W naszych bańkach społecznych coraz częściej pojawiają się śmiałkowie, którzy nie chcą być owieczkami w stadzie i zaczynają kontestować obecny progres digitalizacji. Robią to w imię walki z big techami, przypominając niczym talibowie tych, co chcieliby zatrzymać czas i grzać się przy pradawnym ognisku, którego płomienie wyginają się tylko w stronę Mekki – pisze w styczniowym felietonie Dawid Kornaga.

Śmiałkowie sprzeciwu, jak w czternastym wieku król Jagiełło, wbijają dwa krzyżackie miecze w ziemię i bezkompromisowo zaczynają własny Grunwald. Bitwa przebiega intensywnie, ponieważ mają żar w swoich buntowniczych sercach, ich orężem jest konsekwentne anulowanie dotychczasowych subskrypcji oraz wszelkich innych zależności, które rzekomo sprawiały, że przez lata czuli się zmanipulowanymi konsumentami.
I tak, rezygnują masowo z serwisów streamujących muzykę, przerzucając się z powrotem na fizyczne płyty CD i winyle, wymagające celebracji i namacalnego kontaktu z nośnikiem. Odchodzą równocześnie od streamingu filmów, wracając do kin, gdzie z zapałem kupują kubełki z popcornem i colą w rozmiarach XL. Robią to w ramach swoistej ekspiacji za to, że przez ostatnie lata marnowali swoje życie jako fejkowi kinomani przed tabletami czy telewizorami z ekranem co najmniej 77 cali. Ta zawzięta konsekwencja powrotu do przeszłości, przynajmniej dla tak zwanego pokolenia silversów czy millenialsów, na pewno ma swoje zalety, a producenci retro sprzętów zaczynają wreszcie zarabiać konkretne pieniądze. Taka zwrotka to nie pójście do restauracji w podobnym stylu i udawanie przez dwie godziny, że czas się zatrzymał, ale potężny odwrót od tego, co aktualne.
To opowiedzenie się za tym, co mimo wszystko mocno nieaktualne, a jeśli już ciekawe i zajmujące, to jedynie jako warte pamięci gadżety z przeszłości, którymi można się cieszyć na zasadzie konesera. Pojawia się pytanie o codziennego użytkownika: czy idąc tą drogą, można równie dobrze porzucić smartfon i przesiąść się nie tyle na legendarną Nokię 3310, ile na telefon stacjonarny, choćby dlatego, że jego audio jest surowe i niepowtarzalne? Myślę, że współcześni kontestatorzy bywają w tym wszystkim fałszywi. Nawet nie celowo, bo po prostu ulegają magii bycia kimś, kto wyróżni się dzięki temu z miliardów zwyczajnych konsumentów treści. Precyzując, jeśli ktoś nie rezygnuje z aktualnych technologii, natomiast ma konika, by od czasu do czasu puścić sobie muzykę z winyla, to nie ma w tym nic złego.
Odchodzą d streamingu filmów, wracając do kin, gdzie z zapałem kupują kubełki z popcornem i colą w rozmiarach XL. Robią to w ramach swoistej ekspiacji za to, że przez ostatnie lata marnowali swoje życie jako fejkowi kinomani przed tabletami czy telewizorami z ekranem co najmniej 77 cali. Ta zawzięta konsekwencja powrotu do przeszłości, przynajmniej dla tak zwanego pokolenia silversów czy millenialsów, na pewno ma swoje zalety, a producenci retro sprzętów zaczynają wreszcie zarabiać konkretne pieniądze.
Gorzej, kiedy taka osoba zaczyna krytykować najnowsze technologie i zdobycze techniki, dolewając do tego antykapitalistyczny sos, co od razu przywołuje dobrze znaną historię ruchu zwanego luddyzmem. Zanim pojawiły się maszyny parowe, produkcja tkanin opierała się na wykwalifikowanych rzemieślnikach. Tkacz był wtedy artystą, pracował u siebie, miał swój rytm, swoje braki i swoje zalety. Wprowadzenie krosien mechanicznych sprawiło, że silnik parowy zastąpił mięśnie i fach w rękach tkaczy. Stąd wziął się ich bunt przeciw nowoczesności, która dehumanizowała pracownika. Luddyści przegrali. Nie da się zatrzymać postępu technicznego. Za to ich walka mówi nam, że technologia zawsze potrzebuje kogoś w rodzaju bezpiecznika, aby zadbał o to, by rozwój nie oznaczał całkowitego wykluczenia człowieka.
W cyfrowym wyścigu nie ma drogi powrotnej, a wszelkie próby radykalnego odcięcia się od współczesności to zazwyczaj efektowna poza. Można oczywiście celebrować szum igły na czarnej płycie czy zapach papierowej książki; to wciąż estetyczny wybór, a nie jakaś retro rewolucja. Prawda jest taka, że nikt z tych dzisiejszych buntowników nie ciśnie swoim smartfonem o ziemię z okrzykiem, że oto ostatecznie wypisuje się z systemu. Smartfon stał się naszym zewnętrznym organem, cyfrowym przedłużeniem układu nerwowego. Poruszanie się bez niego w dzisiejszej rzeczywistości jest praktycznie niemożliwe.
Zanim pojawiły się maszyny parowe, produkcja tkanin opierała się na wykwalifikowanych rzemieślnikach. Tkacz był wtedy artystą, pracował u siebie, miał swój rytm, swoje braki i swoje zalety. Wprowadzenie krosien mechanicznych sprawiło, że silnik parowy zastąpił mięśnie i fach w rękach tkaczy. Stąd wziął się bunt przeciw nowoczesności, która dehumanizowała pracownika. Luddyści przegrali.
Ten cały bunt jest więc nieco teatralny i bywa formą luksusu dla tych, których stać na bycie offline w wolnym czasie. Jedyny moment, kiedy mamy zagwarantowane całkowite i skuteczne wylogowanie się z sieci, następuje po śmierci. To chwila, kiedy subskrypcje faktycznie wygasają na dobre, zaś algorytmy przestają nas profilować. Dopóki jednak oddychamy i funkcjonujemy w społeczeństwie, lepiej jest aktualizować swoją wiedzę i oswajać nowe narzędzia; to one dają nam szansę na zachowanie ogólnej orientacji w coraz bardziej skomplikowanym świecie. Ciągłe narzekanie, jęczenie i krytykowanie każdego nowego modelu sztucznej inteligencji czy kolejnej aplikacji nie sprawi, że technologia zniknie. Wręcz przeciwnie, sprawi, że staniemy się bezradnymi pasażerami pojazdu, którego nie potrafimy już obsłużyć.
Przeczytaj także:

