wywiady

Każdą książkę dopieszczam | Z Anną Sekielską rozmawia Przemysław Poznański

– W biznesie wydawniczym, jak w każdym innym, trzeba przede wszystkim być sobą, trzeba być prawdziwym. I oferować to, do czego samemu ma się przekonanie, choć jednocześnie szanować tych, którym ta propozycja się nie spodoba – mówi Anna Sekielska, szefowa wydawnictwa Od Deski Do Deski. I zdradza nam plany na ten rok, w którym czeka czytelników wiele niespodzianek.

Przemysław Poznański: Z jednej strony mamy alarmujące dane z badań czytelnictwa Biblioteki Narodowej pokazujące, że Polacy przeważnie nie czytają, z drugiej mamy kwartalnik „Książki”, który staje się dwumiesięcznikiem, sukces w dużym stopniu literackiego „Przekroju”, fakt powstania „Pisma”.  Jak rozumiem, wejście w biznes wydawniczy w takich czasach wymaga widzenia szklanki do połowy pełnej? 

Anna Sekielska: Wydawnictwo było idée fixe Tomasza i to on wymyślił serię wydawniczą Na F/Aktach. Ja początkowo nie brałam w tym udziału. Spadło to na mnie gdzieś po roku, ale nie narzekam. Nie tylko dlatego, że gdy przyszłam do wydawnictwa w 2015 roku, zaczęłam od wypuszczenia na rynek „Innej duszy” Łukasza Orbitowskiego, za którą potem autor zdobył Paszport „Polityki”. Ja po prostu lubię swoją pracę – robię, co mam do zrobienia, a potem cały dzień czytam książki (śmiech). Kominek, kawa, książka…

Tomasz Sekielski i Anna Sekielska, fot. Rafał Meszka dla zupelnieinnaopowiesc.com (wszelkie prawa zastrzeżone)

I nie myślisz wtedy o statystykach Biblioteki Narodowej?

– Myślę o tym, ilu ludzi przybywa na targi książki, ile my sami sprzedajemy na takich imprezach książek, ile sprzedają wielcy wydawcy. Ludzie wychodzą z targów z wielkimi torbami, a w zeszłym roku w Krakowie widziałam kobiety z walizkami na kółeczkach, upchanymi tylko książkami.

Nie jest to trochę pułapka myślenia przez pryzmat dużych miast, gdzie rzeczywiście tramwaje są pełne czytających ludzi, gdzie większość naszych znajomych także czyta?

– My mieszkamy na wsi. Moja koleżanka, która prowadzi z mężem gospodarstwo, wstaje o czwartej rano do kur, świń, krów, pracuje naprawdę ciężko fizycznie. A jednocześnie czyta średnio dwie książki na tydzień. Kiedyś pojechałyśmy z nią do jeszcze innej koleżanki, po jajka. Weszłyśmy do domu, ja jako ostatnia, i słyszę o czym one zaczynają rozmawiać. „Zobacz jaką fajną książkę kupiłam!”. Widać to też w naszej lokalnej bibliotece, gdzie są nawet zapisy na książki. Myślę, że poziom czytelnictwa podnoszą też e-booki. Sama kupiłam sobie ostatnio Kindle’a i widzę jakie to wygodne – dostosowujesz wielkość czcionki, czytasz wieczorem, bo ekran jest podświetlony, masz wiele książek w jednym urządzeniu, co jest szczególnie wygodne, gdy wyjeżdżasz. Poza tym jesteś na bieżąco – gdy wydarzyła się tragedia na Nanga Parbat, od razu ściągnęłam sobie dwie książki o tematyce himalaizmu i zaczęłam czytać. Bez biegania do księgarni (zresztą mieszkamy piętnaście kilometrów od najbliższej), bez czekania aż otworzą bibliotekę, bez czekania na przesyłkę z księgarni internetowej. Inna sytuacja: nasza córka zapomniała, że ma lekturę do przeczytania – pyk, ściągnięte. Choć tu z kolei inna obserwacja: ona, nastolatka, zdecydowanie woli czytać w papierze.

Trochę jednak uciekłaś od odpowiedzi o biznes wydawniczy. Czy przed założeniem wydawnictwa przeprowadziliście analizy? Sprawdziliście, co się sprzeda? Czy ten biznes ma w ogóle sens w takich czasach?

– Nie. My się uczymy tego biznesu. To ciekawa przygoda, która na szczęście okazała się szczęśliwa. Poza tym myślę, że w tym biznesie, jak w każdym innym, trzeba przede wszystkim być sobą, trzeba być prawdziwym. I oferować to, do czego samemu ma się przekonanie, ale szanować też tych, którym ta propozycja się nie spodoba.

Przeczytaj także: Nie piszę powieści z kluczem | Z Tomaszem Sekielskim rozmawia Przemysław Poznański

Wasz pomysł na wydawnictwo wydawał się nieoczywisty – nie szliście w prozę stricte komercyjną, nie szliście też od początku w Tomasza Sekielskiego z jego nazwiskiem, lecz postawiliście na prozę parareportażową, napisaną specjalnie dla was, na podstawie akt sądowych, przez znanych pisarzy – jednym słowem w serię Na F/Aktach.

– Roboczo nazwaliśmy ten projekt „zleceniem na pisarza”. Bo to my zlecaliśmy książkę. Przy czym od razu zakładaliśmy, że nie zwracamy się do „kryminalistów”, pisarzy zawodowo parających się kryminałem. Wybraliśmy pisarzy obyczajowych lub zajmujących się fantastyką, bo ciekawiło nas jak przełożą sprawy z akt na prozę. Dla wielu był to duży szok. Hubert Klimko-Dobrzaniecki, który napisał „Preparatora”, opowiadał, że gdy przejrzał akta u siebie w domu, w Wiedniu, to przestał wychodzić z domu na papierosa, palił tylko na balkonie, a potem i tam czuł się niepewnie. Ja miałam zresztą podobnie, gdy Magda Omilianowicz przysłała manuskrypt „Bestii”. Mieszkamy na wsi, mamy siedem psów, i gdy pewnego kwietniowego wieczoru poszłam karmić psy, nagle jeden z nich zawył, potem drugi, a ja zaczęłam się rozglądać z niepokojem i czym prędzej zwiewałam do domu (śmiech). To świadczy jak sugestywne są to książki.  Wczoraj z kolei zaczęłam czytać inną powieść, która ukaże się w tej serii – autorstwa Anny Fryczkowskiej – na razie mogę tylko powiedzieć, że naprawdę mocno wgryza się w serce i umysł. Ciary… Premiera jesienią.

Anna Sekielska, fot. Rafał Meszka dla zupelneinnaopowiesc.com (wszelkie prawa zastrzeżone)

Zaczęliście od tej serii, ale dziś wydajecie bardzo różne książki.

– W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nie możemy być wydawnictwem kojarzonym tylko z jedną serią. Pomysł jest świetny, przyjęcie czytelników również, te książki są nagradzane i wciąż się sprzedają. I to w zasadzie wszystkie, bo tak to działa: spodoba ci się Janusz Leon Wiśniewski czy Łukasz Orbitowski, to kupujesz inną książkę z serii. Wojciecha Kuczoka albo Sylwię Chutnik. I oczywiście będziemy to kontynuować. Ale na tym nie można było poprzestać. Dlatego powoli, z intuicją i na wyczucie weszliśmy też w inne książki. Przyjęliśmy jednak zasadę, że wydajemy książki, które sami chcielibyśmy przeczytać. Choć oczywiście dbamy jednocześnie o zróżnicowane. Gdybyśmy wdawali tylko to, co ja lubię, to byłyby to same książki historyczne (śmiech). Dlatego teraz mamy serię Na F/Aktach i są Rysopisy. Jest też seria Nie/Zwykłe Rozmowy, w której ukazał się już zbiór wywiadów Jarka Czechowicza „Poza napisanym”, a teraz trwają prace nad rozmowami z reżyserami. Będzie kolejna część serii „Lilki” Magdy Witkiewicz z ilustracjami Joanny Zager-Kołat oraz niezwykły poradnik tychże autorek napisany wraz psycholog Marzeną Grochowską „GPS szczęścia, czyli jak się wydostać z Czarnej D…”. Recz dzieje się w miejscowości Czarna D, której burmistrzem jest Mieczysław Foch (śmiech). To taka książka, którą wrzucasz sobie do torebki i sięgasz po nią, kiedy jest ci źle. Będzie też poradnik o właściwej diecie, rozprawiający się m.in. z wszelkimi mitami dotyczącymi zdrowego odżywiania. No i będzie trzeci, ostatni tom „Suszy”. Już w październiku.

Przeczytaj także: Cień pisarza | Z Mirosławem Grabowskim, redaktorem książek, rozmawia Przemysław Poznański

Kiedy wpadliście na pomysł, że kolejnym nazwiskiem waszego wydawnictwa będzie właśnie Tomasz Sekielski?

– To było logiczne. Rebis wydał trylogię „Sejf” i chwilę potem Tomasz wpadł na pomysł serii „Susza”. Od Deski Do Deski już wtedy istniało i wydawało się nam oczywiste, że nowa trylogia ukaże się u nas. Oczywiście duże wydawnictwo, takie jak Rebis, to duża promocja i dystrybucja, nie miałabym więc problemu, gdyby Tomasz zdecydował wydać „Suszę” gdzie indziej, ale obojgu nam nie przyszło to nawet do głowy. Zresztą wyobraź sobie: jesteś autorem, którego książka ma się ukazać w Od Deski Do Deski, a tymczasem facet, który firmuje to wydawnictwo, sam publikuje gdzie indziej! To by było dziwne.

„Susza” okazała się sukcesem. Po raz kolejny udało się wam przebić na niełatwym rynku. Jak to robicie?

– Książek ukazuje się wiele. Zbyt wiele. Samych nowości jest rocznie 30 tysięcy, nie licząc dodruków i wznowień! Jak sobie radzimy? Robimy wszystko, żeby się wyróżniać. Przyjęłam zasadę, że wydajemy książki, póki nie jest dopieszczona. A daty premier nigdy nie są przypadkowe. Na razie wydajemy jedną książkę w miesiącu i to się udaje. Moim marzeniem jest, żebyśmy wydawali dwie książki na miesiąc, ale zasada dopieszczania się nie zmieni. Raz jest to łatwiejsza, raz trudniejsze. Powiem tylko, że i Tomasz, i Magda Witkiewicz, dostali ode mnie pod choinkę koszulki z napisem „Deadline is Coming”, bo uwielbiają oddawać teksty na ostatnią chwilę (śmiech). Na szczęście nasz zespół to ludzie, którzy kochają swoją pracę i są w stanie sprężyć się, gdy wymagają tego okoliczności. Dotyczy to wszystkich tych sytuacji, gdy wypada coś niespodziewanego. Plan wydawniczy przecież nieustannie ewoluuje. Tomasz wystartował właśnie ze zbiórką pieniędzy na dokument o pedofilii w Kościele, a my mamy przetłumaczoną książkę włoskiej dziennikarki Angeli Camuso o tym samym problemie we Włoszech. Początkowo planowaliśmy ją na jesień, ale pomyśleliśmy, że wypuszczenie jej w czerwcu będzie dobrym dopełnieniem dyskusji wokół planowanego filmu Tomasza. Aktualności dodaje książce fakt, że opisany w niej ksiądz niedawno uciekł z więzienia. Autorka uzupełnia obecnie  polskie wydanie, a przed drukiem jeszcze sprawdzi jaka jest sytuacja, żeby książka była jak najbardziej aktualna. Ale czasem oprócz ciężkiej pracy potrzebne jest też szczęście. Tak było z autobiografią Nadii Sawczenko. Umowę na jej wydanie podpisałam w kwietniu 2016 roku z jej siostrą. Nadia siedziała wtedy jeszcze w więzieniu i nie było wiadomo czy w ogóle wyjdzie, czy przeżyje. Premierę wyznaczyliśmy na początek lipca, bo zależało nam na wydaniu książki jak najszybciej, temat był bardzo aktualny. Wszyscy ciężko pracowali, żeby to się udało. W maju okazało się, że Nadia wyszła z więzienia, a 7 lipca zaczynał się szczyt NATO, na którym miała się zjawić. Tymczasem książka ukazała się dzień wcześniej – w idealnym momencie. Gdy coś się dzieje, trzeba reagować, żeby nie zaprzepaścić szansy.

Tomasz Sekielski i Anna Sekielska, fot. Rafał Meszka dla zupelnieinnaopowiesc.com (wszelkie prawa zastrzeżone)

Ale nie zmienia to faktu, że mniejsze wydawnictwa – takie jak wasze, ale też Nisza, Filo czy nowa na rynku Pauza – muszą konkurować z wielkimi oficynami. Czy naprawdę dla wszystkich jest tu miejsce?

– Na rynku książki każdy znajdzie swoje miejsce, bo każde z wydawnictw jest trochę inne, w czymś innym się specjalizuje.  I póki wszyscy grają fair, to się pomieścimy. Ja staram się z wszystkimi żyć dobrze, mieć dobry kontakt, bo wydawnictwa powinny się wspierać. Naszym nadrzędnym interesem jest przecież promocja czytelnictwa.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Zdjęcia Rafał Meszka

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.