wywiad

Alek Rogoziński: Planuję intrygę, a nie gagi | Rozmawia Przemysław Poznański

Gdybyś spojrzał teraz na moje notatki, leżące na biurku, to nie znajdziesz tam żadnego dowcipu czy gagów, jest za to szczegółowo rozpisane: co, kto, dlaczego. Dlaczego jedna osoba była zainteresowana tym, żeby inna straciła życie? Tego nauczyły mnie książki Chmielewskiej. Gdy je czytasz, chichoczesz, ile się da, zwłaszcza przy tych pierwszych, ale od początku do końca pozostają one logicznie poprowadzonymi kryminałami – mówi Alek Rogoziński, pisarz, autor m.in. kryminału „Raz, dwa, trzy… giniesz ty!”. Rozmawia Przemysław Poznański

Alek Rogoziński, fot. Katarzyna Bogucka

Przemysław Poznański: Jak właściwie definiujesz gatunek, który uprawiasz? Co rozumiesz przez lekki kryminał czy komedię kryminalną?

Alek Rogoziński: Ten gatunek dawno, dawno temu zdefiniowała Joanna Chmielewska. To taki kryminał, podczas czytania którego jednocześnie wciągasz się w akcję i masz często uśmiech na twarzy. Ona o to dbała i ja też staram się o to dbać. I tak jak w przypadku eklektyzmu w muzyce, którego jestem fanem, tak i w przypadku literatury uważam, że im więcej połączonych elementów, tym ciekawszy efekt. Nie lubię zamykania się w jednorodności, w takim myśleniu, że jak kryminał, to nikt nie może zażartować, a za to wszyscy muszą non stop bluzgać. Wiem, że dziś tak wyglądają kryminały i pewnie wierniej oddają to, co wokół się dzieje, ale ja mam w sobie tęsknotę za narracją, która nie epatuje chamstwem, agresją. Jest dla mnie komplementem, gdy czytam, że moje postaci są odrobinę przerysowane, że w moich książkach można znaleźć odrobinę absurdu, bo lubię taki klimat. I cieszę się, gdy dostaje na przykład takie maile, w których czytelniczka opisuje mi, jak to po dniu, w którym pokłóciła się z szefem, a po powrocie do domu dzieci i mąż jedynie działali jej na nerwy i miała ochotę wszystkich zabić, włącznie z kotem, lektura mojej książki sprawiła, że nagle wszystko wróciło do normy.

I nigdy nie kusiło cię, żeby napisać kryminał w skandynawskim stylu? To przecież modne.

– Jak zaczniesz pisać pod wymogi czasu, rynku i wydawców, to jesteś zgubiony. Także dlatego, że każdy kolejny wydawca chce czegoś innego. Pisanie pod cokolwiek jest zawsze zabójstwem podstawy każdej sztuki, czyli twórczego ducha. Przekładając to na muzykę, bo ja wszystko na nią przekładam – wystarczy przywołać przykład Kayah. Pierwszą płytę przygotowali jej „fachowcy” i dziś nikt o tym krążku nie pamięta. Kayah też by zniknęła, gdyby którego dnia nie powiedziała „nie”. Owszem, odcierpiała swoje, ale dziś jest gwiazdą. Ja daję sobie wiele rzeczy powiedzieć, słucham inspirujących rad, ale jak dochodzimy do pytania, o czym będzie książka, to za każdym razem mówię: „Przekonacie się, jak ją oddam”.

Kiedy w lekkim kryminale kończy się lekkość, a zaczyna opowieść na serio? W „Raz, dwa, trzy… zginiesz ty” dajesz nam liczne przezabawne monologi, dygresje, masę żartów, ale na koniec liczy się intryga i odpowiedź na pytanie: kto zabił.

– Gdybyś spojrzał teraz na moje notatki, leżące na biurku, to nie znajdziesz tam żadnego dowcipu czy gagów, jest za to szczegółowo rozpisane: co, kto, dlaczego. Dlaczego jedna osoba była zainteresowana tym, żeby inna straciła życie? Tego nauczyły mnie książki Chmielewskiej. Gdy je czytasz, chichoczesz, ile się da, zwłaszcza przy tych pierwszych, ale od początku do końca pozostają one logicznie poprowadzonymi kryminałami. Bo czytelnicy wyłapią wszelkie nieścisłości. Nie można wytrząsnąć na koniec mordercy jak królika z kapelusza. Reguły tego gatunku ustaliła Agatha Christie: jest trup, śledztwo, poszlaki oraz mylne tropy, którymi mydlisz oczy czytelnikowi, żeby nie wpadł przed czasem na to, kto zabił. No i jest morderca, który zresztą powinien pojawić się w trzech pierwszych rozdziałach. Natomiast ludzkie charaktery, dialogi, monologi można kształtować według własnych reguł. I tu jest miejsce na humor. Może też dlatego po dziurki w nosie miałem swego czasu kryminałów skandynawskich, bo tam wszyscy są smutni, tudzież mają depresje i psychozy. Aż się nie chce tam jechać.

Alek Rogoziński, fot. Katarzyna Bogucka

Wspominasz o Joannie Chmielewskiej i Agacie Christie – czy przymierzając się do napisania pierwszego kryminału, analizowałeś ich twórczość? Czy może pisanie kryminałów przyszło ci naturalnie?

– Obawiam się, że mój umysł nie jest zdolny do głębszych analiz, co bywa przyczyną moich kłopotów życiowych (śmiech). Duży ze mnie dzieciak i nie zamierzam tego zmieniać tak długo, jak się da. A tak na serio, twórczość Chmielewskiej poznałem wcześnie, bo moja mama, widząc, że w mając pięć, sześć lat czytam głównie książki profesora Aleksandra Krawczuka, przeraziła się i chciała mnie skusić czymś lżejszym. Po tym jak odrzuciłem propozycję czytania „Ani z Zielonego Wzgórza”, dała mi „Wszystko czerwone”. Przeczytaliśmy to razem, popłakaliśmy się ze śmiechu i od tej pory książki Chmielewskiej towarzyszyły mi na każdym etapie życia: jak chciałem się rozprężyć przed egzaminem do liceum, przed maturą, gdy miałem zgryza, gdy przeżyłem pierwszy zawód miłosny. Po Christie sięgnąłem też zresztą dość wcześnie, gdy tylko dowiedziałem się, że była idolką pani Joanny. Może dlatego pisanie lekkich kryminałów przychodzi mi naturalnie – bo od dawna żyję w tym świecie. Inna sprawa, że do dziś o wiele chętniej sięgam po książki historyczne niż po kryminały. Jednak Krawczuk był pierwszy! (śmiech).

Jedna z charakterystycznych cech twoich kryminałów jest to, że zbrodnia przychodzi do bohaterów przypadkiem, zostają oni wplatani w sprawę wbrew swej woli.

– Skoro zwróciłeś na to uwagę, to pewnie w kolejnej książce od tego odejdę (śmiech). Mam dwa ulubione modele fabularne: zbrodni, która jest zaskoczeniem dla bohaterów, i drugi – do którego też często wracam – czyli model „zamkniętych drzwi”, gdy istnieje tylko określona liczba osób, które mogły popełnić morderstwo, a pytanie brzmi: która z nich to zrobiła. To mnie zawsze bardzo ciekawiło w książkach Agathy Christie, że sam zamieniasz w detektywa, że z grona tych, o których czytasz, trzeba wyłonić sprawcę.

Rzeczywiście lubisz wybierać na miejsce akcji zamknięte przestrzenie. W „Raz, dwa, trzy… giniesz ty” jest to plan filmowy, wcześniej „mordowałeś” na wyborach Mister Polonia czy w dworku, w którym odbywa się zjazd pisarzy. Co zatem jest najpierw – miejsce czy raczej bohatera, do którego dopasowujesz scenerię? Czy to się w ogóle da rozdzielić?

– Tego się nie da przewidzieć. Czasami zaczynam od bohaterów – tak było w przypadku „Zbrodni w wielkim mieście” – ale na przykład w przypadku najnowszej książki, którą piszę, podstawą było miejsce akcji, a bohaterów wyślałem potem. Nie mogło być inaczej, skoro fabuła rozgrywa się na planie kryminalnego reality show, którego uczestnicy rozwiązują kolejne zagadki kryminalne, aż wreszcie okazuje się, że mają do rozwiązania prawdziwą zagadkę, bo jedno z nich ginie. Inaczej było na przykład w przypadku „Jak cię zabić, kochanie?”. Obejrzałem film „Blues Brothers”, gdzie jest pewna doskonała scena: bohaterka grana przez Carrie Fisher ściga jednego z bohaterów, swojego byłego narzeczonego. Ten wymusza na niej obietnicę, że już nie będzie na niego polowała, lecz w następnej scenie widzimy, jak Carrie otwiera „Instrukcję obsługi miotacza ognia”. Po tym filmie przyśniła mi się zakonnica z takim miotaczem. Po przebudzeniu pomyślałem, że po pierwsze pora iść do psychiatry, a po drugie – jakby tu napisać taką scenę. I całą intrygę zbudowałem wokół tej wyśnionej sceny.  

Alek Rogoziński, fot. Katarzyna Bogucka

A w przypadku „Raz, dwa, trzy…”? Po raz pierwszy zabijasz na planie filmowym.

– Ojcem chrzestnym tego pomysłu (choć sam o tym nie wie) jest Tomek Ciachorowski, który wraz z Mikołajem Roznerskim odwiedził kiedyś moją redakcję. W pewnym momencie padło zdanie, że tak, jak lubią swoich współpracowników, tak czasem mają ochotę zamordować kogoś na planie. Jak Pomysłowemu Dobomirowi zaświeciła mi się wtedy żaróweczka. Zacząłem się zastanawiać nad intrygą, której miejscem może być plan filmowy.

A jak było w przypadku twojej serii z pisarką Różą Krull?

– Jeszcze inaczej. Gdy pisałem „Ukochanego z piekła rodem”, wymyśliłem postać pisarki Joanny, co było oczywistym hołdem dla Joanny Chmielewskiej, choć moja bohaterka pisała powieści obyczajowe. Po wydaniu dwóch tomów dostałem całkiem propozycję przejścia do wydawnictwa Filia. To – z różnych przyczyn – oznaczało, że trzeba napisać coś nowego. A ja miałem pomysł na kolejne książki z pisarką w roli głównej. I tak narodziła się Róża. Wyciągnąłem przy okazji wnioski z popełnionych błędów, bo Joanna trochę nie przystawała do naszej rzeczywistości, choćby dlatego, że była megabogata, co wśród polskich pisarzy zdarza się raczej rzadko. Róża jest bardziej swojska, ma takie problemy jak i czytelniczki, z niesforną fryzurą, wieczną lekką nadwagą czy mówieniem czegoś, czego w danej chwili nie wypada. Nic dziwnego, że Róża została cieplej przyjęta, choć serię z Joanna też spuentuję, bo mam na to umowę z nowym wydawnictwem.

Skoro tak często pomysły przychodzą do ciebie przypadkiem, albo we śnie, to czy wierzysz w natchnienie, w wenę? Czy raczej siadasz o konkretnej porze i piszesz, bez względu na wszystko?

– Pisałem książki w różnych sytuacjach życiowych, także smutnych czy tragicznych. Gdybym pisał tylko wtedy, gdy mam natchnienie, nie wyrobiłbym się w terminach zapisanych w umowach. Pewnie, że gdy nad głową lata ci któraś z muz poezji czy dramatu, to na pewno jest łatwiej pisać. Ale moim zdaniem do stworzenia książki potrzeba dziesięć procent magii i trzydzieści talentu. Reszta to ciężka praca.

Wracając do miejsca akcji – czy musisz wcześniej poznać scenerię, w której umieścisz akcję?

– Byłem na planie filmowym, na wyborach mistera też, tylko dworek pod Krakowem, gdzie odbywa się zjazd pisarzy, skompilowałem z iluś dworków, które obejrzałem w życiu. Więc tak, muszę znać miejsce akcji. I chyba to się sprawdza, bo rozmawiam właśnie na różnymi formami przełożenia moich książek na inne dziedziny sztuki (niekoniecznie mówię o filmie) i słyszę, że scenerie są tak opisane, że dużo nie trzeba kombinować. Róża Krull mieszka tam, gdzie ja i obserwuje z balkonu to, co i ja widzę. Finał wyborów Mistera Polonia umieściłem na zamku w Lidzbarku Warmińskim, to tam nocowałem. Gdy cała fabuła jest abstrakcyjna, to muszę chwycić się choć tego konkretu. Dlatego za moją najlepszą książkę uważam „Morderstwo na Korfu” – bo tam przekazałem dość dużo wiedzy o tej wyspie, o greckiej kuchni, mentalności, miejscach, które tam warto zobaczyć, ale których nie znajdziesz w przewodnikach. Jest tam choćby świetna ciastkarnia prowadzona przez Rosie, która ze sprzedaży ciastek robi performance artystyczny. Miałem przyjemność w nim uczestniczyć i opisałem to miejsce, a Rosie nawet występuje w jednym z dialogów. Nawiasem mówiąc ktoś jej o tym napisał i ona bardzo się ucieszyła, poprosiła nawet o egzemplarz książki.

Czy zatem jest tak, że nie wolno cię zapraszać w jakieś miejsce, jeśli nie chce się potem przeczytać, że znaleziono tam trupa? Potrafisz się oderwać od pracy podczas zwiedzania nowych miejsc?

– Nie potrafię (śmiech). Rzeczywiście gdziekolwiek jestem, kombinuję jak i gdzie tu kogoś zamordować. Piekielnie boję się latać, ale latam – samolot to zatem jedyne miejsce, w którym przyjaciele mogą odpocząć od mojego gadulstwa, bo cały czas milczę. Za to od kilku lotów myślę jak zabić kogoś w przestworzach. Był jednak o tym kryminał Agathy Christie, więc muszę wymyślić to zupełnie inaczej.

Alek Rogoziński, fot. Katarzyna Bogucka

A propos miejsc – czy osiągnąłeś już ten etap, że objedziesz cały świat, a potem zamieszkasz na jednej z wysp Morza Śródziemnego? To – jak wynika z oficjalnej notki biograficznej – jedno z twoich marzeń.

– Jeszcze nie. Ale rzeczywiście o tym myślę, szczególnie od momentu, gdy wujek mojego kumpla z pracy kupił apartament w Hiszpanii i jak się dowiedziałem, ile na to wydał, to pomyślałem, że w sumie mnie stać. Ale mam inny problem – jestem zwierzęciem stadnym. Myśl, że miałbym gdzieś zamieszkać bez przyjaciół, rodziny, powoduje, że te atrakcyjne wyspy tracą na wartości. Ale pomysł jest i może za kilka lat, jak bohaterowie „Hotelu Marigold”, kupimy ze znajomymi stary pensjonat na Malcie czy Majorce i zamieszkamy tam razem.

A propos zwierzęcia stadnego – jak to było z twoim duetem z Magdaleną Witkiewicz?

– Książka Magdy przyszła pewnego razu do redakcji i leżała na stosiku do recenzji. Zobaczyła ją moja koleżanka redakcyjna i stwierdziła, że „ta Witkiewicz” nie ma czytelników, tylko wyznawców, że tworzy wokół siebie sektę. A potem poznałem Magdę, która okazała się absolutnie fantastyczną babką, z którą łączy mnie spojrzenie na świat. W końcu wymyśliliśmy fabułę, „Pudełka z marzeniami”. Książka okazało się absolutnym bestsellerem – w pierwszym dniu przedsprzedaży dotarła do pierwszego miejsca na liście hitów obyczajowych Empik.com i została tam na dwa miesiące. Nasze kolejne wspólne dzieło, „Biuro M”, też cieszyło się ogromnym powodzeniem, więc jeśli pojawi się pomysł na kolejna książkę, to ją napiszemy. Na razie Magda jest bardzo zajęta, ja też mam sporo propozycji.

A co z pomysłem, o którym pisaliśmy na zupelnieinnaopowiesc.com ponad rok temu w Prima Aprilis? Choć wspólna powieść z Joanną Opiat-Bojarską była żartem, podobno ostatecznie spodobał wam się ten pomysł.

– Przygotowaliśmy do tego żartu fajna okładkę. Tak nam się spodobała, że wróciliśmy do idei napisania czegoś razem i zobaczymy, co z niego wyniknie. Mam też pomysł na książkę obyczajową w duecie, ale tym razem nie z Magdą, lecz z inną topową autorką powieści obyczajowych.

A znajdziesz czas, by napisać wymarzoną powieść historyczną, skoro ten gatunek fascynuje cię od dzieciństwa?

– Bardzo bym chciał. Od dziecka uwielbiam starożytny Rzym, a szczególnie ciekawi mnie jeden epizod, który wciąż  nie jest wyeksploatowany. Na początku III wieku Imperium było wciąż potężnym organizmem, choć już mocno nadgryzionym przez najeźdźców. Taki kolos, ale już na glinianych nogach. To jest czas po śmierci cesarza Karakalli, kiedy pretorianie obwołują cesarzem swojego wodza, który zresztą stał za zamachem na imperatora. Tymczasem z obszaru dzisiejszej Syrii na Rzym idzie wojsko pod wodzą domniemanego syna Karakalli – Heliogabala. I to właśnie o nim i jego bracie ciotecznym, Aleksandrze Sewerze, chciałbym opowiedzieć. Fascynuje mnie to, że Heliogabal przeszedł do historii jako jeden z najbardziej psychopatycznych cesarzy rzymskich, który choćby zasypywał ludzi płatkami róż, aż się dusili. Tymczasem Sewer, który wychował się w tym samym domu, wyrósł na filozofa, skromnego człowieka. Chciałbym więc zgłębić, skąd się bierze takie zło, jakie reprezentował sobą Heliogabal. A przy tym są to czasy wielkich intryg, wojen, zmieniającej się szybko sytuacji politycznej, więc pod względem fabularnym może być to opowieść równie interesująca jak „Gra o tron”.

Rozmawiał Przemysław Poznański

*Alek Rogoziński – pisarz i dziennikarz, pracował m.in. w Rozgłośni Harcerskiej, potem m.in. w Radiu Plus i warszawskim Radiu Kolor. Od 2007 roku jego macierzystą bazą jest magazyn „Party”. Zadebiutował w marcu 2015 roku kryminałem „Ukochany z piekła rodem”, zdobywając nim 1. miejsce na liście bestsellerów kryminalnych EMPIK.com. Autor m.in. „Jak Cie zabić, kochanie?”, „Do trzech razy śmierć”, „Lustereczko, powiedz przecie” i „Zbrodnia w wielkim mieście”, „Raz, dwa, trzy, giniesz ty!”. Jego książki rozeszły się już w nakładzie ponad 150 tysięcy egzemplarzy.

Reklamy

jeden komentarz

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.