Zupełnie Inna Opowieść ma już ponad 10 lat. Czy dekada to dużo, czy mało? Pytamy o to ludzi literatury. Pytamy ich też, jak im upłynęło ostatnie 10 lat, co stworzyli, czym się zachwycili, co planują. Dziś Agnieszka Jeż.

W literaturze szukam życia. Takiej opowieści o nim, która we mnie zarezonuje, w której się przejrzę. I jeszcze warunek sine qua non – w literaturze język musi być literacki. Ma uwodzić, zachwycać, świetnie przekazywać myśli i uczucia – taka wartość dodaną – mówi Agnieszka Jeż, pisarka, autorka powieści obyczajowych i kryminalnych, m. in. „Serce z szuflady”, „Za siódmą górą”, „Taka miłość się zdarza”, „Spotkajmy się po wojnie”, „Zwyczajne cuda”, „Szaniec”, „Odpłata”, „Wszyscy pragnęliśmy miłości”, „Kto jest bez grzechu”, „Dziewczyna z Woli”, „W cieniu góry”, Sagi Rodziny Polakowskich, a więc powieści: „Nagły świt”, „Długie popołudnie”, „Nieuchronny zmierzch”, a także książek „Miłość w Zakopanem”, „Miłość przyjdzie pocztą” oraz książek z kryminalnej serii Sprawy Soni Kranz: „Pomroka” i „Pastwa”. Pierwszą recenzję jej książki opublikowaliśmy 1 września 2020 roku, pierwszy wywiad 25 września 2020 roku, a pierwszy wywiad wideo – 1 marca 2021 roku.
Zupełnie Inna Opowieść: 10 lat – dużo? Mało?
Agnieszka Jeż: Cóż, wszystko zależy od optyki. I PESEL-u. W moim przypadku ostatnia dekada była tak intensywna, że wydarzenia, które się w niej zmieściły, mogłabym rozłożyć na dwukrotnie dłuższy czas i też byłoby gęsto, treściwie i emocjonująco. Prywatnie, zawodowo i to, co przyszło ze świata – bardzo skondensowanie. Przy okazji tego pytania pomyślałam, że może dobrze byłoby zwolnić, ale zaraz pojawiła się druga myśl – przecież ja lubię, gdy się dzieje. Mam organiczną wręcz potrzebę, by dostarczać neuronom nowych bodźców. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że kolejna dziesięciolatka też śmignie, zresztą zobaczymy podczas wypełniania kwestionariusza na 20-lecie Zupełnie Innej Opowieści.
Debiutowałaś w 2016 roku książką „Kuchnia dwudziestolecia. Co i jak jadano”, potem tworzyłaś w duecie z Pauliną Płatkowską, w końcu w 2019 roku wydałaś już jako samodzielna autorka powieść „Serce z szuflady”, pierwszy tom serii „Dom pod trzema lipami”. Dziś jesteś autorką ponad dwudziestu powieści. Z czym kojarzy ci się ten czas od debiutu? Dostrzegasz jakieś istotne kamienie milowe w swojej twórczości?
– Trzydziestu! Tyle książek z moim nazwiskiem na okładce się ukazało (choć jest tu i kilka zbiorów opowiadań). A gdyby policzyć i tę powieść, którą wydałam pod pseudonimem, to byłoby trzydzieści jeden tytułów. Tych osiem lat od debiutu to intensywny czas. Zawsze, gdy podczas spotkań autorskich pada pytanie, jak najlepiej się przygotować do pisania, odpowiadam, że trzeba dużo czytać. Tę lekcję odrobiłam; trzydzieści kilka lat intensywnych lektur, także zawodowo, by wreszcie się odważyć na pisanie. I to właśnie odwaga była najważniejszym elementem przełomu – po latach zajmowania się cudzymi tekstami zaczęłam tworzyć własne. Najpierw nieśmiało, teraz już, dzięki czytelniczkom i czytelnikom, którzy dzielą się ze mną wrażeniami po przeczytaniu moich powieści, zdecydowanie odważniej. Praktyka też ma znaczenie. Jako redaktorka i wydawczyni oraz polonistka i literaturoznawczyni miałam ugruntowany warsztat, ale codzienne pisanie bardzo pomaga w doskonaleniu opowiadania historii. Pewną rewolucją było napisanie pierwszej powieści kryminalnej. Choć lubię ten gatunek jako czytelniczka, nie myślałam o sobie jako o autorce kryminałów. Gdyby nie propozycja z wydawnictwa, pewnie bym się nie odważyła na taką próbę – czyli znowu ta odwaga. Ugruntowuję ją w sobie, coraz skuteczniej. To zresztą samonapędzający się mechanizm – im więcej sukcesów, tym odwaga do nowych działań większa.
Lubię, gdy się dzieje. Mam organiczną wręcz potrzebę, by dostarczać neuronom nowych bodźców. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że kolejna dziesięciolatka też śmignie, zresztą zobaczymy podczas wypełniania kwestionariusza na 20-lecie Zupełnie Innej Opowieści.
Czy gdybyś mogła cofnąć czas, zmieniłabyś coś w swoim pisarskich decyzjach (inne gatunki, tematy)?
– Niedawno w moim Przekrojowym kalendarzu było zdanie Olgi Tokarczuk: „Wszystko przeminie. Mądry człowiek wie o tym od samego początku i niczego nie żałuje”. Zatem – nie żałuję niczego. Czasem przychodzi, a raczej: przychodziła do mnie myśl, że może trzeba było wcześniej zacząć pisać (no ale ta odwaga). Odpowiedź jest taka: gdyby można było, tobym zaczęła. Za to teraz doceniam wiek i zebrane doświadczenia. Warsztat to jedno, ale pisać trzeba przecież z czegoś – z wnętrza, z tego, co tam przerobione. Z przeżytego, przemyślanego, bo to pomaga stworzyć przekonującą fikcję. Prywatnie też nie cofam czasu, jestem osadzona w tu i teraz. Bardzo mi to służy.
Jak zaczęłaś pisać? I dlaczego?
– Najpierw zostałam dyplomowaną filolożką, nawet dwiema filolożkami: polską i bałtycką. Po studiach poszłam pracować do wydawnictwa. Zaczęłam od korekty, potem była redakcja, aż dobiłam do stanowiska wydawczyni. I dopiero wtedy, po kilkunastu latach, uznałam, że przyszedł czas, by się odważyć na samodzielne pisanie. Pracowałam nad wieloma obcymi tekstami i często myślałam, że ja przecież też bym potrafiła opowiadać historie. Odpowiedni warsztat mam, wieloletnią praktykę redaktorską także. Oraz głowę pełną pomysłów i chęć, by przelewać je na papier. Podejrzewałam, że bycie pisarką to wspaniała praca. Intuicja mnie nie myliła – uwielbiam tę robotę!
Dokończ: Gdybym jednak nie została pisarką, to byłabym…
– …Lekarką. Z taką intencją szłam do liceum, przez cztery lata na mat-fizie przygotowując się do egzaminów na medycynę. W maju, chwilę po maturach (i po rozmowie z polonistą) zmieniłam zdanie. Jak widać, późne podejmowanie decyzji to w moim przypadku pewna stała.
Przeczytaj także:
Uważasz swoje pisarskie marzenie za spełnione? Jeśli tak, to dlaczego. Jeśli nie, to co jest tym marzeniem?
– Nie mam konkretnych pisarskich marzeń. To pierwsze, by zobaczyć książkę ze swoim nazwiskiem na okładce, już dawno się spełniło. Teraz po prostu bardzo się cieszę, że moje podstawowe zajęcia w życiu to pisanie, czytanie i doświadczanie – miejsc, ludzi, emocji – traktuję to jako konieczną w tym zawodzie kwerendę. Każdego dnia z zapałem siadać do roboty i każdego dnia dostawać od klientek i klientów (czyli czytelniczek i czytelników) sygnały, że doceniają i chcą więcej – czy można się bardziej spełniać zawodowo?
Czego oczekujesz od literatury? Swojej literatury i literatury w ogóle.
– Bliska jest mi taka definicja literatury, która mówi, że jest ona miejscem, w którym ludzie próbują uzgodnić swoje wyobrażenia na temat tego, co im się przytrafiło – z jednej strony jest bohaterka/bohater, a z drugiej – odbiorczyni/odbiorca tej fabuły. W takim ujęcia literatura jest zawsze psychologiczna. Opowiada o motywacji, doświadczeniu postaci. Pozwala wejść w świat drugiego człowieka, zrozumieć go, współprzeżywać z nim. Intymne i wyjątkowe doznania.
Bliska jest mi taka definicja literatury, która mówi, że jest ona miejscem, w którym ludzie próbują uzgodnić swoje wyobrażenia na temat tego, co im się przytrafiło – z jednej strony jest bohaterka/bohater, a z drugiej – odbiorczyni/odbiorca tej fabuły. W takim ujęcia literatura jest zawsze psychologiczna. Opowiada o motywacji, doświadczeniu postaci. Pozwala wejść w świat drugiego człowieka, zrozumieć go, współprzeżywać z nim. Intymne i wyjątkowe doznania.
Jakie książki (albo inne dzieła kultury) cię ukształtowały – jako człowieka, jako pisarkę? (ulubione książki, ulubieni pisarze). Masz ulubionego bohatera literackiego? Swojego? Cudzego?
– Czytam bardzo dużo, bardzo różnych rzeczy. Uwielbiam obyczajową literaturę angielską – za czułą ironię i autoironię i za wnikliwą obserwację rzeczywistości: David Lodge, Ian McEwan, Julian Barnes, Kate Atkinson. Za podobne cechy plus zdejmowanie z rzeczywistości pozłotka cenię Elizabeth Strout. Och, te cykle o Lucy i Olive Kitteridge! Ostatnio czytam dużo literatury czeskiej. Wciągnęły mnie kryminały Ivy Prochazkowej (mocno podbite tło obyczajowe), w pamięć zapadł „Rok koguta” Terezy Bouckovej – to książka dla tych, którzy szukają w literaturze życia, a nie słodkich wyobrażeń o życiu. Z kryminałów jeszcze seria o Departamencie Q Jussiego Adler-Olsena. A, no i zachwyt ubiegłego roku – „Książka wszystkich rzeczy” Guusa Kuijera. Kupiłam ją z myślą o córce i przepadłam. To powinna być lektura obowiązkowa w szkołach. Czy można wyciągnąć z tego jakieś uogólnienie? Chyba takie: w literaturze szukam życia. Takiej opowieści o nim, która we mnie zarezonuje, w której się przejrzę. I jeszcze warunek sine qua non – w literaturze język musi być literacki. Ma uwodzić, zachwycać, świetnie przekazywać myśli i uczucia – taka wartość dodaną.
Kiedy nie piszę, to….
– Czytam albo spaceruję. Dwa nałogi, na szczęście nieszkodliwe (pomijając zatracanie się w nich).
Nad czym teraz pracujesz? – Właśnie skończyłam trzeci tom serii z Sonią Kranz. Chwila oddechu, wypełniona lekturami do kwerendy, i siadam do pisania powieści obyczajowej, wojenno-współczesnej, której fabuła będzie zbudowana wokół bardzo ciekawego i do tej pory nie wykorzystywanego literacko wątku.

