wywiad

Fryczkowska: Odchorowałam „Równonoc” emocjonalnie | Rozmawia Przemysław Poznański

Kiedy ułożyłam sobie w głowie tę historię, długo zastanawiałam się, czyim głosem ją opowiedzieć. Co zrobić, żeby się do niej zdystansować emocjonalnie. W końcu wymyśliłam dziennikarkę, która słucha opowieści rodziców w sytuacji jeden na jeden. Nie wchodzę w głowy bohaterów, pozwalam im mówić tyle, ile chcą powiedzieć – zaznacza Anna Fryczkowska, autorka powieści „Równonoc”, wydanej w serii na F/Aktach wydawnictwa Od Deski Do Deski.

Przemysław Poznański: Seria Na F/Aktach to powieści oparte na autentycznych sprawach. Ile ich poznałaś, zanim trafiłaś na tę opisaną w „Równonocy”?

Anna Fryczkowska: Dostałam do przejrzenia kilkanaście wstępnie zdokumentowanych tematów. Właściciele wydawnictwa Od Deski Do Deski, Anna i Tomasz Sekielscy, dają pisarzom nie tylko duży wybór, ale też sporo czasu na podjęcie decyzji. Ja jednak w zasadzie od razu wiedziałam, że chcę pisać właśnie o tej historii. O historii czterech chłopców, zaginionych w końcu XX wieku w Zachodniopomorskiem.

Dlaczego?

– Bo nawet gdy się ją streszcza w kilku zdaniach, jest niezwykła. Nic w niej do końca nie jest jasne, składa się z samych pytań. Ciągle nie wiadomo, czy te cztery zaginięcia były ze sobą powiązane. Chociaż zbieżności jest dużo. Chłopcy byli do siebie podobni fizycznie, byli w identycznym wieku i zaginęli w podobnych okolicznościach, w okolicach zbiorników wodnych. Wszystkie zaginięcia miały miejsce w odległości godziny jazdy samochodem od siebie. Poza tym wszyscy zaginęli w ciągu roku, zawsze w marcu, w okolicach wiosennej równonocy. I żaden z nich się nie odnalazł.

Anna Fryczkowska, fot. Przemysław Jakub Hinc/zupelnieinnaopowiesc.com

Co na to policja? Nigdy nie wiązała ze sobą tych zaginięć, każda ze spraw była prowadzona oddzielnie. Zbieżności wypatrzyły dopiero wolontariuszki z organizacji Missing Zaginieni. To one w ostatnich miesiącach zwróciły się do Ministra Sprawiedliwości z prośbą, żeby te sprawy trafiły razem do policyjnego Archiwum X. Tam miałyby szansę na poprowadzenie właśnie pod kątem istniejących podobieństw. Może ta książka w tym pomoże.

Ty w pewien sposób dopowiadasz zakończenie, dajesz rozwiązanie.

– Nie zgadzam się, że dopowiadam zakończenie. Raczej mnożę opcje. To rozwiązanie, które opisuję najdokładniej, jest rozważane przez niektóre osoby zajmujące się tą historią. Był bowiem ktoś, kto znał przynajmniej dwóch zaginionych chłopców. To tylko kolejne pytanie w tej historii, ale bardzo istotne, więc zatrzymuję się nad nim dłużej.

Nieżałoba | Anna Fryczkowska, Równonoc

Dajesz w książce szczegółowy opis procesu jaki przechodzą rodziny zaginionych – od samej chwili zaginięcia po świadomość, że dziecko już prawdopodobnie się nie odnajdzie. To fazy, jak w przypadku żałoby, choć tu o żałobie nie ma mowy.

– Rzeczywiście, kiedy zaginie dziecko, nie ma żałoby. Jest straszliwa huśtawka emocjonalna między skrajnymi biegunami emocji: rozpacz, nadzieja, rozpacz, nadzieja. Osoby, które tego doświadczyły, mówiły mi, że to jest psychicznie wykańczające. Rodziny zaginionych próbują sobie poradzić z tym na różne sposoby. Przede wszystkim szukają, ciągle, do upadłego. Idą podobnymi drogami: od policji, przez prywatnego detektywa, po kolejnych jasnowidzów. Dają ogłoszenia – kiedyś wieszane na słupach, dziś w internecie. Szukają, póki starczy siły, czasu i pieniędzy. A nawet i potem, bo zdarza się, że niektórzy zastawiają dom, wyprzedają wszystko co mają, żeby szukać dalej. Niektórzy, jak moje bohaterki, starają się z dziećmi jakoś pożegnać, choćby symbolicznie, inni tłumaczą sobie, że te kilkanaście lat, które spędzili razem, to już był wielki dar, jeszcze inni ciągle czekają, stoją przy oknie.

„Równonoc” budujesz właśnie z wyznań tych, którzy zostali. Powołujesz do życia dziennikarkę, która słucha ich relacji.

– Kiedy ułożyłam sobie w głowie tę historię, długo zastanawiałam się, czyim głosem ją opowiedzieć. Co zrobić, żeby się do niej zdystansować emocjonalnie. W końcu wymyśliłam dziennikarkę, która słucha opowieści rodziców w sytuacji jeden na jeden. Nie wchodzę w głowy bohaterów, pozwalam im mówić tyle, ile chcą powiedzieć.

Ty sama też wykonałaś pracę reporterską, szukałaś dodatkowych informacji. Same akta nie były wystarczające?

– Przede wszystkim nie dostaliśmy do ręki akt, choć zwracaliśmy się o nie wiele razy. Te sprawy, rozpatrywane oddzielnie w różnych jednostkach policji, od lat są uznane za zamknięte.

Wiele osób pyta, na ile trzymałam się faktów. Zastanawiałam się nad tym od samego początku pracy nad „Równonocą”. Wydawca zostawił decyzję mnie, ale taka wolność jest i fajna, i przerażająca zarazem. Na początku więc nie podejmowałam decyzji, tylko postanowiłam dotrzeć tam, dokąd mogłam. Przede wszystkim do wolontariuszki z organizacji Missing Zaginieni, która od lat zajmuje się sprawą tych zaginięć. Od niej uzyskałam mnóstwo istotnych informacji. Korespondowałam i rozmawiałam z rodzinami w podobnej sytuacji, co moi bohaterowie. Rozmawiałam z policjantem zajmującym się zaginięciami, z prywatnym detektywem od zaginięć. Przez wiele tygodni czytałam i oglądałam wszystko, co dotyczyło tej sprawy, w tym filmy z rodzicami marcowych chłopców. Patrzyłam jak chodzą, jak mówią, co widać w ich oczach, jak się zachowują. Długo się zastanawiałam czy mam z nimi rozmawiać osobiście, ale w końcu stwierdziłam, że nie zrobię tego. To obarczyłoby mnie nową odpowiedzialnością – wobec nich konkretnie. A ja chciałam czuć odpowiedzialność wobec wszystkich rodziców dzieci zaginionych.

Noc zbrodni, noc prawdy | Anna Fryczkowska, Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)

Nie chciałaś, żeby te konkretne rodziny szukały w książce siebie?

– Bo nie o to chodzi. Wyszłam od ich historii, strasznie ją przeżyłam, a o chłopcach do dziś myślę „moi chłopcy”. Ich zaginięcia i poszukiwania opisałam bardzo dokładnie, natomiast już postaci matek i ojców są stworzone z opowieści wielu moich rozmówców i korespondentów. Chciałam napisać opowieść uniwersalną, w której odnajdą się też inni.

Anna Fryczkowska, fot. Przemysław Jakub Hinc/zupelnieinnaopowiesc.com

Mogłam skupić się na procesie poszukiwań, opisywać pracę policji, co jest bardzo ciekawe, ale też opisywane w setkach kryminałów, mogłam też dywagować, gdzie podziali się ci czterej zaginieni nastolatkowie. W końcu jednak wybrałam pisanie o tych, którzy zostali, którzy muszą sobie z traumą po zaginięciu bliskiej osoby poradzić. A jest ich naprawdę mnóstwo. Pisząc, uświadomiłam sobie, jak wiele jest rodzin osób zaginionych bez wieści. Co roku do tej długiej listy dopisuje się w Polsce prawie tysiąc kolejnych. Mamy w Polsce tysiące rodzin w podobnej sytuacji, wyobrażasz sobie?

Jest w twojej książce też opowieść szczególna – tym razem w formie spowiedzi matki osoby, która może być potencjalnym sprawcą zaginięć. To także opowieść o nadziei, że może jednak prawda będzie inna, niż wskazywałby na to fakty.

– Pojawiły się głosy, że niepotrzebnie odeszłam od formuły rozmów z dziennikarką. Ale nie widziałam innego wyjścia, bo do tej konkretnej matki moja bohaterka nie byłaby w stanie dotrzeć. Stąd pomysł na spowiedź. Muszę przyznać, że pisałam ją bardzo długo, bo miała być niejednoznaczna, tej winy nie jesteśmy pewni, ani my, ani ta matka.

Pisarze lubią sięgać w prozie po sprawy autentyczne. Dotyczy do całej serii Na F/Aktach, a przywołam też choćby „Kluczowego świadka” Jørna Liera Horsta czy „Tak będzie prościej” Przemysława Semczuka. Z czego to wynika?

– Fikcja jest bardzo pociągająca, bo samej się stwarza ludzi i światy. Ale – że posłużę się wytartym stwierdzeniem – życie pisze najlepsze scenariusze. Niektórzy przekuwają to w reportaże. Sama kiedyś pisałam reportaże prasowe, kochałam to. Ale też zawsze przy tej okazji interesowało mnie to, czego nie można w reportażu wypowiedzieć. Domniemania, co się mogło stać, opisy niektórych emocji, podglądanie czy podsłuchiwanie bohaterów od środka, lepienie postaci z kilku rozmówców nie mieszczą się w gatunku. Ale na szczęście mieszczą się w serii Na F/Aktach. Tu mogłam być lojalna wobec faktów na tyle, na ile sobie ustaliłam, choć do końca byłam lojalna wobec bohaterów i ich bólu.

Każdą książkę dopieszczam | Z Anną Sekielską rozmawia Przemysław Poznański

Wrócisz do takiej formy łączącej fikcję z prawdą?

– Gdy tylko skończyłam pisać „Równonoc”, musiałam się trochę zdystansować emocjonalnie od tamtych historii. Pojeździłyśmy więc sobie z córką po Polsce i nagle, nieoczekiwanie, w Płocku, trafiłyśmy na ślad niezwykłej kobiety. To o niej napiszę kolejną książkę. Rzecz będzie się działa między emblematycznymi dla Polek i Polaków datami 1945 i 1968. Nie dość, że czasy były bardzo ciekawe, to jeszcze pojawi się w nich bohaterka o fascynującym życiorysie, o której właściwie nie przestaję myśleć. Ciągle docieram do kolejnych informacji, miewam różne intuicje na jej temat, buduję jej postać z tego, co po niej zostało. Znalazłam nawet skarb – w jednym z filmów dyplomowych z łódzkiej Filmówki moja bohaterka pojawia się na dwie minuty, więc choć już od dawna nie żyje, mogę spojrzeć jej w oczy. To dzięki „Równonocy” odważyłam się pisać rzeczy, które bazują na rzeczywistości, a jednocześnie dużo czerpią ze mnie, z mojej wrażliwości, wyobraźni. To dla mnie zupełnie nowy rozdział.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Zdjęcia Przemysław Jakub Hinc

* Anna Fryczkowska napisała osiem powieści, dostała za nie kilka nagród (z Różą Gali na czele). Pracowała jako reporterka, tłumaczka, scenarzystka seriali telewizyjnych. Kończy kolejne studia, tym razem genderowe na Uniwersytecie Warszawskim. Mieszka na warszawskim Żoliborzu. Jej poprzednie powieści to m.in. Żony jednego męża, Kobieta bez twarzy, Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki), Starsza pani wnika. Ta ostatnia miała właśnie premierę w USA.

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.