Czasem marzenia się spełniają, zwłaszcza w okresie świątecznym. Nie zawsze dokładnie tak, jak byśmy chcieli, ale nawet jeśli w jakiejś części, lepsze to niż nic. Inaczej Mikołaj może użyć rózgi względem niewdzięcznika. Dlatego warto, jeśli chodzi o marzenia, nadmiernie nimi nie epatować, a przynajmniej to mieć takie małe, czasem tajne. Jak cię zapytają, co chcesz osiągnąć, mów, że niewiele. Jak deklarujesz wiele, zawsze pojawi się ktoś, komu zamarzy się podkopanie pod tobą dołka. I to głębokiego – pisze w listopadowym felietonie Dawid Kornaga.

Tu dobra rada: oby nie weszło ci to ukrywanie w nawyk, bo mimowolnie przeistoczysz się w potwora hipokryzji. Chodzi o umiar, co trudne i wcale nie takie oczywiste. Mnie w tym przypadku niezwykle imponuje pewien mój ziom z czasów metrykalnie prehistorycznych, czyli kiedy żyłem w dużym domu w małym mieście, zaś za sąsiadów miałem pewną niesamowitą rodzinkę. Nie przelewało się im pod koniec PRL-u, lecz byli pracowici i zawzięci w swoich celach. Bez wychylania się, co to nie oni, za to z intencją, że jeśli cokolwiek drobnego się im uda, to i tak już ogromny sukces.
Leszek pechowiec
Jeden z dzieciaków, mój rówieśnik, nazwijmy go Leszek, to był niezły „banditos”. Ciągle coś mu się przydarzało. Mamy świeżo naście lat, pływamy w pobliskiej rzece, bach, Leszek natrafia stopą na szkło osadzone zdradziecko na dnie, następuje głębokie rozcięcie, Leszek wlecze się na brzeg, krwawi jak zwierzątko, które porwano z farmy do rzeźni. Ale przeżył, żeby nie było. Inna scena: rozmawiamy ze sobą przez płot, Leszek jak to on, dwóch sekund spokojnie nie usiedzi, podskakuje i chwyta się za jakąś wystającą gałąź orzechowca, mówię: Leszek, uważaj, bo… Nie zdążyłem, gałąź się złamała, Leszek z prędkością co najmniej światła ląduje plackiem na ziemi, tak nieszczęśliwie, że łamie sobie rękę. Na drugi dzień paraduje z gipsem i szuka nowych wyzwań.
Jeszcze inna scenka: Leszek biegnie gdzieś z chłopakami, jak to on, dzielny i pełen energii, przecinają ulicę Kościuszki, kiedy Leszek wręcz filmowo pakuje się pod nadjeżdżające auto. Kierowca hamuje, co z tego, skoro ciało Leszka poleciało już parę metrów do przodu. Zabił dzieciaka? Leszek wygląda na martwego. Przyjeżdża karetka. Odwożą go szpitala. Wychodzi tego samego dnia. Doskonale zachowany, parę obić oprócz uprzedniej utraty przytomności. Niezły chojrak, prawda?
Przeczytaj także:
Leszek marzyciel
Kilka lat do przodu. Kończę liceum, Leszek zawodówkę. Jego siostra wyjechała do Francji. Starsi bracia także szykują się na rozjazdy. Pytam go, a ty gdzie? A on, że chce zostać kierowcą tira. Tira? Nie mogę uwierzyć, pomny jego „pecha” do drobnych lub większych wypadków. Leszek upiera się, że jak najbardziej, to jego marzenie. Jechać przed siebie, jechać dalej i dalej, z misją biznesową, ale jechać, niezależnie co wieziesz. Ważne, że dowieziesz. Najważniejsze, że jedziesz. Właściwie to nie pracujesz, bo robisz, co lubisz, więc ani to obowiązek, ani jakaś mordęga.
A ja mu nie wierzę. Mówię, że nie da rady, na pewno coś zepsuje po drodze albo wydarzy mu się jakiś inny „fuckup”. Czyli: na pewno rozwalisz się na autostradzie, weźmiesz udział w karambolu, jak gdzieś dojedziesz, to prostą drogą w zaświaty.
Leszek oponuje: takie chce prowadzić życie. Żadnej pracy wykształciuchów. Czy bycia „polskim hydraulikiem”, co i elektrykę za dodatkowe eurosy Francuzikowi zrobi. Ani innym fachowcem od siedmiu śrubek. Leszek czuje się kierowcą. Takim z wysokiej dosłownie półki. Ja, niewierny Tomasz, zakładam się z nim o dwie butelki coli, dokładnie dwulitrowej per sztuka, że to mu się nie uda. Jakbym chciał go ostrzec: hej, przyjacielu, po co ci to wszystko, przyhamuj, ogarnij taki zawód, który da ci stabilizację, bezpieczną kuwetę, a nie jakieś rozjazdy do miejsc, w których tirówki cię oszukają, a ich alfonsi na amen urządzą.
Leszek kapitan
Jakże się myliłem. Leszek w końcu wyemigrował do Holandii. Gdzie spełnił swoje marzenie: jeździ tirem. Po prostu. Jestem mu więc winny dwie butelki coli. Licząc upływ lat, inflację, pewnie z dwa razy tyle. Dzieciak, który był podatny na permanentne wpadki, został odpowiedzialnym „kapitanem” naprawdę sporej jednostki mechanicznej. Kto z was ot tak usiadłby za kierownicą tira, z ładunkiem o wartości załóżmy milion euro i dojechał na czas z punktu A do punktu B?
Ja na pewno nie. Prędzej bym motolotnię ogarnął niż tira prowadził. Bo tir to nie tylko tir, to interes, który za nim stoi. Towar, timing, destynacja. Następnie powrót, często inną trasą, bo uwzględniającą kolejną przyczepę pełną konkretnych towarów, które mają być dowiezione do centrum logistycznego, następnie rozprowadzone tam, gdzie ich przeznaczenie. Kiedy my smacznie śpimy, tirowcy pomykają nocą z ładunkiem spożywki, którą sobie jutro kupimy w Biedrze.
Leszek nie tylko dał radę. Nadal daje. A jak pomyka na motorze, każdy easy rider może mu pozazdrościć. Szacunek dla zioma, który spełnił swoje skromne, jakże istotne marzenie. Nie był Jankiem Muzykantem, który padł gdzieś po drodze i nic już więcej nie zagrało w jego życiu. Za to musiał zostać emigrantem, który dopiero poza Polską mógł się zrealizować. Na pewno wszystko, co dotąd przeżył, różowe nie było. Ale co jest różowe, jeśli pragniesz spełnić swoje marzenia, nie licząc na łaskę Mikołaja i wszystkich świętych?


Ładne.
Tylko teraz to już trzeba mu wysłać te 2 c-c pod choinkę…