W tym spektaklu jest wszystko: cudowne songi rozpisane na dwa główne głosy, rewizja znanej od lat historii i wypełnienie luk pierwotnej fabuły – o granym na deskach Teatru Muzycznego Roma w Warszawie „Wicked” pisze Jakub Hinc.

Dawno, dawno temu, a dokładnie w Chicago w 1900 roku światło dzienne ujrzała historia pewnej dziewczynki z Kansas, którą z rodzinnych stron porwało tornado i rzuciło do krainy Manczkinów rządzonego twardą ręką przez Złą Czarownicę ze Wschodu – wprost na jej głowę, co kończy się dla wiedźmy w najgorszy możliwy sposób. Żeby wrócić do domu dziewczynka zbierze cudaczną trupę, z którą przemierzy całą żółtą drogę do Szmaragdowego Grodu, gdzie rezyduje Czarnoksiężnik z Krainy Oz, pokona na jego prośbę Złą Czarownicę z Zachodu, a od Dobrej Czarownicy z Południa dowie się jak wrócić do wuja Henry’ego i cioci Emilii w Kansas.
A może tak naprawdę wszystko było inaczej? No może nie dokładnie wszystko, ale co byście powiedzieli, gdyby początek i koniec i tej opowieści miały zupełnie inny wydźwięk, niż w powieści Lymana Franka Bauma „Czarnoksiężnik z Krainy Oz” (The Wonderful Wizard of Oz)? Być może cała ta historia ma drugie dno? Bo może było tak jak w „Wicked: Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu” (Wicked: The Life and Times of the Wicked Witch of the West) Gregory’ego Maguire’a z 1995 roku, powieści przeniesionej na teatralne deski jako musical „Wicked” – którego światowa premiera miała miejsce 30 października 2003 roku w Gershwin Theatre na nowojorskim Broadwayu, gdzie musical grany jest do dzisiaj, stając się jednym z najdłużej prezentowanym tam musicali wszech czasów (pierwsza trójka to „Upiór w operze”, „Chicago” i „Król Lew”).
Nie jestem nią*
W powieści Bauma Trzy Czarownice rządzą krainami Manczkinów, Winków i Kwadlingów, a w Szmaragdowym Grodzie władzę trzyma w garści Czarnoksiężnik Oz. Ten jednak w końcu okazuje się być jedynie cyrkowcem, który dotarł do tego miasta balonem, porwany tak samo jak Dorotka przez tornado, a tylko dzięki swym umiejętnościom prestidigitatora zajął tron. U Magiure’a Manczkinami żelazną ręką rządzi gubernatorka Nesaroza, która władzę przejęła po śmierci ojca. Trudno orzec, skąd bierze się jej autorytaryzm: może to wynik zgorzknienia wywołanego niepełnosprawnością, a może potrzebą akceptacji, a może – i to wydaje się najbardziej prawdopodobne – wynika z nieodwzajemnionej miłości. Jej siostrą jest zielonoskóra Elfaba, która też musiała się nauczyć znosić upokorzenie, lecz wybrała inną drogę, by poradzić sobie z traumą wyniesioną z dzieciństwa.
Obie siostry są uczennicami, a potem absolwentkami Uniwersytetu Shiz, gdzie Elfaba za sublokatorkę ma cukierkową Galindę (później Glindę). Początkowa niechęć, a nawet mobbing, którego doświadcza Elfaba ze strony dziewczyny z drugiej strony współdzielonego pokoju, przerodzi się z czasem w przyjaźń, gdy będą musiały przejść przyspieszony kurs dojrzewania. Ta przyjaźń poddana zostanie zresztą próbie, gdy drogi dziewczyn rozejdą się m.in. w skutek knowań Czarnoksiężnika Oza. Ostatecznie Glinda zostanie Dobrą Czarownicą z Południa, Elfaba – Złą Czarownicą z Zachodu.

Czarodziej i ja
„Czarnoksiężnik z krainy Oz” Bauma jest nie tylko książką dla dzieci, ale też alegorią walki politycznej dotyczącej dwóch ostatnich w XIX wieku elekcji prezydenckich w USA, w których osią sporu było odejście od oparcia waluty wyłącznie na złocie. Tak twierdził w 1964 roku na łamach „American Quarterly” historyk Henry M. Littlefield w artykule pod znaczącym tytułem ”The Wizard of Oz: Parable on Populism”. Wskazywać na to miało wiele obecnych w utworze motywów, takich jak droga brukowana żółtą kostką i srebrne trzewiczki. Zła Czarownica ze Wschodu to wyzyskujący robotników kapitaliści ze Wschodniego Wybrzeża, Strach na Wróble – amerykańscy farmerzy, Blaszany Drwal zaś to robotnicy. Szmaragdowy Gród miał symbolizować Waszyngton. Skrzydlate Małpy, zmuszone do służby na rzecz posiadacza Złotej Czapki, miały być nawiązaniem do Indian, których byt zniszczyło odkrycie na ich terenach złóż złota.
Pogląd, że „Czarnoksiężnik z krainy Oz” jest alegorią sytuacji gospodarczo-politycznej Stanów Zjednoczonych w końcu XIX wieku, stał się w latach 80. XX wieku dominujący, stąd książkę odczytywano jako powieść z kluczem. Przyjmowano założenie, że Baum był zwolennikiem demokratów i ich kandydata w wyborach prezydenckich z 1896 roku i następnych z roku 1900. A jednak Michael Hearn, biograf Bauma wykazał, że poglądy polityczne Bauma były zupełnie odmienne, niż wcześniej zakładano, na co wskazuje choćby opublikowany na łamach „Evening Post” wiersz pisarza, w którym jednoznacznie poparł on republikanina. Nie był też Baum orędownikiem praw rdzennych Amerykanów – opublikował choćby artykuły wyrażające poparcie dla masakry Siuksów nad Wounded Knee. Tym niemniej jego książka wciąż może być interpretowana jako pochwała przyjaźni, wzajemnej pomocy, zrozumienia i troski, walki ze złem i znajdywania sojuszników. Jasno wyznacza granice między dobrem personifikowanym jako Dobra Czarownica ze Wschodu, a złem, które uosabia Zła Czarownica z Zachodu i zmiażdżona przez dom Dorotki Zła Czarownica z Północy. Postacią rodzącą mieszane odczucia jest sam Czarnoksiężnik, ale już Blaszany Drwal, Strachliwy Lew i Strach na Wróble jednoznacznie wpisują się w archetyp bohaterów bez skazy.
Przeczytaj także:
Każde zło ma koniec
Pozornie mniej problemów interpretacyjnych sprawia powieść Maguire’a. To polityczny, społeczny i etyczny komentarz do natury dobra i zła, który rozgrywa się w fikcyjnej Krainie Oz, wyprzedzając, ale i dopowiadając to, co znamy z opowieści o Dorotce z Kansas. Powieściowa historia koncentruje się na postaci Elfaby, poniżanej, lekceważonej i pomijanej, ale też niezwykle inteligentnej i obdarzonej zdolnościami magicznymi dziewczynie o szmaragdowozielonej skórze i Galindzie, blondwłosej popularnej dziewczynie, której wszystko uchodzi na sucho.
Powieść porusza poważne i mroczne tematy dla dorosłych, w tym relacje pozamałżeńskie, napaść na tle seksualnym, mobbing, niepokoje polityczne, rasizm i rolę religii w społeczeństwie poddającym się manipulacji i „przekazom dnia”. Skłania więc czytelnika do zastanowienia się nad tym, czym naprawdę jest bycie „złym” i czy dobre intencje ze złymi rezultatami są tym samym, co złe intencje dające niezamierzenie dobre rezultaty. Jasno rozpisane przez Bauma role, u Maguire’a nagle zaczynają zmieniać swoje znaczenie, zyskują psychologiczną głębię, gdy dostrzegamy kontekst i złożone motywacje bohaterów.

Wzięcie mieć
„Czarnoksiężnik z Krainy Oz” był wielokrotnie wystawiany na deskach teatrów i scenach muzycznych, a pierwsza adaptacja sceniczna miała miejsce już w 1902 roku, czyli w dwa lata po ukazaniu się książki Bauma w księgarniach. Powieść doczekała się też niejednych przenosin na mały i duży ekran. Najpopularniejszą ekranizacją powieści jest musical „Czarnoksiężnik z Oz” (The Wizard of Oz) w reżyserii Victora Fleminga z 1939 roku, z niezapomnianą rolą Judy Garland w roli Dorotki i ponadczasowym utworem „(Somewhere) Over the Rainbow”, który stał się przebojem muzyki rozrywkowej i, mimo upływu niemal stu lat, wciąż jest grany i śpiewany w różnych interpretacjach. W 2011 roku na Broadwayu wystawiono adaptację książki z muzyką Andrew Lloyda Webbera, wykorzystującą piosenki z filmu.
Nic dziwnego, że Broadway upomniał się też o powieść Maguire’a. Ta muzyczna dwuaktówka do muzyki i tekstów Stephena Schwartza z librettem Winnie Holzman, naszpikowana jest doskonale skomponowanymi piosenkami (polski przekład dla teatru „Roma” Michał Wojnarowski), które wpadają w ucho i zapadają w pamięć, jak choćby „Kpić z grawitacji” (Defying Gravity), czy „Czarodziej i ja” (The Wizard Ad I). Musical upraszcza fabułę powieści (np. w książce Fijero jest żonaty i ma trójkę dzieci, tu jest tylko narzeczonym Glindy), niektóre akcenty zostały przesunięte, ale w gruncie rzeczy mówi o tym samym: o chęci zrozumienia, przynależności, akceptacji, miłości. A przede wszystkim o marzeniach i ich stracie, a konsekwencji o bolesnym zderzeniu z prozą życia. To od pierwszych akordów poważny dyskurs o wartościach, odwadze, sile pozwalającej znosić prześladowanie, przemoc rówieśniczą i dyskryminację, przeciwstawić się zapędom autorytarnym, dezinformacji i manipulacji. Ale i opowieść o sile miłości potrafiącej wiele przetrwać i dającej się znaleźć w miejscach najmniej spodziewanych.
Życie to bal
Sceniczna opowieść zaczyna się w tym miejscu, w którym kończy się „Czarnoksiężnik z krainy Oz” Baumana. Dorotka pokonawszy Złą Czarownicę z Zachodu wraca do domu, szczęśliwi mieszkańcy krainy Oz na ulicach stołecznego grodu, w rytmie i do słów songu „Każde zło ma koniec” fetują unicestwienie wiedźmy. I wtedy jeden z Ozjan pyta Glindę – Dobrą Czarownicę z Północy – o jej przyjaźń z Elfabą.
Pytanie Ozjanina zawisa w powietrzu, ale daje Glindzie asumpt do sięgnięcia pamięcią do czasów studenckich, gdy dzieliła pokój z Elfabą. W retrospekcji cofamy się jednak jeszcze dalej, tym razem zanurzając się w pamięci Elfaby. Jesteśmy świadkami odrzucenia dziecka przez ojca niezadowolonego z jego aparycji, a potem przemocy rówieśniczej, której doświadcza Elfaba, i wreszcie pogardy, jaką mają jej do zaoferowania wszyscy, nawet najbliższa rodzina roszcząca sobie prawo do dyktowania jej, gdzie powinna przebywać i komu służyć. A mimo to poniżana i pogardzana dziewczyna mimo to nadal znajduje w sobie pokłady dobra, współczucia, sympatii.
Glinda, a w czasach szkolnych jeszcze Galinda, jest uosobieniem szkolnej królowej balu, najpopularniejszej dziewczyny w klasie otoczonej wianuszkiem psiapsiółek i gronem ubiegających się o jej wdzięki wielbicieli, z których może wybierać jak spośród ulęgałek. To na kontraście między tymi postaciami, ich charakterami i temperamentem, ale też na rodzącej się sympatii, a w końcu przyjaźni, zbudowany jest ten spektakl. Tu brawurowe wykonanie songu Galindy „Wzięcie mieć”, a wreszcie song śpiewany przez obie bohaterki oraz Fijera, Manczkina Boqa, Nessarozę i chór uczniów „Życie to bal” jest kulminacją beztroskiego życia studenckiego.

To coś, co czuję
Nad tym sielskim widoczkiem rodzącej się szkolnej przyjaźni zawisają czarne chmury. Najpierw wkrada się zawiedzione uczucie, które Boq żywi w cichości serca do Galindy, potem Elfaba zauroczona Fijerem ustępuje pola Galindzie, zakładając że chłopak, do którego wzdychają wszystkie panny na roku nawet na nią nie spojrzy. Elfaba skupia się na nauce, a ujawnione przez nią emocje budzą moce, które pozwalają snuć jej marzenia o spotkaniu z Czarnoksiężnikiem i zostają wyśpiewane w utworze „Czarodziej i ja”. Skaza pojawia się też na wizerunku Uniwersytetu Shiz mającego być z założenia ostoją wolnej myśli, a w rzeczywistości przekształcającego się w opresyjną placówkę, gdzie części wykładowców zakazuje się nauczania i odbiera się im głos, co dzieje się to w rytmie songu „Bardzo źle”. Przypomina to znany z naszej historii zakaz nauczania, czy zakaz publikacji, których doświadczyły osoby sprzeciwiające się komunistycznemu reżimowi, albo nawet tylko z nim niewspółpracujące.
I tu na scenie pojawia się pierwszy z towarzyszy wyprawy Dorotki u Baumana – Lew, choć z czasem nie zabraknie i Blaszanego Drwala czy Stracha na Wróble. Oto bowiem następca ostatniego niereżimowego nauczyciela przynosi na zajęcia przerażone lwiątko zamknięte w klatce. Klatka, zastraszanie, milczenie stają się nagle widomym symbolem nowych, opresyjnych czasów. Cichy sprzeciw Elfaby, która ostatecznie przy pomocy Fijera ratuje zwierzątko, zdaje się budować korelacje z sytuacją migrantów, także tych błąkających się po Puszczy Białowieskiej, albo po pustkowiach Teksasu. Pozwala na takie skojarzenia scenografia Mariusza Napierały, która w polskiej wersji „Wicked” podobnie jak i wiele innych elementów spektaklu czasem odbiega od broadwayowskiego wzorca. Bo „Wicked” pokazany zostaje w Polsce w tzw. wersji non-replica, a więc niepowielającej wprost rozwiązań z oryginalnej inscenizacji nowojorskiej, co dla widzów znających broadwayowską wersję, może stanowić pewne zaskoczenie.
Przeczytaj także:
Kpić z grawitacji
Wykazująca zdolności magiczne Elfaba zostaje zaproszona przez Oza do Szmaragdowego Grodu, postanawia więc zainterweniować w sprawie odsuniętego wykładowcy, zakładając, że Wielki i Potężny Oz nie może wiedzieć o bezprawiu dziejącym się w kraju, bo przecież na to by nie pozwolił. W towarzystwie Glindy rusza w rytmie uroczej i doskonale wykonanej piosenki „Jeden dzień” dającej nadzieję na to, że wszystko się ułoży do miasta, którego wszyscy mieszkańcy muszą nosić okulary z zielonymi szkłami, co jest oczywistym nawiązaniem do alegorycznych „różowych okularów”. Chwilę wcześniej, w proteście przeciwko pozbawieniu wykładowcy pracy, Galinda zmienia imię, ale jej konformistyczna postawa na akt większego sprzeciwu już nie pozwoli, czym nie różni się od większości ludzi wyznających zasadę „nasza chata z kraja”.
W Elfabie drzemie potężna moc, o której czarnoksiężnikowi donosi rektorka Uniwersytetu Shiraz Madame Maskudna. To otwiera cały ciąg dramatycznych wydarzeń na scenie, ale też tych skrytych za zasłoną pięknych taktów zniewalającego songu „Kpić z grawitacji”. To tu padają słowa „Na przekór im spadając wznoszę się”. A gdy milknie protest song zielonoskórej dziewczyny widownia wraz z Ozjanami staje się odbiorcą „przekazów dnia”, elementów schematów dezinformacji i propagandy.

Zawsze źle
Piosenka towarzysząca scenom rozgrywającym się na dachu pałacu Oza w innych okolicznościach mogłaby uchodzić za wezwanie do wyrwania się z utartych schematów i zachęta do podążania własnymi ścieżkami, dokonywania własnych odkryć, wyborów, prowadzenia badań naukowych. Staje się jednak nie tylko manifestem wszystkich wykluczonych, ale i hymnem wyzwolenia. W kontekście „Wicked” staje się głębsza, nabiera jeszcze większej siły i staje się wezwaniem do odważnego wyrwania się z sideł komfortu, w jakim tkwimy pogrążając się coraz bardziej w błogostanie papki informacyjnej serwowanej przez kogoś, albo przez tego kogoś stworzone algorytmy.
Dobre chęci nie wystarczą zdaje się brzmieć przesłanie „Wicked”. Nawet jeśli masz dobre chęci, to możesz wyrządzić krzywdę. Czy jednak ma to być zgoda na „nic nierobienie”, poddanie się woli sprawujących władzę. A może odwrotnie, to wezwanie do zerwania pęt autocenzury, do odważnego postawienia kroku wbrew systemowi, wbrew normom, zasadom i nieludzkim prawom? Bo choć „Wicked” jest klasycznym broadwayowskim musicalem, to stawia ważne pytania i wcale nie daje ostatecznych odpowiedzi. To z czym widownia opuszcza teatr, długo jeszcze rezonuje, każe się zastanowić nad obejrzanym widowiskiem i być może pozostawi coś więcej w pamięci, niż tylko kilka porywających piosenek i wielka sceniczna magia, z latającymi miotłami, księgami i czarownicami.
* śródtytuły są polskimi tytułami utworów granych na scenie Teatru Roma Roma w spektaklu „Wicked” w tłumaczeniu dyrektora teatru Michała Wojnarowskiego
Wicked, reż. Wojciech Kępczyński
Na podstawie umowy licencyjnej z agencją Music Theatre International
Muzyka i teksty piosenek Stephen Schwartz, według libretta Winnie Holzman,
na motywach powieści Gregory’ego Maguire’a
Przekład: Michał Wojnarowski
Scenografia: Mariusz Napierała
Kostiumy: Martyna Kander
Choreografia, asystent reżysera: Agnieszka Brańska
Obsada: Elfaba – Natalia Krakowiak, Zofia Nowakowska, Maria Tyszkiewicz; Galinda / Glinda – Anna Federowicz, Patrycja Mizerska, Agnieszka Przekupień; Fijero – Marcin Franc, Janek Traczyk; Madame Maskudna – Barbara Melzer, Katarzyna Walczak; Czarodziej – Damian Aleksander, Tomasz Steciuk; Nessaroza – Joanna Gorzała, Maria Juźwin; Boq – Maciej Dybowski, Karol Jankiewicz; Dr Dillamond – Wojciech Dmochowski, Przemysław Redkowski
Polska prapremiera: 5 kwietnia 2025
Relacja z 12 kwietnia 2025
Because she was an evil witch | This show has it all: wonderful songs dissected for two main voices, a revision of a story that has been known for years, and filling in the gaps of the original plot,“ Jakub Hinc writes about ”Wicked,” which is playing at the Teatr Muzyczny Roma in Warsaw.

