałów retro, m.in. powieści „Zaśpiewaj mi kołysankę”, „Wszyscy słyszeli jej krzyk” i „Tylko umarli wiedzą” (Nagroda Wielkiego Kalibru, Nagroda Czytelników Wielkiego Kalibru). Jest też autorem kryminałów współczesnych „Niebiańskie osiedle” i „Tęczowa dolina”. Pierwszą recenzję jego powieści opublikowaliśmy 5 marca 2015 roku.
Zupełnie Inna Opowieść: 10 lat – dużo? Mało?
Ryszard Ćwirlej: To jak strzał w dziesiątkę, celny i najlepszy z możliwych. Dziesięć lat robicie dobrą robotę na literackim poletku. Jakoś sobie nie wyobrażam tego, że jakaś ważna impreza mogłaby się obyć bez waszego udziału. Zawsze jesteście i robicie swoje z kamerami i mikrofonami, więc wpisaliście się już na stałe w moją kryminalną rzeczywistość.
Debiutowałeś w 2007 roku, szesnaście lat temu, dziś jesteś autorem niemal 30 powieści, a także opowiadań. Z czym kojarzy ci się ten czas? Dostrzegasz jakieś istotne kamienie milowe w swojej twórczości?
– Pierwszy kamień milowy to oczywiście debiut. Gdyby nie pierwsza książka, gdyby nie jej dobre przyjęcie przez czytelników, wszystko wyglądałoby inaczej. Pewnie nie napisałbym drugiej, bo na początku nie bardzo wierzyłem we własne umiejętności. No ale się udało i poszło z górki. Kolejny kamień to wyjście z cyklu milicyjnego i rozpoczęcie podróży historycznej, czyli przygody z historią za sprawa cyklu o komisarzu Fischerze. No i kolejny etap to moment w którym doszedłem do wniosku, że nie tylko historia, ale także teraźniejszość może być ciekawym tłem dla pisania kryminałów. I tak powstała Aneta Nowak.
Przeczytaj także:
Czy gdybyś mógł się cofnąć, zmieniłbyś coś w swoim pisarskich decyzjach (inne gatunki, tematy)?
– Jest mi dobrze tam, gdzie jestem. Lubię czytać kryminały i lubię też je pisać. Przy tym ważne jest to, że podczas pisania całkiem dobrze się bawię. Więc jakbym jeszcze miał coś do wyboru i gdybym miał więcej czasu, którego niestety ciągle braknie, to może wziąłbym się jeszcze za pisanie fantasy, bo to drugi z moich ulubionych gatunków. No ale, kryminały pochłaniają mnie bez reszty, więc baśnie zostawię sobie może na emeryturę.
Jak zacząłeś pisać? I dlaczego?
– Zacząłem pisać w podstawówce. Mówię całkiem poważnie, wtedy zaczynałem opisać pierwsze opowiadania. Ale jakoś żadnego nie udało mi się ukończyć. W ogólniaku pisałem już znacznie lepiej i wtedy powstało już kilkanaście opowiadań klimatem przypominających opowiadania Sławomira Mrożka. Na studiach zacząłem pisać opowiadania o łowcach smoków, a potem zacząłem pracę w telewizji i już nie miałem czasu myśleć o fikcji. Trzeba było pisać felietony o dziurach w jezdni albo o przyjeździe jakiegoś ważnego polityka do Poznania. Więc na pisanie byłem skazany od zawsze, a kryminał był tylko konsekwencją moich wcześniejszych literacko dziennikarskich działań.
Dokończ: Gdybym jednak nie została pisarzem, to byłabym…
– Byłbym gościem siedzącym pod sklepem i pożyczającym dwa złote od każdego klienta. Mam takich facetów u siebie na wsi, którzy tak pracują każdego dnia i zazdroszczę im bezstresowego życia. Oni nic nie muszą, oprócz tego, że muszą się napić. Całymi dniami siedzą i myślą jak cynik Diogenes. On myślał o złożoności świata, a oni o ludzkich charakterach, bo potrafią ocenić każdego wchodzącego do sklepu już z daleka. Wiedzą, kogo poprosić o kasę i nie zaczepiają takich, którzy na pierwszy rzut oka nie rokują. Filozofowie spod sklepu są tam co dzień, czy słońce czy deszcz, nie mają tylko beczek, w których mogliby oczekiwać jak Diogenes na to co przyniesie dzień.
W ogólniaku pisałem już znacznie lepiej i wtedy powstało już kilkanaście opowiadań klimatem przypominających opowiadania Sławomira Mrożka. Na studiach zacząłem pisać opowiadania o łowcach smoków, a potem zacząłem pracę w telewizji i już nie miałem czasu myśleć o fikcji. Trzeba było pisać felietony o dziurach w jezdni albo o przyjeździe jakiegoś ważnego polityka do Poznania. Więc na pisanie byłem skazany od zawsze, a kryminał był tylko konsekwencją moich wcześniejszych literacko dziennikarskich działań.
Uważasz swoje pisarskie marzenie za spełnione? Jeśli tak, to dlaczego. Jeśli nie, to co jest tym marzeniem?
– Zawsze lubiłem czytać kryminały. Zaczynałem w dzieciństwie od Kapitana Żbika i po latach do niego wróciłem tworząc powieści o milicjantach z Poznania. Udało mi się więc stworzyć własnego Żbika który nazywa się Teofil Olkiewicz i nieco odbiega od wzorca, wyglądem i charakterem, jednak to też milicyjna postać, o której już można powiedzieć, że jest kochana przez czytelników podobnie jak kiedyś Żbik.
Czego oczekujesz od literatury? Swojej literatury i literatury w ogóle.
– Zawsze oczekiwałem tego samego, co w moim ulubionym komiksie zdefiniował już jego twórca. Papcio Chmiel o Tytusie Romku i A’tomku mówił, że te książeczki bawiąc – uczą, ucząc – bawią. A ja lubię dobrą zabawę i lubię się uczyć jak pewien prezydent, tyle że staram się z tej nauki wyciągać wnioski.
Przeczytaj także:
Jakie książki (albo inne dzieła kultury) cię ukształtowały – jako człowieka, jako pisarkę? (ulubione książki, ulubieni pisarze). Masz ulubionego bohatera literackiego? Swojego? Cudzego?
– Kiedy byłem zupełnie młodym człowiekiem, czytałem tylko komiksy. Moja mama polonistka była załamana, bo mniej więcej do szóstej klasy nie uznawałem literatury, która nie miała obrazków. Więc moimi bohaterami z tamtych czasów byli Żbik, Kloss i Tytus. Na szczęście mama nie ustawała w wysiłkach naprowadzenia mnie na właściwą drogę i podsunęła mi powieść „Tomek w krainie kangurów” Alfreda Szklarskiego. No i przepadłem. Przeczytałem i nawet skromna liczba obrazków nie dała rady powstrzymać mnie przed dobrnięciem do końca. A po książkach przygodowych przyszła pora na kryminały, które czytam ciągle. A bohaterem kryminalnym, z którym mam do czynienia stale, bo do książek z nim w roli głównej wracam od lat, jest Philip Marlow stworzony przez Raymonda Chandlera. Gdy sięgam po którąś z jego książek, mam wrażenie, że znów spotykam się ze starym kumplem. Nie mogę tylko zrozumieć jego zamiłowania do gimletu.
Zawsze lubiłem czytać kryminały. Zaczynałem w dzieciństwie od Kapitana Żbika i po latach do niego wróciłem tworząc powieści o milicjantach z Poznania. Udało mi się więc stworzyć własnego Żbika który nazywa się Teofil Olkiewicz i nieco odbiega od wzorca, wyglądem i charakterem, jednak to też milicyjna postać, o której już można powiedzieć, że jest kochana przez czytelników podobnie jak kiedyś Żbik.
Kiedy nie piszę, to….
– Ostatnio oglądam w tv posiedzenia sejmu i bawię się lepiej niż bym zafundował sobie oglądanie jakiegoś serialu. A prócz tego w wolnych chwilach czytam słucham audiobooków, najczęściej kryminalnych. Dzięki audiobookom wróciłem do wielu dawnych kryminalnych tytułów Joanny Chmielewskiej, Jerzego Edigeya czy Zygmunta Zeydlera Zborowskiego. To naprawdę doskonała rozrywka.
Nad czym teraz pracujesz?
– Rok 1991, powieść zatytułowana „Pocałunek Judasza”, czyli seria kontynuująca opowieść o poznańskich milicjantach, ale w nowej rzeczywistości Polski postkomunistycznej. Czyli wchodzę mocno w drugą dekadę przygód Olkiewicza i jego kumpli. Oni doskonale odnajdą się w nowej rzeczywistości kolejnego dziesięciolecia, czego i Zupełnie Innej Opowieści życzę. Rozwijajcie się ku chwale polskiej literatury kryminalnej.

