felieton

Nikomu się nie śniło? | Felieton Przemysława Poznańskiego

Dokładnie cztery lata temu, po lekturze pewnego tomu opowiadań, wypełnionego w zdecydowanej większości utworami debiutantów, napisałem: zapamiętajmy te nazwiska. No i wywróżyłem! – pisze w swoim felietonie Przemysław Poznański.

Choć tak naprawdę nie było w tym nic z prorokowania. Byłem po prostu głęboko przekonany, że autorzy, których utwory czytam, mają coś do powiedzenia i prędzej czy później zachwycą nas dojrzałością swoich samodzielnych dzieł. Aż dziw, że niektóre z tych powieściowych debiutów zdarzają się dopiero teraz. Aż dziw, że niektórzy z tamtych autorów wciąż czekają na swój wielki dzień.

A piszę o tym w momencie, w którym na rynku ukazały się – na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy – dwie doskonałe powieści, a jednocześnie całkowicie różne, których autorki rozpoczynały podróż do świata literatury właśnie od owego tomu, którego tytuł brzmiał chyba dość przekornie: „Nikomu się nie śniło”.

Pierwszą z autorek jest Elżbieta Łapczyńska. O jej opowiadaniu „Wszystko, czego nie powiedziałem dziewczynie spod okna”, pisałem, że jest jednym z tych w tomie, które przepełnione są chęcią ucieczki od przeszłości. Ta sama Łapczyńska debiutowała samodzielnie zaledwie trzy miesiące temu jako autorka książki „Bestiariusz nowohucki”. Dziełem brawurowym, jednoznacznie docenionym, o którym nasza recenzentka, Malgorzata Żebrowska pisała: Łapczyńska kreśli tu obraz ludzi złamanych przez wojenny i powojenny los, którzy zasilają szeregi pracowników monumentalnej huty stali (…). Ludzi, którzy wciąż ćwiczą się w sztuce przetrwania: niewiele oczekujących od życia i niewiele dostających. Przyzwyczajonych do otrzymywania „nakazu pracy”, do słuchania rozkazów i poleceń. Ludzi, dla których rozczarowanie codziennością jest jak chleb powszedni – a nawet bardziej pewne niż on. Rozpamiętujących te kilka momentów z przeszłości, gdy byli naprawdę szczęśliwi. I trzymających się mizernego, smutnego życia z zapalczywym uporem. Im wszystkim – ofiarom bezlitosnej rzeczywistości – autorka złożyła hołd, kreując przejmujący i bolesny obraz.

Przeczytaj także:

Drugą z autorek jest Anna Rozenberg. W opowiadaniu „Scenariusz” odsłaniała przed nami zakamarki umysłu zagubionego, dotkniętego tragedią, którego kreacje sieją zamęt i zniszczenie. Jej „Maski pośmiertne” też pokazują mrok, jaki przepełnia ludzi. Ludzi, którzy są zdolni do zbrodni. Jak pisałem w recenzji: o sile tej książki – która podczas lektury wciąż przywodziła mi na myśl najlepsze brytyjskie i skandynawskie seriale kryminalne – świadczy przede wszystkim to, że „Maski pośmiertne” okazują się szybko opowieścią, w której intryga, nawet jeśli doskonale skrojona, nie przysłania w żaden sposób tej warstwy powieści, która pozwala nam odkryć całą złożoność tak psychologii bohaterów jak i obyczajowo-historycznego tła, w którym muszą się poruszać.

Chyba żaden z recenzentów tej powieści kryminalnej nie ma zresztą wątpliwości, że Rozenberg poradziła sobie z intrygą, konstrukcją bohaterów czy narysowaniem tła po mistrzowsku, jak stary wyjadacz, a nie jak debiutant. Tylko czekać na jej kolejne książki.

Czy cztery lata temu autorom tych opowiadań śniły się takie debiuty? Jeśli nie, to najwyraźniej powinni odważniej śnić.

Przeczytaj także:

Rzecz w tym, że w tomie „Nikomu się nie śniło” i we wcześniejszym, „Autostop(y)” – w pewien sposób powiązanym (o czym za chwilę) – znalazło się ponad dwudziestu autorów. Bez wątpienia – sądząc po ich opowiadaniach – nie mniej utalentowanych. Co z nimi?

Chyba mogę tu pominąć Roberta Małeckiego (Robert, wybacz), bo ten autor w chwili, gdy ukazywała się antologia, był już po świetnie przyjętym debiucie, powieści „Najgorsze dopiero nadejdzie”, a dziś z każdą książką – choćby ostatnio thrillerem psychologicznym „Żałobnica” – udowadnia swoją markę jednego z najważniejszych polskich autorów powieści kryminalnych.

Warto za to wspomnieć o Katarzynie Kowalewskiej, która już w 2014 roku debiutowała doskonała, pełną purnonsensu powieścią „Pijany skryba”. Jej opowiadania w „Nikomu się nie śniło” co prawda zabrakło, ale znalazło się w „Autostop(ach)”. „Futro” przekraczało granice między strefą jaźni a tą oniryczną, gdzie wszystko jest możliwe, pisarka odnalazła jednak dla siebie inną drogę i widać, że się w niej spełnia. Wydała już dwie powieści obyczajowe: „Pudełko z pamiątkami” w 2020 roku i „Podmiejski na koniec świata” (tegoroczna marcowa premiera).

No i jest jeszcze Hanka V. Mody, która w „Sztuce chodzenia po linie” dała nam przejmującą opowieść o stracie, a która w 2018 roku wydała tom opowiadań „Chciałbym, żebyś mnie napisała” – opowieść pełną erotyzmu, ale możliwie daleką od epatowania seksem, prozę, w której widać literacką sprawność, zabawę językiem, ale przede wszystkim czuć literacki nerw – chęć przekazania za pomocą słów głębszych, niż te pozornie widoczne, ważniejszych znaczeń.    Cały czas natomiast nie dostaliśmy książki Katji Tomczyk – pomysłodawczyni tomów „Autostop(y)” i „Nikomu się nie śniło”, a w zasadzie akcji „wykup słowo”, dzięki której obie antologie powstały. Nie zadebiutowała też własną książką, a szkoda, Dorota Szelezińska, od której po raz pierwszy usłyszałem o „Autostop(ach)” i to w egzotycznych okolicznościach, wartych osobnej opowieści, bo przy szklance thé à la menthe serwowanej w zaułkach Casablanki.

W obu antologiach pojawili się jeszcze inni autorzy, których teraz wymienię: K.B. Ambroziak, Joanna Chudzio, Marta Koton-Czarnecka, Zuzanna Muszyńska, Magdalena Niziołek-Kierecka, Gabriela Szczęsna, Grzegorz Giedrys, Przemek Morawski, Maras Pijanowski, Michał Dębski, Hanna Bilińska-Stecyszyn, Monika Wasilewska, Magdalena Genow-Jopek i Izabela Szymczak. Możliwe, że o niektórych wkrótce znowu usłyszymy. A zatem: zapamiętajmy te nazwiska!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: