artykuł recenzja

Syndrom barona | Gotfryd August Bürger, Przygody Münchausena

Spisał i wydał niewiarygodne przygody pruskiego barona, który sam z bagna wyciągnął się za włosy, a jego nazwisko weszło do kanonu przypadków medycznych – w 277. rocznicę śmierci Gotfryda Augusta Bürgera o „Przygodach Münchausena” pisze Jakub Hinc.

Nieczęsto zdarza się, choć nie jest to odosobniony przypadek, że postać literacka emancypuje się od swojego twórcy i zaczyna wieść samodzielny żywot, zwłaszcza że, jak w tym przypadku, z pierwowzoru literackiej postaci, pruskiego barona o nazwisku Münchausen, obieżyświata, weterana wojen rosyjsko-tureckiej, rosyjsko-szwedzkiej i fińskiej, żeglarza, birbanta i besserwisera, utracjusza, ogólnie rzecz biorąc miglanca był niezły gawędziarz i w końcu… zrujnowany rozwodnik. Zanim baron utracił swój majątek był oficerem pod pruską komendą i na carskim żołdzie, aspirował do roli dworzanina w Petersburgu, a wreszcie został chętnie polującym na kaczki ziemianinem w swojej posiadłości.

A gdzie w tym wszystkim Gotfryd August Bürger? To właśnie on wziął na warsztat autentyczną postać Münchausena, nietuzinkową, nawet jak na ówczesne standardy i choć nie był w tym pierwszy, to jednak głównie on spopularyzował niesamowite przypadki brunszwickiego barona. Ale nietaktem byłoby też odmówić „zasług” i samemu Hieronymusowi von Münchausenenowi, którego przypadki spisane zostały przez Bürgera i wydane z ilustracjami Gustawa Dorė. Sam Münchausen uważał jednak, że wprawdzie publikacje opisujące jego przygody rozsławiły jego nazwisko na całym świecie, to jednak przyniosły mu miano „barona kłamstwa” i – w jego oczach – naraziły go na kpiny.

Baron klamstwa po raz pierwszy, drugi i trzeci

Zanim Bürger, w roku 1786, wydał „Niezwykłe podróże lądowe i morskie, kampanie wojskowe i zabawne przygody barona von Münchausena, o których zwykle opowiada przy butelce wśród swoich przyjaciół” (jak brzmi tłumaczenie oryginalnego tytułu), świat zdążył już poznać nietuzinkowego barona i polubić opowieści o jego niewiarygodnych przygodach. Bo też trudno byłoby odmówić Münchausenenowi talentu do opowiadania historii, skoro do Bodenwerder, w którym w końcu osiadł, zjeżdżali goście nawet z daleka, po to tylko, by wysłuchać jego niezwykłych historii.

Nie jest też wykluczone, że był wśród nich też dyrektor muzeum w Kassel Rudolf Erich Raspe, który okradł miejscowego landgrafa, po czym zwiał do Londynu i tam, żeby zarobić na spłatę długów, opublikował  w 1785 r. serię anegdot i podróżniczych opowiastek właśnie pod nazwiskiem Münchausena. Książka Raspego odniosła ogromny sukces i zaowocowała czterema nowymi wydaniami, z których każde kolejne było rozszerzone o kolejne przygody. Ale pierwsze trzy z tych opowiadań zostały opublikowane jeszcze wcześniej, bo już w 1761 r. przez hrabiego Rochusa Friedricha zu Lynara, byłego ambasadora w Petersburgu, czyli w czasie gdy podówczas młody baron aspirował do roli dworzanina na carskim dworze. Nadzieje brunszwickiego szlachcica nie były płonne, mógł liczyć na przychylność dworu ojca Iwana VI, ale rozwiały się, gdy carówna Elżbieta, córka Piotra I, w zamachu stanu z tronu zrzuciła cara-niemowlę.

Przeczytaj także:

Przygody „z życia wzięte”…

We wszystkich spisanych przygodach Münchhausena znajdziemy ziarno prawdy, bo albo baron, albo któryś z jego „biografów“ związał prawdziwą historię z przygodą. Sam Münchhausen jako najemnik wziął udział w kilku wojnach, jako marynarz pływał pod kilkoma banderami. Mamy tu więc wiele smaczków z carskiego i sułtańskiego pałacu, z obrony Gibralataru i wojny siedmioletniej, kilku wypraw oceanicznych i bitew morskich, choć ukrytych pod warstwą przygody i bez wglądu w biografię Münchhausena trudnych do odnalezienia wprost.

Na związki ze współczesną mu literaturą, w tym też populrno-naukową i doniesieniami ery poznawania świata przez podróżników, przyrodnikow i eksploratorów XVIII wieku wskazują choćby odwołania do „Podróży sycylijskich“ (A Tour Through Sicily and Malta, A Tour Through Sicily and Malta in a series of letters to William Beckford, Esq. of Somerly in Suffolk) Patricka Brydone’a, opublikowanej w 1773 roku. Znajdziemy je w „Podróży na przestrzał świata i innych niezwykłych przygodach“, gdy baron wskakuje do dymiącej Etny i spotyka tam Cyklopów i Wulkana, a potem przez wnętrze Ziemi trafia na Antypody. Z kolei polowanie na niedźwiedzia polarnego, które jako pierwszy współczesny europejczyk opisał Constantine John Phipps, 2. baron Mulgrave w swojej „Podróży w kierunku bieguna północnego“ z 1773 lub 1774 roku, opisane zostało w „Ósmej przygodzie morskiej“. Choć, jak to w przypadku pikarejskich zgoła przygodach barona bywa, opis jest mocno przerysowany i chwilami wręcz nieprawdopodobny.

… i nieprawdopodobne

Ale opowieści te mogły się podobać, bo sam Münchhausen pochodził z rodziny szlacheckiej, a że aspirował do roli carskiego dworzanina, to nie były mu obce zwyczaje epoki, z jej rozrywkami i obyczajowością. Stąd w wielu, o ile wręcz nie w każdej z przygód znajdziemy odwołania do jego współczesności w każdym z tych wymiarów. A lektura przygód na caskim czy osmańskim dworze, nawet mocno podbarwiona, była przecież dla ówczesnch czytelników bardzo zajmująca. Z drugiej strony Bürger sięgając do znanej mu tematyki ludowych ballad poruszał te watki, które dopiero wówczas doczekały się swojego miejsca w literaturze. Zastosował podobne chwyty jak nieco wcześniej Charles Perrault, ale też inni ówcześni autorzy eksplorujący ludowe wątki i transponujący je do głównego nurtu literatury, w tym motywy powszechne w tradycji opowieści mówionych, popularne wśród niepiśmiennego gminu, gdzie mityczne i fanastyczne stworzenia współistnieją z ludźmi, a ludzie zyskują czasem nadnaturalne przymioty.

Przy okazji, snujący swoje opowieści baron – bez znaczenia już dziś czy brunszwicki szlachcic, czy ten będacy postacią literacką, czerpie i sięga do istnego imaginarium, niczym z „Poissons, écrevisses et crabes…” Louisa Renarda – w katalogu tyleż oryginalnym, bo przybliżającym Europejczykom wiedzę o faunie Mórz Południowych, co pokazującym, że i tego autora fantazja nie zawodziła, gdy przyjrzeć się dokładnie tęczy barw i ksztaltów przedstawionych ryb – o czym możemy przeczytać w książce „Biblioteka szaleńca. Największe kurioza wydawnicze” Edwarda Brooke-Hatchinga. Przy tym też odwołuje się Bürger do popularnych w średniowieczu koncepcji dotyczących ludzi żyjących „na końcu świata“, oraz… na Księżycu. Oczywiście przygody barona Münchhausena są często groteskowo przerysowane, jak słynny lot na kuli armatniej w rozdziale „Jazda na kuli armatniej, podtróż na księżyc i inne niezwykłe przypadki“, satyryczne, jak wtedy, gdy odrzuca atencję i amory koronowanych głów, często stanowią pastisz, gdy odwołują się do innych utworów, na przykład wprost do „Podróży Guliwera“ Jonathana Swifta wydanych w 1726 roku – jak we wspomnianej wcześniej „Podróży na przestrzał świata i innych niezwykłych przygodach“, biblijnej przypowieści o Jonaszu połkniętym przez rybę w „Trzeciej przygodzie morskiej“, albo dwutygodniowym rejsie w trzewiach jeszcze większej ryby – co przywodzi na myśl jedną z przygód drwenianego chłopca wystruganego przez Gepetta z „Pinokia“ (Le avventure di Pinocchio) Carla Collodiego z 1883 roku.

Krotochwilna zabawa w science fiction i fantasy

Historia opowiadana, jeszcze w XVIII wieku, gdy nie istniały współczesne środki masowego przekazu, była istotnym elementem ówczesnej rzeczywistości. Nic więc dziwnego, że gawędy takiego globtrottera, za jakiego chciał uchodzić Münchhausen, ściągały w jego progi chętnych słuchaczy. Trudno też miarodajnie stwierdzić, na ile fantastyczne opowieści barona odpowiadały potrzebie poznania świata przez jego gości, a ile w tym było z ich strony chęci uczestniczenia w krotochwilnej zabawie i na ile sam Münchhausen gotów był wejść w tę grę. Niezaprzeczalnie można pokusić się o stwierdzenie, że każdy tu pokpiwa z każdego, baron ze swoich gości, a ci z Münchhausena, oddający się lekturze opowiastek literackich z niesamowitych przygód szlachcica – oficera, a na ile autor drwi z łatwowierności czytelników za dobrą monetę przyjmujących drukowane rewelacje.

Od zarania wieków ludzie byli ciekawi tego, co ich otacza, a oświecenie przyniosło ze sobą impuls do głębszej refleksji nad światem, a nawet wszechświatem. Stąd widoczne w „Przygodach“ aż dwukrotne nawiązanie do Księżyca. Za piewszym razem mamy jeszcze nawiązanie do żywego w kulturze ludowej mitu o magicznej fasoli – to w rozdziale „Jazda na kuli armatniej, podróż na księżyc i inne niezwykłe przypadki“, ale już w „Dziesiątej przygodzie morskiej“ magia ustępuje miejsca nauce, a właściwie fantastyce naukowej i lądowaniu na Księżycu, a właściwie cumowaniu, co odbywa się już tylko dzięki ludzkiej zmyślności technologii. Bo Bürger pisząc „Przygody Münchausena” czerpał z całego dostępnego ówczesnie arsenału środków narracyjnych, od bliskiej „Baśniom Braci Grimm“, niemalże gotyckiej sceny nocowania na pustkowiu zasnutym śniegiem, które zgodnie z doświadczeniem, ale też obserwacjami meteorolgicznymi, musi odtajeć – w pierwszym rozdziale, przez odwołania do powieści gotckiej  i swoizdrzalskiej oraz opowieści niemalże naturalistycznej, gdzie niecodzienne nie jest samo polowanie na kaczki i niedźwiedzie, lecz koncept i sprytne wytrychy pozwalające na sukces, gdy brak środków, po te o ludziach mających paranormalne zdolności (szybkość, wzrok, siłę płuc) jak w „Szóstej przygodzie morskiej“, aż po podróże kosmiczne i na drugą stronę globu, gdzie baron spotyka ludzi, rośliny i zwierzęta równie fantastyczne, jak te, które wyobrażali sobie budowniczy średniowecznych katedr umieszczając ich przedstawienia na kapitelach kolumn.

Przeczytaj także:

Nadzieja na wyjście z każdej sytuacji

W „Przygodach Münchausena“ baron przedstawiony jest jako mitoman i nototryczny kłamca, który snując opowieść zgoła opartą na absurdzie, parodii, karnawalizacji świata przedstawionego, przywołującą obrazy typowe dla wizji „świata na opak”, daje jednak słuchaczom (baron) i czytelnikom (Bürger) krotochwilną zabawę, co i dziś znajduje swoich admiratorów szukających takiej rorywki w telewizji, kinie, literaturze i mediach społeczniościowych. To niewątpliwie okazuje się być trwałym elementem zaspokajania potrzeb ludzi szukających możliwości pośmiania się z innych i zyskania w swoich oczach na wartości, ale też zabawy, możliwości oderawnia się od codzienności i rozrywki dobrej jakości.

Münchausen, który wyratowuje się sam z opresji, jak na przykład wówczas, gdy mówi, że „trzymając bowiem konia krzepko kolanami, wyrwałem się z bagna, ciągnąc się za własny harcap ręką“ dał jednak nazwisko dla medycznego terminu opisującego zaburzenie psychiczne u pacjentów, którzy wywołują u siebie objawy choroby somatycznej lub psychicznej w celu wstąpienia w rolę chorego. Nazwisko barona jest też użyte dla diagnozy osoby, która u innych – najczęściej u własnych dzieci – albo wzmacnia istniejące dolegliwości albo wywołuje objawy w identyczny sposób, jak w przypadku zespołu Münchhausena, po to by móc się opiekować chorym. W tym drugim przypadku mamy do czynienia z zastępczym zespołem Münchhausena.

Błędem i dużym nietaktem dla pamięci barona i autorów opracowań jego przygód byłoby jednak, gdyby w pamięci pozostał tylko jako jednostka terminologii medycznej, bo przecież ileż radości dać może – nie tylko dzieciom – przeżywanie przygód wraz nim, gdy z wielką prędkością leci na kuli armatniej, gdy łapie kaczki na słoninę nanizaną na sznurek z łyka, gdy na połowie litewskiego wierzchowca zagania Turków do twierdzy, a potem znajduje koński zad na pobliskiej łące. 

I zawsze znajduje wyjście z sytuacji, nawet jeśli wpada w straszne tarapaty. A to daje nadzieję, że jeśli tylko będziemy wystarczająco zdeterminowani, to uda się znaleźć wyjście nawet z wydawałoby się beznadziejnej sytuacji. I to, odkąd w dzieciństwie po raz pierwszy wpadła mi w ręce ta książka, w opowieściach Gotfryda Augusta Bürgera o „Przygodach Münchausena” lubię najbardziej.

skorzystałem z egzemplarza antykwarycznego:
Gotfryd August Bürger „Przygody Münchausena” (Wunderbare Reisen zu Wasser und zu Lande. Feldzüge und lustige Abenteuer des Freiherrn von Münchhausen, wie er dieselben bei der Flasche im Zirkel seiner Freunde selbst zu erzählen pfleg)
Państwowe Wydawnictwo Literatury Dziecięcej „Nasza Księgarnia”, Warszawa 1956
Tłumaczyła Hanna Januszewska

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej