Dokładnie trzy dekady po kinowej premierze i ponad ćwierć wieku po premierze scenicznej sala broadwayowskiego Minskoff Theatre grającego musical „The Lion King” wypełniona jest do ostatniego miejsca, a aktorzy po spektaklu mogą wciąż liczyć na wielominutowe owacje na stojąco. Nasza korespondencja z Broadwayu.

Na godzinę przed spektaklem kolejka oczekujących na wejście ciągnie się od 44 Zachodniej, skręca w 7 Aleję, tłoczy się przy Times Square, zahacza o Broadway i wreszcie skręca w 45 Zachodnią, by na koniec dojść do szerokich oszklonych drzwi. Nic dziwnego, stoi w niej przecież jakieś 1700 osób – tyle, ile mieści Minskoff Theatre. Wyraźnie widać to już po wejściu na widownię, gdzie nie sposób dojrzeć choćby jednego wolnego miejsca – zarówno na parterze, gdzie siadamy po obowiązkowej wizycie w teatralnym gift shopie, wypełnionym po brzegi maskotkami i gadżetami (i gdzie kupiliśmy płytę z piosenkami ze spektaklu), ale też w bocznych lożach i na balkonach.
Obok nas po lewej para koło czterdziestki, po prawej, roześmiane dziewczyny, przed nami małżeństwo w średnim wieku z dwójką nastolatków. Ci pierwsi będą przez całe przedstawienie szeleścić papierkami od orzeszków, skubać popcorn i sączyć drinki (tak, można kupić drinki i wziąć na salę drinki z rumem czy z wódką). Ci ostatni uwagę dzielić będą między przedstawienie a coraz bardziej znudzonych spektaklem potomków, z których jedno zaśnie jeszcze przed antraktem. A przecież jednocześnie większość widzów da się porwać magii opowieści, która od trzydziestu lat rozpala naszą wyobraźnię i zabiera nas do magicznego świata spod znaku przyjaźni, poświęcenia, miłości i zdrady.
Strasznie już być tym królem chcę*
Gdy wspiąć się na specjalną platformę, ustawioną u jednego z końców Times Square, można objąć wzrokiem – jak Simba sawannę z Lwiej Skały – ogrom rozwieszonych gęsto wokół całego placu reklamowych ekranów, ściśle zasłaniających stojące tu budynki. Dojrzy się też słynny Broadway, ulicę przecinającą w poprzek plac, na którym spora część reklam zaprasza właśnie na przedstawienia grane w teatrach rozlokowanych wokół. Czego tu nie ma! „Harry Potter and the Cursed Child”, „Wicked”, „The Outsiders”, „Six”, „Moulin Rouge!”, „The Great Gatsby”, „& Juliet”, „Wiz” na podstawie „Czarnoksiężnika z Oz”, słynny „Hamilton”, „Aladdin”, a nawet musicalowa wersja „Powrotu do przyszłości”.
Do grona broadwayowskich spektakli „The Lion King” dołączył w 1997 roku, znajdując początkowo swój dom w New Amsterdam Theatre, skąd – aby zrobić miejsce dla „Mary Poppins”, przeniósł się w 2006 roku do Minskoff. To trzecie najdłużej grane przedstawienie na Broadwayu w historii i jednocześnie najbardziej dochodowa broadwayowska produkcja wszech czasów (ok. 2 mld dol.). Na całym świecie spektakl ten – bo grany jest też poza Broadwayem – zarobił ponad 8 mld dol. A obejrzało go ponad 112 milionów osób. Wyróżniony został też nagrodą Tony za najlepszy musical oraz za reżyserię dla Julie Taymor, która tym samym została pierwszą kobietą nagrodzoną w tej kategorii.
Przeczytaj także:
Wieczny Życia Krąg
Gdy w teatrze zaczynają rozbrzmiewać pierwsze dźwięki piosenki „Nants’ Ingonyama”, przechodzące z czasem w „Circle of Life”, na widowni – przynajmniej na chwilę – zapada cisza. Śpiew rozbrzmiewa nie tylko ze sceny, ale także z loży na piętrze i wkrótce cała widownia staje się miejscem akcji, gdy – także obok nas – przebiegają od strony górnych rzędów aktorzy animujący afrykańskie zwierzęta zwołane przez Rafiki (rewelacyjna Tshidi Manye – od początku w musicalu tę postać gra zresztą kobieta) by sawannie przedstawić Simbę, następcę tronu.
Zagospodarowanie widowni jako miejscami równoprawnej scenie (przebiegnie obok nas młody Simba, grany przez Alberta Rhodesa jr., pojawią się też złowrogie hieny) to zabieg tyleż we współczesnym teatrze częsty, co zawsze robiący wrażenie. Podobnie jak spontaniczny dialog aktorki mówiącej swoje kwestie w suahili ze znającą ten język przypadkową osobą z widowni. Spektakl tym przecież różni się od filmu, że oferuje nie tylko przeżycia w 3D i 8K, ale w jakimś sensie niepowtarzalne – bo każde przedstawienie jest przecież inne – i interaktywne.
O królach i tronach tu mowa
Choć oczywiście wszystko zaczęło się od filmu. W 1994 roku na ekrany kin wszedł „Król Lew” wyreżyserowany przez Rogera Allersa i Roba Minkoffa, na podstawie scenariusza napisanego przez Irene Mecchi, Jonathana Robertsa i Lindę Woolverton, z piosenkami autorstwa Eltona Johna. To opowieść o zdradzie, bratobójstwie, żądzy władzy, ale także braterstwie, poświęceniu, miłości i sprawiedliwości.
Fabuła przyrównywana jest do opowieści biblijnych oraz „Hamleta” Williama Shakespeare’a – szczególnie w wątku zabójstwa króla i przejęcia tronu przez jego rodzonego brata, chęci poślubienia przez tegoż królewskiej wdowy i odsunięcia na dalszy plan następcy tronu (u angielskiego dramaturga młody książę popada w szaleństwo, tu przytłoczony ciężarem wmówionych mu win umyka z sawanny). Okrucieństwo i śmierć ukazane zostają bez taryfy ulgowej, mimo że to film skierowany do dzieci, zdają się one jednak być jednym z tych elementów, które dodają tej opowieści autentyczności i zapewniają jej ponadczasowość.
Przeczytaj także:
Miłość rośnie wokół nas
Podobnie jak piosenki, z których wiele wyszło poza ekran i scenę, by funkcjonować samodzielnie – szczególne dotyczy to przeboju „Can You Feel the Love Tonight”, ale także choćby „Hakuna Matata”. Musical pod tym względem wiele się nie różni od filmu – usłyszeć można wszystkie piosenki, w tym wykonywaną przez Scar (w polskim tłumaczeniu Skazę, Stephen Carlile) „Be Prepared”, istotnie zmienioną w filmowym remake’u z 2019 roku.
Ale wersja sceniczna oferuje też kilka smaczków (jak choćby Zazu śpiewającego po uwięzieniu piosenkę „Let IT Go”, czyli „Mam tę moc” z „Krainy lodu”), a także dodatkowych scen, jak i kilka innych piosenek, dopisanych na potrzeby przedstawienia m.in. „The Morning Report” w wykonaniu Zazu (Jim Ferris; piosenkę dodano w 2002 roku do rozszerzonej wersji filmu), „The Lioness Hunt”, „Shadowland”, „They Live in You” w wykonaniu Mufasy (L. Steven Taylor), „Rafiki Mourns”, śpiewaną przez Rafiki, Sarabi (Sidney Nicole Wilson) i młodą Nalę (Nia Thompon), a także choćby otwierającą drugi akt musicalu „The Madness of King Scar”, czyli dialog między Skazą, Nalą (Pearl Khwezi), Zazu i hienami Shenzi (T. Shyvonne Stewart), Banzai (James Brown Orleans) i Edem (Robb Sapp) po dojściu królobójcy do władzy. Musicalu nie kończy też muzycznie słynna piosenka o miłości, lecz usłyszymy jeszcze „He Lives in You” w wykonaniu Rafiki i Simby (Vincent Jamal Hooper) i „King of Pride Rock”.
Naucz się tych dwóch radosnych słów
Tym co różni film od przedstawienia, jest też rodzaj zastosowanej magii – gdzie nie można animować rysunkowych postaci, tam trzeba uciec się do arsenału teatralnych rozwiązań i Julie Taymor czerpie z nich pełnymi garściami. Dostaniemy więc aktorów przebranych za czworonożne zwierzęta – jak choćby Pumbaa (Ben Jeffrey) czy hieny, ale też słonie czy nosorożce. Zobaczymy aktorów chodzących na szczudłach (grających żyrafy), w sugerujących postać nakryciach głowy (lwy), a także animujących naturalnej wielkości kukiełki (antylopy), ale i teatr cieni z animacją dwuwymiarową. Na scenie pojawi się także aktor ubrany na zielono, genialnie animujący trójwymiarową postać Timona (Fred Berman).
Wszystko to – wspomagane przez teatralną technikę sceniczną – sprawia, że opowieść, choć wizualnie przecież umowna, włącza nas z czasem w ten świat. Świat Simby i jego opowieści o dorastaniu do bycia królem – od podrostka, któremu władza kojarzy się z brakiem obowiązków po władcę, który rozumie skalę spoczywającej na jego barkach odpowiedzialności. Bo „Król lew” – ów disnejowski bildungsroman – oferuje przede wszystkim historię, która niesie nadzieję. Na pokonanie tego, co złe i mroczne i nadejście tego, co przyniesie odrodzenie.
Łatwo uwierzyć w takie przesłanie w Nowym Jorku, gdy po zakończeniu przedstawiania, mimo późnej pory, za oknami Minskoff Theater wita nas lipcowy Times Square rozświetlony tak bardzo feerią barw, jakby nigdy nie zachodziło tu słońce.
Współpraca Jakub Hinc
The Lion King, reż. Julie Taymor
Minskoff Theatre, 11 lipca 2024
Muzyka i słowa Elton John & Tim Rice oraz Lebo M., Mark Mancina, Jay Rifkin, Julie Taymor, Hans Zimmer
Produkcja: Disney Theatrical Productions 1997
*wersy z piosenek w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego

