Reklamy
wywiad

Dobromiła Jankowska: Specjalistka od trudnych tematów | Rozmawia Edyta Niewińska

Wyznaję niekoniecznie popularny pogląd, że tłumacz jest przede wszystkim rzemieślnikiem, a nie artystą (autorem, ale niekoniecznie twórcą), traktuję te swoje z pozoru trudne emocjonalnie zadania jak pracę do wykonania – i próbuję nie spać z książkami, nie śnić o nich, nie rozmawiać, nie dać się im przytłoczyć. Emocje autora, wiadomo, że nieprzetłumaczalne, są na szczęście wyrażane językiem – a ten zawsze można uchwycić, szczególnie jeśli ktoś pisze tak sprawnie jak Vann, Berlin czy Lauren Groff – mówi Dobromiła Jankowska, tłumaczka literatury. Rozmawia Edyta Niewińska.

Dobromiła Jankowska, fot. prywatne zbiory

Edyta Niewińska: Tak naprawdę pomysł na ten wywiad pojawił się z pytania, które zadałam sobie po przeczytaniu kilku książek, które między innymi Ty tłumaczyłaś: Jak to jest tłumaczyć tak trudne emocjonalnie książki? Jak wygląda ten proces, w którym mierzysz się nie tylko z trudną i w pewnym sensie nieprzetłumaczalną materią słów, ale także z emocjami?

Dobromiła Jankowska: Całkiem niedawno jedna z redaktorek, dla których wewnętrznie recenzuję książki, przesłała mi pytanie od innej recenzentki: „Czy tłumaczysz książki inne niż te o deprawacji, gwałcie, holokauście?”. I wtedy, nie pierwszy raz, spojrzałam na swoją autorską półkę i pomyślałam, że zupełnie niechcący stałam się specjalistką od najtrudniejszych tematów: „Legenda o samobójstwie”, „Brud” Davida Vanna, „Przyjaciel” Sigrid Nunez, „Nasz chłopak” Daniela Magariela – wszystkie dla Pauzy, plus „Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” Alexandry Fuller dla Czarnego, „Instrukcja dla pań sprzątających” Lucii Berlin dla W.A.B., „Jej ciało i inne strony” Carmen Marii Machado dla Agory.

Wyjaśnienie może być banalne: swoją normę romansów, erotyków, powieści dla nastolatek i książek kucharskich już wyrobiłam w pierwszych latach pracy, potem zajmowałam się głównie biografiami i reportażem, choć tu m.in. dotłumaczeniem niełatwych „Rozmów norymberskich”, a kiedy w końcu zaczęłam przekładać literaturę prawdziwie piękną, to wiadomo, że nie może ona być łatwa. A ponieważ wyznaję niekoniecznie popularny pogląd, że tłumacz jest przede wszystkim rzemieślnikiem, a nie artystą (autorem, ale niekoniecznie twórcą), traktuję te swoje z pozoru trudne emocjonalnie zadania jak pracę do wykonania – i próbuję nie spać z książkami, nie śnić o nich, nie rozmawiać, nie dać się im przytłoczyć. Emocje autora, wiadomo, że nieprzetłumaczalne, są na szczęście wyrażane językiem – a ten zawsze można uchwycić, szczególnie jeśli ktoś pisze tak sprawnie jak Vann, Berlin czy Lauren Groff.

Która z tłumaczonych przez Ciebie książek wiązała się z największym zaangażowaniem i wysiłkiem emocjonalnym?

– Odpowiem przekornie – dla wielu moich bliskich najtrudniejszą emocjonalnie lekturą była oczywiście „Legenda o samobójstwie” i doskonale to rozumiem, ale sama zamykam dość szybko szufladkę „przeżywam” i biorę się za następne zadanie. Za to najbardziej angażującą z pewnością była „Floryda” Lauren Groff, bo autorka – mam czasem wrażenie – wyszukuje w słowniku takie znaczenia słów, które są na końcu listy, nieoczywiste, „pułapki” niełatwe dla tłumacza, albo wplata w narrację niekoniecznie oznaczone cytaty z literatury współczesnej i klasycznej. Jeśli nie znasz ich, w angielskiej wersji oczywiście, masz „przechlapane”. Najbliższą emocjonalnie autorką jest mi z pewnością Lucia Berlin, której niełatwe życie, po części fabularnie przedstawione w jej opowiadaniach, wciąż mocno we mnie siedzi. Zapewne także dlatego, że obserwuję na Facebooku dwóch synów autorki i mam wrażenie, że ciąg dalszy opowieści rozgrywa się trochę na moich oczach.

Jak sobie w takim razie radzisz z emocjami w trakcie pracy nad tłumaczeniem? Z tymi, które nas, czytelników, tak bardzo poruszają?

– Staram się, żeby ich nie było. Trudno zresztą pozwolić sobie na angażowanie w każdą z na przykład siedemdziesięciu książek, bo chyba więcej czasu spędziłabym wówczas na terapii, by wygrzebać się z dramatycznych historii moich bohaterów. Przekład to zadanie, trzeba je wykonać jak najlepiej. Przeżywać mogę, czytając nietłumaczone przeze mnie książki, ostatnio na przykład genialnego „Stramera” Mikołaja Łozińskiego.

Jestem pod wrażeniem. Osobiście pisząc powieści dotykam emocji moich bohaterów, i czasem muszę z nich „wyjść”, żeby zachować swoją osobistą równowagę psychiczną. Z czego Ty wychodzisz po zakończeniu tłumaczenia?

– Wychodzę z języka, stylu, sposobu obrazowania. Często muszę wyjść z miejsca – u Berlin z Nowego Meksyku lub Ameryki Południowej, u Vanna z Alaski lub gorącej Kalifornii, u Groff z wilgotnej Florydy. „Moi” pisarze bardzo namacalnie opisują miejsca akcji, filmowo wręcz, co pozwala mi na jakiś czas zamieszkać gdzie indziej. Ta „filmowość” to gwarancja jakości – jeśli podczas lektury widzisz, gdzie jesteś, to znak, że autor ma wielki talent.

Jakie książki najbardziej lubisz tłumaczyć? Bo jednak, jak każdy, masz swoje literackie preferencje.

– Przez pierwsze lata tłumaczeniowej „kariery” współpracowałam z bardzo konkretnie ukierunkowanymi wydawcami – dla Dolnośląskiego tłumaczyłam powieści kobiece, dla Bukowego Lasu – książki trochę kucharskie oraz biografie sportowców, dla Czarnego – non-fiction, dla W.A.B. i dla Pauzy – literaturę piękną. Odmawiałam rzadko – tak naprawdę przypominam sobie tylko dwie okazje, obie bardzo świeże – jedną sprzed kilku dni, drugą – kilku miesięcy. I były to odmowy spowodowane brakiem czasu, bo chciałabym obie te „odmówione” książki mieć w swoim translatorskim CV. Dla satysfakcji najbardziej lubię tłumaczyć, wiadomo, piękne książki. Dla pieniędzy i profitów z wypożyczeń bibliotecznych – proste i przyjemne powieści, które rozjaśniają ludziom dzień.

Przypomniała mi się jeszcze jedna okazja, kiedy odmówiłam tłumaczenia konkretnej książki, świetnej irlandzkiej autorki, też z braku czasu. Nie wspominam tu o „ogólnych” propozycjach w rodzaju „a może by pani coś dla nas przełożyła”, mamy na przykład to i tamto – zwykle na za dwa miesiące i bardzo niskie stawki. Wtedy po prostu nie kontynuuję rozmowy.

Jak wygląda Twój dzień pracy? Co właściwie robisz oprócz tłumaczeń? Mam takie wyobrażenie tłumacza, który siedzi w swojej „jaskini” i tłumaczy dniami i nocami – podobnie jak pisarz, który z niej nie wychodzi, dopóki nie skończy.

– Och, to moje ulubione pytanie – mogę w odpowiedzi poopowiadać, jak bardzo ciężko pracuję i jaką jestem siłaczką oraz pracoholiczką… trochę żartem, a trochę nie. Przede wszystkim pracuję na etacie w Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu – kieruję tu Gabinetem Literackim im. Tadeusza Różewicza. Zajmujemy się m.in. organizacją corocznego Festiwalu Tradycji Literackich, spotkań z cyklu „Tłumacz w muzeum”, współorganizowaniem wystaw, zbieraniem materiałów do czasopisma „Interpretacje”, współpracą z innymi muzeami literatury i instytucjami kultury. Poza tym od 2007 roku koordynuję prace związane z Międzynarodowym Festiwalem Opowiadania, organizowanym we Wrocławiu przez Towarzystwo Aktywnej Komunikacji. To praca, której przez większą część roku nie widać – bo polega na wybieraniu i proponowaniu „opowiadaniowych” autorów, planowaniu festiwalu (odbywającego się w pierwszym tygodniu października), prowadzeniu profili w mediach społecznościowych i strony internetowej, kontakcie z autorami, pisaniu wniosków o granty, korespondowaniu z dziesiątkami autorów, krytyków, panelistów, partnerami kulturalnymi. Tłumaczę po godzinach pracy, w weekendy i podczas urlopów. Oprócz tego piszę recenzje wewnętrzne książek anglojęzycznych dla wydawnictw i coraz częściej prowadzę spotkania z pisarzami i tłumaczami. Staram się też czasem żyć. Za jaskinią bardzo tęsknię.

To zaskakujące, że tłumaczysz „po godzinach”. Dlaczego? Czy to oznacza, że z samego tłumaczenia nie można się utrzymać?

– Z samego tłumaczenia na pewno można się utrzymać, bo tak robi większość, myślę, że 90 proc., moich kolegów ze Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Ja zaraz po ukończeniu studiów zaczęłam etatową pracę „w kulturze”, potem dopiero zrobiłam pierwszy przekład i jak dotąd dobrze mi się łączy te dwie rzeczy. Etat daje mi – bo Polska nie jest, moim zdaniem, krajem dla freelancerów – spokój i świadomość, że jeśli przez kilka miesięcy nie dostanę zleceń translatorskich, to nie umrę z głodu. Dzięki temu mogę czekać na oferty z ulubionych wydawnictw, mogę negocjować stawki, a nie przyjmować te bardzo niskie, bo akurat innej propozycji nie ma. Dopóki mam siłę łączyć pracę menadżerki kultury i tłumaczki literatury pięknej, będę działać podwójnie.

Często czytam książki w oryginale i kiedy myślę o tym, jak dana książka mogłaby brzmieć po polsku, widzę kilka możliwych ścieżek interpretacji. Wyobrażam sobie, że dla tłumacza to trudność, bo trzeba wybrać jedną i jeszcze jakoś wpasować się w kod społeczno-kulturowy języka, w którym się tłumaczy. Jakim kluczem wybierasz motyw przewodni tłumaczenia?

– Tu akurat największą pomocą jest zawsze autor. Jeśli autor jest dobry, potrafi pisać, ma tzw. lekkie pióro, wyćwiczony styl, jeśli historia jest interesująca, a rejestr konsekwentny i przemyślany – to tłumacz rzadko się zatrzymuje w trakcie pracy. Czasem sprawdza pojedyncze słowa czy frazy w słowniku, ale nie męczy się, nie „rzeźbi” za autora, korzysta z jego erudycji, wiedzy, talentu. Tłumacz powinien doskonale znać język docelowy – ja staram się czytać po polsku, nie tylko literaturę, ale też prasę i wiadomości w Internecie – dodatkowo mam obsesję na punkcie błędów ortograficznych (których nie robię), interpunkcyjnych (które robię rzadko) i wszystkich innych. Zastanawia mnie, a czasem irytuje, kiedy koledzy-tłumacze choćby w wypowiedziach na Facebooku czy wywiadach popełniają błędy. Ale widzę, że niedokładnie o to pytałaś. Zatem – motyw przewodni wybiera autor, nie tłumacz. Kulturowe „kody” trzeba znać, albo je odnaleźć – oglądając filmy (nawet na YT), rozmawiając z native speakerami danego języka/obszaru kulturowego. Jeśli chodzi o konkretne polskie odpowiedniki danych słów czy zwrotów – słowniki zawsze się przydają!

Czy zdarzyło Ci się tłumaczyć „złą książkę”?

– Nie – bo zawsze mogłam sama je wybierać i złych po prostu nie brałam. Zdarzało mi się przekładać (jeszcze przed Greyem) erotyczne powieści, co robiłam pod pseudonimem, ale też nie uważam, że to literackie zło, skoro ludzie je czytają.

Co jest Twoim zdaniem najtrudniejsze w tłumaczeniu powieści?

– Nie czytać jej przed tłumaczeniem, nawet jeśli ma się ochotę. Należę do tej „szkoły”, której wyznawcy nie czytają tekstu przed rozpoczęciem przekładu (chyba że na przykład recenzuję go lub zastanawiam się, czy podołam, albo wydawca prosi mnie o radę), bo potem brak mi cierpliwości, żeby tłumaczyć. Wolałabym tu pytanie „co jest najtrudniejsze w tłumaczeniu opowiadań”, bo przekładam ich bardzo dużo (nie wiem, czy nie najwięcej w Polsce w ostatnich dwóch latach, w „mojej” kategorii) i one stanowią często większe wyzwanie niż forma powieści. Na przykład „Instrukcja dla pań sprzątających” to kilkadziesiąt opowiadań z różnymi narratorami, różnej długości, rozgrywających się w różnych miejscach, język bohaterów zmienia się w zależności od ich wieku – to trudne, jakby tłumaczyło się wiele książek naraz. Powieść, jeśli nie ma specjalnie skomplikowanej konstrukcji, zwykle jest jednak dość jednorodna stylistycznie. 

Czy poza czytaniem w trakcie tłumaczenia masz czas na czytanie książek dla przyjemności?

– Recenzowanie książek dla wydawnictw (wewnętrznie) to przyjemność, bo mogę czytać rzeczy, które dopiero co się ukazały i zwykle są dobre, a dzięki temu jestem na bieżąco. Czytam wszystkie książki Pauzy, bo lubię przegadywać z jej właścicielką propozycje wydawnicze, niekoniecznie takie, które będę tłumaczyć. Czytam wszystkie opowiadania ukazujące się np. w „New Yorkerze” i innych anglojęzycznych gazetach, bo to pomaga mi zebrać propozycje autorów na Festiwal Opowiadania. Czytam książki, o których jest głośno, żeby mieć swoje zdanie na ich temat – tu głównie polskie i nagradzane. Czytam książki autorów, których lubię prywatnie i wiem, że nie zawiodą – jak Małgorzata Rejmer, Weronika Murek, Jakub Żulczyk czy wspomniany już Mikołaj Łoziński. Na urlopie czytam zwykle jeden kryminał albo romans dziennie. Tak, lubię Jojo Moyes, Jill Mansell, Yrsę Sigurdardóttir i Arnaldura Indridasona.

Jaka jest najbardziej prestiżowa nagroda dla tłumacza? Taki translatorski Nobel? O jakiej nagrodzie Ty marzysz?

– Nagroda „Literatury na świecie” i Nagroda Literacka Gdynia.

Rozmawiała Edyta Niewińska

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: