Lektura „Domu wszystkich snów” Wojciecha Guni to obcowanie z prozą zanurzoną w grozie wynikającej z naszej spolegliwości wobec sił często przez nas samych wykreowanych, sił spod znaku milczącej nieobecności – pisze Przemysław Poznański.

Proza Twórczość Wojciecha Guni to za każdym razem zaproszenie do zmierzenia się z naszymi osobistymi lękami. Bo jeśli nawet mamy do czynienia z fantastyką grozy, to u tego autora jest ona w gruncie rzeczy zawsze, lub prawie zawsze, zakorzeniona w tym mroku, który potrafi wykreować umysł wypaczony tęsknotą, fobią, traumą czy chorobą. Gunia – używając narzędzi groteski spod znaku niesamowitości – niezmiennie diagnozuje nas: słabych, niepewnych, zagubionych, ukrywających pod pozorami buntu strach przed zbyt dla nas okrutną prawdą.
Nie inaczej jest w „Domu wszystkich snów” – książce po latach wznowionej, ale jednocześnie przez autora przeredagowanej, niejako oszlifowanej, opatrzonej dodatkowo autorskimi fotografiami, co sprawia, że dostajemy do ręki najlepszą możliwą wersję jednego z najważniejszych tomów w twórczości polskiego mistrza weird fiction, zawierającego wszak nagrodzoną Nagrodą im. Macieja Parowskiego i Nagrodą im. Jerzego Żuławskiego minipowieść „Dom Motta”, a jednocześnie stanowiącego zwartą, nierozerwalną całość.
Opowieść rozpisana na epizody
Ta osobność i nierozerwalność widoczna jest nie tylko w tematyce, ale także w zastosowanej przez Gunię formie. Bo choć mamy do czynienia z dwunastoma opowiadaniami i wspomnianą minipowieścią, to w gruncie rzeczy żadnego z elementów tomu nie da się wyjąć bez straty dla tomu, ani żadnego dołożyć, jeśli nie chce się tej budowli zburzyć. „Dom wszystkich snów” to dzieło zamknięte, wielka opowieść rozpisana na osobne epizody i na osobnych bohaterów. Sugeruje to też zresztą tytuł książki, który nie jest zapożyczeniem od któregokolwiek opowiadania, lecz tytułem samodzielnym – zaproszeniem do wszystkich snów, jakie na nas tu czekają.
Autor w istocie buduje swoją książką dom – stawiany z rozmysłem, z pokojami symetrycznie rozmieszczonymi po obu stronach części centralnej. W środku mamy bowiem „Dom Motta”, a przed nim i po nim po sześć opowiadań, rozmieszczonych tak, by korespondowały ze sobą tematycznie. Jeśli więc tom rozpoczyna „W oczekiwaniu na powrót morza”, to kończy go „Nieśmiertelność”, w której motyw morza (tam nieobecnego, tu zawłaszczającego) jest równie istotny. Jeśli trzecim z kolei opowiadaniem jest „Pszczoły, tonąc, widzą gwiazdy”, to trzeci od końca będzie „Pająk zjada pająka” – mikroprozy, skupione na powtarzalnej i otaczającej nas zewsząd grozie codzienności.
Trybiki w maszynerii
Konstrukcja, owa literacka budowla, do zwiedzania której zaprasza nas autor, implikuje w sposób bezpośredni tematykę tomu. To bowiem także opowieść o budowaniu i budowlach, o „domach” ukazanych w najróżniejszych odsłonach. O przystaniach, które mają być ostoją wytchnienia, ale przecież nigdy nią nie będą, skoro nigdy nie będziemy zdolni znaleźć tej ostoi w sobie samych. Bohaterowie Guni wchodzą więc do owych domów, do pokojów („Pokój Anny”) z nadzieją, ale znajdują tam tylko pytania, albo ból i złość, czyli w gruncie rzecz to, co sami ze sobą wnoszą.
Bohaterowie „Domu wszystkich snów” też budują – jak w „I kiedy płomienie”, czy symetrycznym do niego opowiadaniu „Raport z placu budowy” – ale jest to konstruowanie domów pozbawione w gruncie rzeczy fundamentów, budowanie dla budowania, budowanie z (własnej) frustracji i lęku, budowanie oparte na domniemaniu, że dom powinien powstać, że taka jest wola kogoś wyżej. Kogo? To w sumie najistotniejsze z pytań, jakie zadaje nam Gunia. Jego bohaterowie żyją w przekonaniu, że są narzędziem w rękach demiurgów, panów, właścicieli, że wypełniają polecenia i rozkazy. Są, a w zasadzie chcą być, trybikami w maszynerii „świętych”, jak w opowiadaniu „Raport w sprawie objawień przy ulicy Szeptów” czy (symetrycznym) „Raporcie z likwidacji placówki”.
Przeczytaj także:
Bunt i kara
Najlepiej wszystkie te tropy wybrzmiewają w umieszczonej w centrum minipowieści „Dom Motta”. To opowieść o domu-schronieniu, może nawet domu-schronie, wyobrażonym jako miejsce wytchnienia, oaza spokoju, w istocie opresyjnej placówce, nie tyle nawet podporządkowanej dyktatowi regulaminów i zasad, co pełnej bezprawia i poniżenia. Można się zastanawiać, na ile świat tego domu jest emanacją zła zewnętrznego, a na ile karmi się wszystkim tym, co przybysze wnoszą ze sobą do tego miejsca, na ile kradnie ich emocje, podobnie jak czynią to Byrkicz czy Antunowicz – swego rodzaju strażnicy „więzienia” – którzy kradną cenne przedmioty z walizek „osadzonych”. Bo jak inaczej można opisać mieszkańców Domu Motta, skoro każda akcja wiąże się tu z reakcją, a bunt oznacza karę, często niewspółmierną. Najistotniejsze jest jednak to, że zło – i to w całym tomie – jest pochodną spolegliwości bohaterów wobec sił zewnętrznych, często, jak można się domyślać, przez nich samych wykreowanych, a przede wszystkim sił spod znaku milczącej nieobecności.
W „Domu Motta” mamy do czynienia z buntem, z oporem („Uwolnij się, człowieku! Uwierzyłeś w to, że on [Zarządca] ma nad tobą jakakolwiek władzę?”) ale czym on w ostatecznym rozrachunku jest, jeśli nie próbą zbliżenia się – głównie dzięki oszukaniu systemu awansu w hierarchii domu – do figury pana Motta. Boga, władcy, pana, właściciela. Tyleż prawdziwego (jeśli wierzyć tym, którzy twierdzą, że go znają), co domniemanego.
Figura milczącego pana
Taka figura milczącego i nieobecnego pana domu jest w książce Guni powszechna. Pan wydaje rozkazy, ale poprzez pośredników, z panem nie można się spotkać, pan (właściciel) nie przybywa na spotkanie. Owszem, czasem wzbudza to w wykonawcach jego woli niepokój: „Pytania, które wysyłałem, by wyjaśnić sytuację, przepadały w próżni bądź skutkowały kolejnymi odpowiedziami zupełnie pozbawionymi sensu” („I kiedy płomienie”), ale ostatecznie zwycięża spolegliwość: „Król wprawdzie zmarł, ale jego dzieło było kontynuowane, aż wreszcie po setkach lat, a może i po jeszcze dłuższym czasie, więzienie zostało wzniesione” („Bajka o pewnym królestwie”).
Pan w „Domu wszystkich snów” jest więc jak bóg. Nieobecny, bo najprawdopodobniej wyobrażony, a przez to milczący, gdy w jego imieniu spisuje się reguły dobra i zła, głównie zresztą po to, by piętnować i karać, zamiast nagradzać. Możemy próbować się z nim spotkać, możemy wyważać drzwi i pokonywać kolejne korytarze, ale na końcu i tak staniemy przed lustrem, w którym ujrzymy tylko swoją twarz. Ujrzawszy, jak bardzo jest ona wykrzywiona przez wszystkie nasze obawy i lęki, naiwnie będziemy sobie wmawiać, że jedynie przeglądamy się w krzywym zwierciadle.
Wojciech Gunia, Dom wszystkich snów
Wydawnictwo IX, październik 2025
ISBN: 9788368257632
Fear of silent absence | Reading Wojciech Gunia’s Dom wszystkich snów (The House of All Dreams) is like communing with prose steeped in the dread that stems from our complacency towards forces often created by ourselves, forces marked by silent absence, writes Przemysław Poznański.

