felieton

Tryb wakacyjny | Felieton Dawida Kornagi

Tryb wakacyjny | Felieton Dawida Kornagi

Wakacje mają to do siebie, że trwają za krótko. Tryb wakacyjny znika szybciej niż opalenizna. Choć to właśnie on pozwala nam jeszcze jakoś znosić codzienność. Bo przecież wymyśliliśmy wakacje nie po to, by zwiedzać, ale by udawać, że nie musimy robić tego, co zwykle – pisze w sierpniowym felietonie Dawid Kornaga.

Dawid Kornaga, fot. Rafał Meszka

Mimo że od życia nie odpoczniemy, to wbrew tej bezlitosnej maksymie cenimy sobie wakacje. Jakie by nie były. Influencerzy z Instagrama czy TikToka mogą sądzić, że to takie oczywiste – rzucić wszystko i gdzieś wyjechać. I nie tyle zwiedzać, ile nie robić tego, co na co dzień. Dać sobie na wstrzymanie, włączyć tryb wakacyjny, taki praktycznie offline. Otóż nie, moje kochane instadziatki. Tryb wakacyjny wcale nie jest nam dany przez urząd pracy. Pokolenia przez dekady walczyły i cierpiały, by współczesny Janusz rozsiadł się wygodnie na leżaczku na chorwackiej czy tureckiej plaży i beztrosko pił drinka z pomarańczą.

Nie dla każdego feriae

Świat antyczny, co chyba do przewidzenia, nie znał pojęcia „wakacji”, a tym bardziej odpoczywania jako takiego. Po pierwsze, wojna toczyła się non stop. W sumie jak dzisiaj, tylko brudną robotę robią coraz częściej drony, nie my. Dlatego, po drugie, w starożytności to zazwyczaj igrzyska czy przeróżne bachanalia zapewniały tym lepiej uposażonym obywatelom czas wolny, wypełniony kontrowersyjnymi z naszego punktu widzenia „animacjami” jak na przykład walki gladiatorów.

Słowo ferie pochodzi zresztą od łacińskiego feriae jako określenie dni wolnych od pracy, a dokładnie obowiązków przypisanych danej klasie społecznej. Nie dotyczyło to niewolników; ci w przeciwieństwie do rzymskiej arystokracji nie mieli prawa do feriae, chyba że czasem niczym Spartakus ostro się zbuntowali i wzięli wolne od niewolnictwa, masakrując swoich panów. Co zazwyczaj nie kończyło się dla nich dobrze. Po klęsce Spartakusa i jego armii w 71 r. p.n.e., wódz Marek Krassus kazał ukrzyżować około sześciu tysięcy schwytanych byłych niewolników. Krzyże ustawiono wzdłuż drogi z Kapui do Rzymu – na dwustukilometrowej drodze. To jeszcze dłuższa odległość niż z Warszawy do Lublina.

Od wolnego do wolnego

W chrześcijańskiej (cokolwiek to znaczy) Europie ferie od życia zapewniały przeróżne święta kościelne. Nic dziwnego, że większość ludu akceptowała narzucony od dziada pradziada obrządek, skoro ten zapewniał wszystkim solidną labę pod pretekstem świętowania przeróżnych świętych oraz szeregu postaci z panteonu niebiańskiego. Ta wątpliwa tradycja utrzymała się do dzisiaj i trudno ją wykarczować z mentalności nawet ateistów, ponieważ niezależnie od naszych poglądów, wiary czy jej braku, od czasu do czasu potrzebujemy włączenia trybu wakacyjnego. Jest on nie tylko inspirujący literacko czy filmowo, przede wszystkim nadaje naszemu życiu sens. Wizja wakacji, kanikuły, nawet krótkiego citybreaku niektórym osobnikom anuluje autodestrukcyjną odpowiedź na hamletowskie „być czy nie być?”. Być i to być maksymalnie w trybie wakacyjnym.

Można się śmiać, ale to nie jest śmieszne. Niektóre tak zwane korpoludki, niezależnie czy są zetkami, czy silversami (to tylko mainstreamowe określenia pokoleń, w rzeczywistości zawsze od tysiącleci są młodzi, starsi i coraz starsi) naprawdę żyją „od wolnego do wolnego”. Przeważnie do końca stycznia każdego roku zobligowani są przez firmowe haery do zaznaczenia widełek czasowych, podczas których muszą wziąć urlop. Muszą. Nieważne, co się w przyszłości wydarzy, wolne ma być i już. Umarł ci wtedy ktoś bliski? Wypadł akurat skomplikowany zabieg usunięcia nowotworu? Spokojnie, masz wolne. I pogrzebiesz, i wytniesz, to twój wolny czas. Poza tym ciesz się, że gdziekolwiek się potem byczysz, na twoje konto przelewana jest regularnie pensja. To twój tryb wakacyjny, któremu albo się podporządkujesz, albo staniesz się asocjalnym pracownikiem i w efekcie przestaniesz pasować do „etycznych wytycznych” swojej organizacji.

Z samolotowego na online

Tryb wakacyjny dotyczy również pracoholików, tych współczesnych, dobrowolnych poddanych, którzy czują się patrycjatem klasy średniej lub nawet wyższej, jeśli chodzi o dochody. W rzeczywistości rozmieniają swoje życie na kolejne korpoplantacje, gdzie dobrze im płacą, za to wymagają więcej i jeszcze więcej. Kiedy pracoholicy oglądają Django, kompletnie nie rozkminiają, że to historia o nich – o „czarnuchach”, którzy z podziwem i niedowierzaniem gapili się na tytułowego bohatera, kiedy ten wjeżdżał do miasteczka na koniu. Jego miejsce, sami tak uważali, miało być przy stogu bawełny, a nie na siodle wierzchowca. Nienawidzili go, zazdroszcząc; najchętniej wzięliby bicz od swojego dozorcy i wybiczowaliby nim Django na śmierć. Pracoholicy też by najchętniej zaserwowali chłostę gościom hotelu all inclusive, jak ci leżą na leżaku i wciąż leżą na leżaku. 

Dzisiaj tryb wakacyjny nie jest jednak taką sielanką jak dosłownie dwie dekady temu. Kiedyś w większości włączaliśmy go na co najmniej dwa tygodnie. Teraz tydzień zupełnie wystarczy. Boimy się wypaść z torów. I wcale nie dotyczy to pracy w korporacji. Niektórzy biorą przymusowe dwa tygodnie, z czego jeden „dedykują” faktycznym wakacjom, drugi zaś przesiadują w domu, śledząc informacje i sczytując maile, które pozwolą im na płynny powrót do rzeczywistości. Lub nie robią… nic i wreszcie mają upragnione wakacje. W smartfonie przesuwasz suwak z samolotowego na online. W życiu udajesz dalsze przebywanie na wakacjach, serwując fotki sprzed kilku dni jako aktualne, podczas gdy już popylasz z koszykiem w markecie, uzupełniając lodówkę po dawno wyłączonym trybie wakacyjnym.

Przeczytaj także:

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej