książki

Dwanaście twarzy zbrodni | Awers [wideo]

Czy mówimy o zbrodniach zaplanowanych z zimną krwią, czy o popełnionych w afekcie, czy wreszcie o zabójstwach przynajmniej po części przypadkowych, w tomie opowiadań „Awers” zawsze na pierwszy plan wysuwa się przekonanie, że nie ma takiego zła, którego człowiek nie byłby w stanie popełnić – pisze Przemysław Poznański.

„Awers” to dwanaście opowieści czołowych polskich autorów kryminału o zbrodniach bardzo różnych, w których często zacierają się granice między dobrem a złem, a definicja sprawcy i ofiary wymyka się jednoznacznym definicjom.

W „Nieznajomej” Adriana Bednarka punktem wyjścia jest spotkanie Damiana Piaseckiego, żonatego mężczyzny, z piękną ciemnowłosą kobietą. Zdrada, jakiej chce dopuścić się bohater, jest nieunikniona. I rzeczywiście, opowiadanie Bednarka jest właśnie o zdradzie. Choć niekoniecznie o zdradzie małżeńskiej, raczej o zdradzie zaufania. Przede wszystkim jednak jest to opowieść o zbrodni, której ofiarą staje się de facto sam zbrodniarz. Autor buduje bowiem intrygę opartą na piętrowej manipulacji, której szpony okazują się zbyt ciasne, by uwolniła się z niej nie tylko ofiara, ale i sprawca. To samonakręcająca się spirala zła, biorąca początek w odległej przeszłości i doznanych krzywdach, która jest nie do zatrzymania, nawet gdy znika – choćby tylko wydumane – uzasadnienie dla tego zła.

Ryszard Ćwirlej w „Niebiańskim domu” opowiada nam z kolei o zbrodni z chciwości. Nie jest więc ona zbytnio wyrafinowana, nie tworzy piętrowych motywacji, ale okazuje się złem w najczystszej postaci, złem prymitywnym. Złem przebranym jednak w szaty uduchowionego dobra. Spodziewamy się tego zła od pierwszej strony, swoje opowiadanie zaczyna bowiem Ćwirlej od sceny zastrzyku podawanego starszej kobiecie. Zastrzyku, który – wiemy to – będzie dla niej śmiertelny. Dlaczego kobieta, pensjonariuszka ekskluzywnego domu opieki dla seniorów, musi umrzeć? Co tak naprawdę dzieje za murami instytucji tak chętnie przywołującej imię boga? Ćwirlej nie byłby sobą, gdyby do śledztwa nie zatrudnił… również staruszki, przede wszystkim jednak byłej milicjantki, byłej śledczej. Ta misja okaże się dla niej bardziej niebezpieczna, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Hanna Greń w „Czarnym niebie” wrzuca nas w sam środek policyjno-gangsterskich rozgrywek, ale na pierwszy plan wyciąga rodzinny dramat i to wokół niego buduje wielowarstwową intrygę pełną niejednoznacznych postaci, wśród których wyróżnia się pewna femme fatale. Bohaterem opowiadania jest jednak podinspektor Robert Gredtke – policjant po przejściach, tak naprawdę na kilka dni przed emeryturą. Psychicznie rozbity, bo trzy lata wcześniej uprowadzono mu córkę, a teraz sen z powiek dodatkowo spędza mu śmiertelna choroba żony. Doskonale wie, że nie ma już nic do stracenia, kieruje nim desperacja, chęć znalezienia winnych, wreszcie chęć wymierzenia sprawiedliwości. Na swój sposób. Czegokolwiek świadkami się tu staniemy, pozostaje efektem emocji tak skrajnych, że zacierają się pod ich wpływem granice między dobrem a złem.  

Marta Guzowska postawiła w „Maryjce” na dramat, rozgrywający się w czterech ścianach. Ale nie są to ściany zwykłego mieszkania, lecz plebanii, na której mieszkają dwaj księża oraz gospodyni wraz z dorastająca córką. I to właśnie gosposia jest naszą narratorką, naszą przewodniczką po tym mikroświecie, który z powodu swojej specyfiki okazuje się miejscem, gdzie złu łatwiej się rozprzestrzenić, zagnieździć. Widzimy zresztą, że patologia, do której dochodzi, jest w pewnym sensie powtarzalna, nawracająca. Widzi to też narratorka. I w pewnym momencie rozumie, że czasem jedynym sposobem na wyplenienie zła jest inne zło. Można się z bohaterką zgodzić lub nie, to nasz wybór, Guzowska w żaden sposób nie ocenia bowiem jej postępków. Pokazuje jedynie, że mogą zaistnieć okoliczności, w których różnica między premedytacją a afektem jest mocno zatarta. Szczególnie gdy w grę wchodzi matczyna miłość.

W opowiadaniu „Cała prawda o kłamstwie” Izabeli Janiszewskiej najważniejsza nie jest wcale ani tytułowa prawda, ani kłamstwo. Najważniejsze jest pragnienie, by przestać się bać. Pisarka opowiada nam bowiem o obliczach strachu, lęku, niepewności, wreszcie rosnącym poczuciu bezradności. Widzimy to już w punkcie wyjścia – oto mamy pielęgniarkę, która zabiła w afekcie znanego lekarza. Wcześniej była jednak przez niego więziona w psim kojcu i gwałcona, traktowana gorzej niż zwierzę.  Ta sama pielęgniarka ma też ciężko chorego synka, któremu pomóc może tylko zagraniczna terapia, na którą potrzeba dwóch milionów złotych. Strach matki miesza się ze strachem poniewieranej kobiety, lęk o życie swoje z lękiem o życie dziecka. A jednak w tej historii nie do końca wszystko jest takie, jak widzimy, takie jakim chcieliby nam pokazać to aktorzy tego przedstawienia. Jedno jest tylko pewne – trup. Wszystko inne mieści się gdzieś między prawdą o kłamstwie a kłamstwem o prawdzie.

W „Cierniach” Roberta Małeckiego do głosu dochodzi z kolei lęk przed utratą poczucia rutyny, przed zmianą, która w pewnym sensie zniszczy dotychczasowy ład. Punktem wyjścia fabuły jest odnalezienie w wypielęgnowanym ogrodzie nagich zwłok młodej kobiety. Sprawa trafia do znanej już z prozy Małeckiego aspirantki sztabowej Moniki Skalskiej, która tym razem musi zająć się nią sama, bo jej szef, komisarz Gross, nie zjawia się od pewnego czasu w pracy. Czy podoła? Na pewno z każdą chwilą zbliża się coraz bardziej do sedna skomplikowanej intrygi, przy okazji grzęznąc w bagienku małych ludzkich słabości, takich jak zdrada, nienawiść, czy pogarda dla ludzkiego życia.

 „Telefon z zaświatów” Marty Matyszczak to opowieść rodzinna, kameralna. Pisarka opowiada nam bowiem o sile tak braterskiej miłości jak i braterskiej nienawiści. Bohaterami opowiadania rozgrywającego się w nadmorskiej scenerii są bracia Żuk, prowadzących pensjonat „Adela” w Sopocie. Pewnego dnia – krótko po śmierci matki – jeden z nich, Bartłomiej, odbiera dziwny telefon. Dziwny, bo po drugiej stronie ewidentnie jest ktoś, kto od dawna powinien nie żyć. To trzeci z braci – Jędrzej, który zginął wiele lat wcześniej. Bartłomiej wie, że to nie może być głupi żart – rozmówca doskonale orientuje się w rodzinnych realiach, zna fakty, o których nie miał prawa dowiedzieć się nikt z zewnątrz. I tak zaczyna się pełna niespodzianek intryga, w której na pierwszy plan wysuwają się głęboko pochowane tajemnice z przeszłości.

„Usługa” Małgorzaty Rogali skupia się w istocie na problemie przemocy wobec kobiet. Psychicznej i fizycznej. To zresztą nie jedyne opowiadanie w zbiorze, które w jakimś stopniu budowane jest wokół tego tematu. Ale oczywiście mamy tu też solidną kryminalną zagadkę z gatunku tych, które spędzają śledczym sen z powiek. Oto bowiem Joanna Lasocka zastaje drzwi swojego mieszkania zamknięte, choć w środku powinien być jej mąż. Co więcej, słyszy wyraźnie komórkę małżonka dzwoniącą za ścianą, a poza tym drzwi mieszkania są zabezpieczone od wewnątrz tak, jak zrobić może to tylko ktoś przebywający wewnątrz. I rzeczywiście – wezwana przez kobietę policja odnajduje zwłoki mężczyzny. W tej sytuacji logicznym wyjaśnieniem byłby samobójstwo, gdyby nie fakt, że w piersi mężczyzny tkwią… krawieckie nożyce. Rogala po mistrzowsku myli tropy, by ostatecznie dam nam wyjaśnienie zagadki bogate w empatię wobec tych, którzy w tej sprawie są tak naprawdę pokrzywdzeni.

Intryga w „Pradze” Magdy Stachuli ma swoje źródło w źle pojmowanej miłości. Rozumianej egoistycznie, bez dopuszczania do siebie racji drugiej strony, lub zupełnie nierozumianej, dającej się zniszczyć z byle powodu. Nie byłoby przecież zła, pokazanego przez autorkę, gdyby emocje bohaterów były bardziej dojrzałe, brały się z empatii, a nie z egoizmu. Oto pewnego dnia bohaterka, a zarazem narratorka opowiadania otrzymuje tajemniczego SMS-a o treści podważającej jej zaufanie do męża. Tak się składa, że tego dnia ów mężczyzna jest na zagranicznej delegacji, w Pradze. Kobieta postanawia podejrzeć go przy pomocy internetowej kamery zainstalowanej na jeżdżącym nocą tramwaju. Nie z braku zaufania, wręcz przeciwnie. A jednak to, co ujrzy, będzie kazało jej zwątpić w męża, a przede wszystkim w swojej zaufanie do niego. Docelowo, także w swoją i jego miłość. Tak rozpocznie się ciąg zdarzeń, których efekty okażą się zgubne. I co gorsza, nieodwracalne.

A skoro o miłości mowa, to jej watek pojawia się też w opowiadaniu Bartosza Szczygielskiego „Przystawka”. Autor wystawia tu swoich bohaterów na próbę. Każda scena, każdy wątek to sprawdzanie, próbowanie, szukanie – droga kolacja w restauracji, na którą bohaterkę zabiera nowo poznany mężczyzna to smakowanie win i potraw, ale i przesłuchanie, wypytywanie, sprawdzanie, ile w obrazie przedstawionym przed spotkaniem może być prawdy. Sprawdzanie zresztą także przez bohaterkę samej siebie, na ile jest w stanie wpasować w wyobrażenia mężczyzny. To jednak zaledwie preludium. Szczygielski zabiera nas w swoim opowiadaniu w jazdę bez trzymanki, podczas której do głosu dochodzą najskrajniejsze emocje. Bo gdy sprawdzasz zbyt dokładnie, gdy próbujesz zbyt łapczywie, gdy szukasz z pełnym oddaniem, dogrzebiesz się do prawdy, która może nie być przyjemna. Wręcz bolesna – i to nie tylko psychicznie. Dotyczy to nawet miłości, a w każdym razie próby wzajemnego zrozumienia. Zbliżymy się bowiem do siebie prawdziwie tylko wtedy, gdy to, co nas łączy, wykute zostanie w ogniu cierpienia. Prawdziwie sprawdzone.

W opowiadaniu „W Kampinosie nie ma żmij” Mariusza Zielke na pierwszy plan wysuwa się cwaniactwo. Ale nie takie codzienne, drobne, gdy nie skasujemy biletu w tramwaju, lecz cwaniactwo programowe, cwaniactwo wpisane w biznes-plan, cwaniactwo jako sposób na życie. Całkiem zresztą wygodne i dostatnie, bo nie brakuje osób, które w swojej naiwności zaufają pięknym, choć pustym słowom i klauzulom spisanym drobnym druczkiem. Takim cwaniakiem pełną gębą był Jeremi Wroński. Był, to to jego ciało znajduje policjant-bohater Zielkego, wezwany zresztą do Kampinosu w sprawie psa zagryzionego przez żmiję. Zwłoki są przywiązane do drzewa łańcuchem i nadpalone. Dobry policjant wie, że za takim morderstwem stać musi zemsta, a ta powodowana może być choćby dużymi pieniędzmi. Wszak denat pracował w jednej z najbogatszych branż gospodarki – w energetyce. Śledztwo, które każe swojemu bohaterowi prowadzić autor, zawiedzie nas więc w odmęty tego zła, które pleni się, gdy wizja bogactwa oślepia człowieka na tyle, by szukać do niego dróg na skróty.

Przemysław Żarski w „Desperacji” analizuje z kolei psychikę człowieka postawionego w sytuacji zderzenia z nagłym nieszczęściem, a zatem człowieka w szoku, gdy przestają działać naturalne hamulce, gdy chęć wymierzenia sprawiedliwości za doznaną krzywdę bierze górę nad rozsądkiem. Dotyczy to w opowiadaniu wielu osób, w tym oczywiście głównego bohatera, Grzegorza Wielgusa – mężczyzny, który zdaje sobie sprawę, że gdy on pił na stacji benzynowej napój energetyczny, ktoś ukradł spod dystrybutora jego samochód. Z maleńkim synkiem pozostawionym na tylnym siedzeniu. Zaczyna się szaleńczy pościg, podczas którego na pierwszy plan wysuwają się strach, nienawiść, ból. Tym mocniejsze, im bardziej zagłębiamy się w kolejne warstwy tej skomplikowanej intrygi.

„Awers” to zatem tom z jednej strony zróżnicowany tematycznie, pokazujący przemoc rodzącą się tak w rodzinnym zaciszu, jak w zgiełku walk zorganizowanych grup przestępczych, tak w umysłach ludzi chciwych jak w głowach osób owładniętych chęcią zemsty, z drugiej – jest spójną opowieścią o nas samych, a przede wszystkim o tym, jak łatwo przekroczyć tę granicę, za którą jest tylko zło.

Awers
Czwarta Strona 2020

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: