Gdy chce się prawdziwie opowiedzieć o maskach, które nakładamy, by wpisać się w oczekiwania innych, trzeba wyzwolić sam spektakl z ram biograficzności, a nawet więcej: z klasycznej teatralności. Agacie Biziuk wychodzi to znakomicie. O musicalu „M. Faktor. Narodziny piękna” pisze Przemysław Poznański.

Zanim mówili o nim Max Factor, nazywał się Maksymilian Faktorowicz. Ale jeszcze wcześniej przedstawi się nam jako Karol Osentowski. To nazwisko pada w pierwszym zdaniu przedstawiania i ustawia cały jego odbiór – oto bowiem mówi do nas ze sceny aktor, używający swojego własnego nazwiska (rolę na przemiennie gra też Daniel Antoniewicz). Nie postać, którą gra, ale on sam. Zapomnieć można, a nawet należy o pozorach. To tylko przedstawienie. To tylko – i aż teatr.
Bo mimo rezygnacji z pewnych upudrowań Agata Biziuk robi przecież teatr – i to świetnie. Nie rezygnuje ze scenografii, z kostiumów czy makijażu, a jednocześnie podchodzi do teatralnej materii w sposób, który pozwala jej tę opowieść o urodzonym z Zduńskiej Woli twórcy terminu „make-up” i wizażyście największych gwiazd Złotej Ery Hollywood prowadzić w zgodzie ze współczesną wrażliwością – z dala tak od męskocentryczności jak i od kiczowatego blichtru.
Maski i makijaże

Najważniejsze jednak, że twórczyni musicalu (do muzyki Stanisława Pawlaka i tekstów Anny Domalewskiej) niczego nie odrzuca i nie narzuca sobie a priori. Mogłaby – i robi to – opowiedzieć biografię swojego tytułowego bohatera z puntu widzenia obecnych w jego życiu kobiet: najpierw matki, potem żony (pierwszej i drugiej), a wreszcie gwiazd pokroju Poli Negri czy Rity Hayworth. Te narracje są tu obecne, czasem bardzo silnie i wtedy Faktor przesuwany jest na drugi, trzeci plan, a nawet do pozornej, bo przeszklonej skene, by dać miejsce głosom emancypacyjnym, wyzwalającym się spod maski narzucanych im przez mężczyzn norm. Ale przecież są tu i narracje męskie, narracje samego bohatera, ale i choćby Rudolfa Valentino, bo niejako symbolizowana przez make-up opresyjność i stłamszenie nie dotyczą tu przecież wyłącznie kobiet.
W życiorysie samego bohatera konieczność wpisywania się w konkretne role, dzięki którym może się realizować, jest obecna równie mocno. Oczekiwania ze strony rodziny, potem apanaże na carskim dworze, tworzące de facto złotą klatkę, wreszcie początki hollywoodzkiej kariery, oznaczające – przynajmniej z początku – konieczność podporządkowania się kaprysom gwiazd. Wszystko to wymaga tworzenia make-upu dla samego siebie, przybierania min, zgody na kompromisy.

Z perspektywy oka kamery
Tę opresyjność pokaże też Agata Biziuk sięgając po Kodeks Haysa, wcinający się na ostro w strukturę opowieści, przytaczany raz po raz przez przechadzającego się po widowni Cenzora (Piotr Wiszniowski). To rzecz jasna jednocześnie ukłon w stronę historii kina, które musicalowej narracji towarzyszyć tu będzie od początku, niczym nadrzędna predykcja losów bohatera. Bo to tylko – i aż – teatr, ale to też tylko – i aż – film, z całą jego umownością. Elementem scenicznej układanki stanie się postać reżyserki (Monika Soszka) i towarzyszącego jej operatora (Tariel Todua), którzy filmują opowieść na żywo, przekazując ją bezpośrednio na telebim będący elementem scenografii, tworząc zarazem opowieść w opowieści, chwytając w oku kamery to samo, co dzieje się na scenie, lecz z innej perspektywy i zmuszając widzów do podążania za akcją z dwóch punktów widzenia.
Ta wszechobecność kamery, wydobywającej iście filmowe, subtelne elementy aktorskiej gry, stwarza jednocześnie przestrzeń dla kolejnej opowieści o narzucanych ramach, o kadrze, w którym wszystko zaplanowane musi być perfekcyjnie, włącznie, a może przede wszystkim, z twarzą pokazywanej osoby, twarzą – w świecie hollywoodzkiej doskonałości – możliwie nieskazitelną.
Opresja i szansa
Wszystkie te ramy i maski będą tu prędzej czy później zderzone z narastającym przekonaniem bohaterów o prawie do samostanowienia. Nie sam makijaż jest przecież opresją, ale obowiązek jego nakładania, groźba wyrzucenia z filmowego planu za zbyt śniadą cerę, za nie nazbyt wyraźny zarys kości policzkowych. Agata Biziuk pokaże więc bunt – ale w jego podwójnym wymiarze: jako sprzeciw wobec make-upu, będącego immanentnym zda się elementem dresscode’u, ale i przecież wobec oznak starzenia się, a zatem siłą rzeczy wobec nadchodzącej śmierci.
Tym samym pojawia się tu i druga twarz make-upu – rozumianego jako makijaż, ale i jako wpisywania się w wybrane dla siebie role: jako szansy. Dla samego bohatera, który robi dzięki swemu talentowi do upiększania i zmieniania zawrotną karierę, budując światową markę. Dla gwiazd, które poddają się zabiegom Factora, by podobać się widowni, a pewnie i samym sobie. Ale i dla zwykłych kobiet, które uwierzą w swoją szansę na niedostępne wcześniej piękno. Nawet jeśli okaże się raz po raz, że wiedzione były nienachalnym, acz przekonującym głosem Pana Reklamy (Marek Węglarski).
„M. Faktor. Narodziny piękna” – spektakl inaugurujący obchody 75-lecia Teatru Żydowskiego – jest opowieścią o narodzinach hollywoodzkiej legendy, ale przede wszystkim może o narodzinach samoświadomości piękna i poczucia piękna w jego każdym wymiarze – budowanych jednak na bazie samoakceptacji i niezgody na narzucanie siłą społecznych norm. Piękno tkwi w nas – zdaje się mówić autorka sztuki – i to od nas zależy, jak będziemy je eksponować.

M. Faktor. Narodziny piękna
Scenariusz i reżyseria Agata Biziuk
Muzyka Stanisław Pawlak, słowa piosenek Anna Domalewska
Wystąpili: Karol Osentowski, Małgorzata Majewska, Sylwia Najah, Rafał Rutowicz, Ewa Tucholska, Mateusz Trzmiel, Piotr Wiszniowski, Adrianna Kieś, Izabela Rzeszowska, Piotr Chomik, Monika Chrząstowska, Ewa Dąbrowska, Marek Weglarski, Henryk Rajfer, Adrianna Dorociak, Małgorzata Trybulska, Monika Soszka, Tariel Todua, muzycy na żywo: Stanisław Pawlak, Michał Obrębski
Teatr Żydowski w Warszawie, 12 kwietnia 2025
Make-up Removal | When you want to truly talk about the masks we put on to fit the expectations of others, you have to liberate the performance itself from the framework of biography, or even more: from classical theatricality. Agata Biziuk does this brilliantly. Przemysław Poznański writes about the musical „M. Faktor. Narodziny Piękna” (M. Faktor. The Birth of Beauty)

