wywiad

Agnieszka Jeż: Interesują mnie emocje | Rozmawia Przemysław Poznański

Sensacja umiera szybko, a strach żyje długo. Mnie zdecydowanie bardziej interesują emocje, to, co się dzieje w głowach bohaterów: pobudki, pragnienia, urazy, wszelkiego rodzaju żądze. Nie szukam fabuł kryminalnych, w których obrazki zmieniają się jak w kalejdoskopie i ważne są wydarzenia, nie bohaterowie, to znaczy odwrócona jest zależność: nie bohaterowie decydują o wydarzeniach, a raczej wydarzenia sterują bohaterami – mówi Agnieszka Jeż*, autorka powieści „Szaniec”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Agnieszka Jeż, fot. Marcin Klaban,
asystent fotografa Adrian Stykowski

Przemysław Poznański: „Szaniec” to kryminał, ale nie taki, do jakich przyzwyczaili nas ostatnio pisarze, lecz sięgający do wzorców Agathy Christie, bo wykorzystujący motyw „zamkniętego pokoju”. Dlaczego właśnie taki pomysł miała pani na pierwszą powieść kryminalną w swojej karierze?

Agnieszka Jeż: Bardzo dużo czytam – powieści gatunkowych, prozy literackiej, literatury popularnonaukowej i książek reporterskich. I na przykład, jeśli idzie o kryminały, to ostatnich przeczytanych przeze mnie pozycji nie da się raczej włączyć do „głównego nurtu współczesnego”: seria etnokryminałów Małgorzaty i Michała Kuźmińskich i kolejne tomy serii o Departamencie Q Jussiego Adler-Olsena. Gdybym miała znaleźć jakieś wspólne określenie dla kryminałów, o których pan wspomina, to chyba byłoby: szybkostrzelne. I jednocześnie tej cechy właśnie nie ma w moich ostatnich lekturach kryminalnych.

Agathę Christie lubię, mam jej wszystkie książki. Nie wracam do nich po latach; trochę brakuje mi na to czasu, a trochę pewnie świadomie unikam konfrontacji ze wspomnieniami – ćwierć wieku temu na pewno byłam inną czytelniczką. Zatem – w fabuły się ponownie nie zanurzam, ale niektóre frazy, założenia i poglądy Christie wciąż mi towarzyszą. Na przykład ta, że sensacja umiera szybko, a strach żyje długo.

Mnie zdecydowanie bardziej interesują emocje, to, co się dzieje w głowach bohaterów: pobudki, pragnienia, urazy, wszelkiego rodzaju żądze. Nie szukam fabuł kryminalnych, w których obrazki zmieniają się jak w kalejdoskopie i ważne są wydarzenia, nie bohaterowie, to znaczy odwrócona jest zależność: nie bohaterowie decydują o wydarzeniach, a raczej wydarzenia sterują bohaterami. Słowem: nie musi się nie wiem ile dziać, ale ważne dla mnie jest to, by działo się coś istotnego, i żebym dzięki tej opowiedzianej historii poznała i zrozumiała kawałek świata. Przypomina mi się jeszcze jeden cytat z Christie, chyba z „Domu zbrodni”, że są takie kryminały, w których ginie jedna osoba po drugiej, a mordercą okazuje się w końcu ten jedyny, który przeżył. Zatem: mnie wystarcza jeden trup, ale tło zbrodni lubię rozbudowane.

A dlaczego w ogóle sięgnęła pani po ten gatunek?

– Co do nowego gatunku w moim dorobku – gdyby się zastanowić, to właśnie tym jednym elementem, czyli trupem – obyczaj się różni od kryminału. W powieści kryminalnej temperatura emocji rośnie, bariery, które oddzielają naturę od kultury kruszeją, i ktoś ginie. Widać mam potrzebę opowiadania czytelnikom także takich „bardziej zaawansowanych emocjonalnie” historii.

Czy to oznacza odejście od dotychczasowego gatunku, czyli powieści obyczajowej, czy raczej będzie pani zmieniać gatunki?

– Będę zmieniać gatunki, takie złożenie przyjęłam. Płodozmian – co prawda zastosowany raz, więc materiał skąpy – dobrze mi robi. Wiem, że niektórym taki „rozjazd” może się wydać dziwny, ale ja nie odczuwam tu żadnej sprzeczności. Nie czytam przecież tylko jednego rodzaju literatury, nie oglądam jednego rodzaju filmów, nie otaczam się wyłącznie ludźmi podobnymi do mnie. Pisanie książek to opowiadanie o świecie przy pomocy wybranej historii, a mnie frapują różne historie.

Wrzuciła pani swoich bohaterów w głąb mazurskiej głuszy, do ekskluzywnego hotelu „Szaniec”, by brali udział w horrendalnie drogim, poddanym ścisłym rygorom, programie duchowej odnowy. To pokazuje, z kim mamy do czynienia – ludźmi zamożnymi, którzy jednocześnie nie potrafią w jakimś stopniu uporać się ze swoimi demonami. Jak dobierała pani tych bohaterów i jak tworzyła pani ich skomplikowane portrety psychologiczne?

– Z życia. Pisarstwo sporo we mnie zmieniło, a najbardziej chyba to, że coraz częściej i coraz żwawiej porzucam introwertyzm. Dawniej, gdy poruszałam się po mieście, dokądś wychodziłam, gdzieś byłam, raczej unikałam interakcji ze światem: słuchawki na uszach, książka na kolanach, niezagadywanie. Teraz jestem w pozycji nasłuchu: urywki rozmów na przystankach, w kolejce do kasy, w pociągu, w barze. Gdy ktoś ma potrzebę mówienia, jestem wdzięczną i uważną słuchaczką. Rzecz nie tylko w tym, że ja się (literacko) żywię takimi historiami, ale też w tym, że one mi szerzej pokazują świat, a także pomagają go zrozumieć. Wielu moich bohaterów ma swoje realne pierwowzory, rzecz jasna nie jeden do jednego, chodzi o rys, cechę, coś charakterystycznego. Fabuły też bywają kompilacją różnych prawdziwych wydarzeń. Naprawdę – życie wyprzedza wyobraźnię, to, co z trudem unosi fabuła, dzieje się tuż obok.

Bohaterowie „Szańca”są zróżnicowani; wiek, płeć, grubość portfela, poglądy – to ich różni. Zbliża zaś to, przed czym każdy z nich ucieka, by się okopać w swoim prywatnym, indywidualnym szańcu: traumy, lęki, wyparcia.

Istnieją takie wyjazdy, o jakich pani pisze? Brała pani udział w czymś takim?

– Czy akurat w tym przypadku nie jest tak, że to fikcja jest o krok przed życiem – nie wiem. Na pewno są wyjazdy surwiwalowe, gdzie uczestnicy w latarkach czołowych, z saperkami i nożami muszą sobie zbudować szałas, zdobyć pożywienie i przetrwać, a to wszystko, oczywiście, w kontrolowanych warunkach. W książkowym Szańcu warunki był ekskluzywne, co mogło dawać złudzenie większego komfortu i większej kontroli. Komfort fizyczny pozostał, psychiczny prysł błyskawicznie, a kontrola okazała się iluzoryczna. Myślę, że podczas takich „zamkniętych”, „odciętych” wakacji bardzo często, jeśli nie zawsze, dochodzi do takiego uwolnienia emocji, na jakie uczestnicy nie byli gotowi. „Na marzenia też trzeba uważać” – ostrzega prokuratorka Maria Przyzwan. Zasadnie.

Na ile dokładnie – o ile to pani robi – dokumentuje pani miejsca akcji?

– Zawsze dokumentuję miejsca akcji. W „Szańcu”są to zarówno miejsca naprawdę istniejące, jak i wymyślone. Te, które odwzorowuję, znałam już wcześniej, odwiedzam na potrzeby książki lub – w ostateczności – oglądam na zdjęciach, filmach czy używając Google Maps – w ten sposób szukałam na przykład mieszkania dla Wiery Jezierskiej. Bardzo lubię, jako czytelniczka, szczegółowe didaskalia, które budują atmosferę powieści. Sama też „obudowuję” fabułę tak, by czytelnikom się wydawało, że znajdują się w miejscu akcji.

Zarzewiem intrygi jest śmierć jednego z uczestników – szanowanego księdza dziekana. Motyw jest w zasadzie jasny od początku. Zagadką, którą musimy rozwiązać jest więc to, kto zabił, a nie dlaczego. Problem w tym, że motyw mogła mieć więcej niż jedna osoba. Czy pisząc powieść, miała pani precyzyjny plan intrygi i znała rozwiązanie?

– Motyw – tak, podejrzenia są dość jasno przedstawione, a i tak, co wiem od czytelników, są zaskoczeni finałem. Nawet zatem w przypadku „zbrodni w pokoju” i ograniczonej liczby podejrzanych suspens jest możliwy.

„Szaniec” to historia, która rozgrywa się na różnych planach czasowych i przestrzennych, jest kilkunastu bohaterów, bardzo się od siebie różniących. Wiele nitek, początkowo, zdawałoby się, luźnych, w finale mocno i równo się splata. Nie pokusiłam się o to, by sprawdzić, czy działając spontanicznie, jestem w stanie osiągnąć taki sam efekt, jak z solidnym konspektem. Mam przypuszczenia, że nie.

Książki, które piszę, mają zwykle około dziesięciu arkuszy. W obyczajowych konspekt liczy od jednego arkusza do dwóch, w kryminale – przeskakuje dwa i zbliża się do trzech. To bardzo ułatwia pracę; na etapie konspektu rozmawiam ze swoim wydawcą, czy nie ma gdzieś luki, błędu, nieścisłości – to jest dobry czas na ewentualne zmiany i poprawki. A potem, już się nie bojąc o równy splot, mogę literacko rozwinąć skrzydła: barwne opisy, delikatna ironia, doza psychologii i tło społeczno-obyczajowe są dla mnie równie ważna, co sama intryga.

To w istocie rzeczy powieść bez antagonisty, a jeśli już, to jest nim ofiara. Wielu pisarzy kusi stworzenie ucieleśnienia absolutnego zła, psychopaty, mordercy. Pani poszła w zupełnie inną stronę.

– Ale ta ofiara jest przedstawiona w retrospekcjach, więc czytelnik obserwuje ewolucję antagonisty ze „zwyczajnego chłopaka” w przestępcę. Proszę zauważyć, jak trzeba w tym przypadku ważyć słowa: zamordowany jest ofiarą i jednocześnie jest przestępcą. Przestępca jednocześnie jest ofiarą. Nic nie jest czarno-białe, szarość w wielu odcieniach nas otacza. Absolutne zło wynika z zaburzeń psychiki; jest to zapewne pokuśne literacko, bo pozwala pisać o okropnych zbrodniach bardzo detalicznie je przedstawiając, ale mnie bardziej „pociąga” „zwyczajne” zło, takie, które się dzieje za ścianą, w klatce obok, na sąsiedniej ulicy. „Zło powszednie”, jak przeczytałam w jednej z recenzji  „Szańca”. Zło, które się sączy, ciurka i niszczy wytrwale; często ta struga zła jest międzypokoleniowa.

Ważnym elementem intrygi jest trudna powojenna historia, w tym historia przesiedleń na Ziemie Odzyskane i dramatyczna historia powojennych sierot. Szukała pani tła dla głównego wątku czy raczej wyszła właśnie od historii, by nadbudować nad nią współczesną opowieść?

– Tło narzucało się samoistnie. Najpierw był pomysł ekskluzywnego hotelu surwiwalowego i prawie równocześnie pomysł, by Szaniec znalazł się na terenie Karolewa. To była ta „mała” historia, która budowała klimat miejsca. A potem przyszła historia „duża”, czyli Warmii i Mazur. „Przypędzeni” i „wypędzeni” – to był jeden z motywów, który od razu znalazł się w konspekcie. Na etapie dokumentacji, gdy dużo czytałam o tych ziemiach, postanowiłam wykorzystać także wątek powojennych sierot. Lubię tak mocno osadzone w historii fabuły; gdy, to, co wydarzyło się dawno temu, zaczyna bulgotać, buzować, a potem wybucha.

Choć formalnie pierwsze skrzypce w śledztwie gra komisarz Janusz Kosoń, to tak naprawdę główną bohaterką powieści jest sierżant Wiera Jezierska. Niezwykle oryginalna postać – świetna policjantka, która jednocześnie okazuje się kłębkiem kompleksów związanych z jej pochodzeniem, a jeszcze bardziej wyksztalceniem. Zresztą kontakt z ludźmi, którzy są w stanie wydać grube tysiące złotych na wyjazd do „Szańca”, nie pomaga jej w budowaniu własnej pewności siebie. Na jakim etapie tworzenia planu powieści pojawiła się ta postać? Jak pani ją konstruowała?  

– To bardzo ciekawe spostrzeżenie, ponieważ dla mnie Wiera Jezierska jest zdecydowanie pierwszoplanowa – i jako śledcza, i jako główna bohaterka książki. Wszystko, co się dzieje, jest przez nią „filtrowane”. Daniel Hryciuk to antagonista, Wiera Jezierska – protagonistka. Jak ją konstruowałam? Zapewne też w opozycji do tego, do czego „przyzwyczaili nas ostatnio pisarze”.

Starałam się, żeby sierżant Jezierska była jak najbardziej prawdziwa, żeby czytelnik miał poczucie, że dostaje osobę z krwi i kości, z wadami i zaletami i z całkiem dużą dozą samoświadomości, co bywa bolesne, ale i mocno pomaga w rozwoju. Wiera ma dewizę, żeby „choć o milimetr popchnąć świat w stronę dobra”. Siebie też popycha, a właściwie rozpycha się w swoim szańcu lęków i niepewności, by, miejmy nadzieję, wydostać się z niego.

Jezierska natrafia w śledztwie na prawdziwy szaniec – barykady zbudowane przez tych, którzy nie chcą, by prawda ujrzała światło dzienne, w tym Kościół czy polityków. Niejednokrotnie daje się jej do zrozumienia, że nie jest dość wysoko postawiona, by zmierzyć się z prawdą. Pokazuje więc pani sieć powiązań, układ osób na najwyższych szczeblach władzy czy hierarchii, który jest w zasadzie bezkarny. Ucieka pani więc od łatwego happy endu.

– Nie chcę zabrzmieć tak, jakby mnie nadzieja opuściła, ale w nakreślonym przez pana tle trudno o jakikolwiek happy end, nie tylko łatwy. A mimo to, mimo braku tego łatwego happy endu i równie łatwej otuchy, jest w „Szańcu” jakaś dawka optymizmu: wyrywanie się z własnych okopów, wierność swoim przekonaniom, podejmowanie walki – mimo że na bardzo nierównych warunkach. Cegły szańca kruszeją powoli, ale nieustająco.

Spotkamy jeszcze Wierę Jezierską? Myśli pani o stworzeniu kryminalnej serii?

– Myśl przekuwa się w czyn. Piszę drugi tom serii z Wierą Jezierską. Tym razem akcja toczy się i na Mazurach, i na Podhalu. Też będą przeskoki czasowe, nitki fabularne będą początkowo sprawiały wrażenie, jakby na inne druty były nawinięte, ale gdy czytelnik dojrzy splot… Będzie dużo zaskoczeń, powszedniego zła, emocji. Grubej warstwy lukru na happy endzie nie przewiduję – może cieniutka posypka cukru pudru, żeby nie było całkiem gorzko.

Rozmawiał Przemysław Poznański

*Agnieszka Jeż – pisarka, filolożka polska i bałtystka. Przez wiele lat zawodowo zajmowała się książkami na stanowisku redaktorki i wydawczyni. W 2016 r. zadebiutowała jako autorka książki o międzywojniu „Kuchnia dwudziestolecia. Co i jak jadano” i powieści „Nie oddam szczęścia walkowerem”. Od tamtej pory w polskiej literaturze obyczajowej przybyło dziewięć książek z jej nazwiskiem na okładce. Najnowsza to „Miłość warta wszystkiego”. „Szaniec” to jej debiut kryminalny.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: