Krzysztof Bochus zaprasza nas w „Kruchym lodzie” na Czarny Ląd, by odkryć najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Ale i pokazać, że każda decyzja ma konsekwencje. Czasem najpoważniejsze – pisze Przemysław Poznański.

Powieść Bochusa – po „Czarnej krwi” – druga z Markiem Smugą – wpisuje się w topos opowieści o poszukiwaniu osoby bliskiej – uprowadzonej lub zaginionej. Jednocześnie staje się też po części powieścią drogi, w której – wraz z bohaterami – odhaczamy kolejne przystanki na drodze do prawdy: wpierw Bieszczady, gdzie Smuga szuka spokoju po wydarzeniach z poprzedniej książki, potem Warszawa i Berlin, w końcu Pemba, wyspa na północ od Zanzibaru, gdzie dojdzie do dramatycznych wydarzeń obnażających najgorsze ludzkie instynkty.
„Kruchy lód” to zatem powieść sensacyjna w najlepszym tego słowa znaczeniu, porównywalna nie tylko ze względu na tematykę z dyptykiem Monsa Kallentofta „Patrz, jak spadam” i „Słuchaj, jak szepczę”. Historia intensywna pod każdym względem: akcji, emocji, wrażeń, a nawet egzotycznego tła, dawkowanego tu sporymi garściami z hojnością kogoś, kto miejsce musi znać dobrze, a jednocześnie potrafi wykorzystać je bez reszty do potrzeb fabuły, nadając jej dzięki temu posmak gorzkawego khatu.
Azymut sprawiedliwości
To też opowieść o ludziach decydujących się nierzadko na działania na pograniczu dobra i zła, nierzadko naznaczonych także traumami z przeszłości. Ludziach – odwołując się do tytułu – kruchych, którzy próbują w ten, czy innych sposób, zlepiać to, co w nich połamane. Taki na pewno jest Smuga – bohater niejednoznaczny, człowiek po przejściach, którego życie rozpękło się na kawałki po śmierci bliskich, raz na zawsze ustawiając igłę jego kompasu moralnego tak, by azymut wyznaczał mu drogę do wymierzania sprawiedliwości. Bez niuansów, bez oglądania się na prawo zapisane w kodeksach, bez przebierania w środkach. Liczy się cel. Ukaranie winowajców. Widzimy to już w scenie w Bieszczadach, zobaczymy to też wielokrotnie później, gdy stawka będzie tylko rosła.
Taka jest też w dużym stopniu partnerka Marka. Agnieszka. Postać, dzięki której Bochus doskonale wpisuje się w obecny we współczesnej prozie model postaci kobiecej, która śmiało przejmuje stery opowieści, raczej ratując mężczyzn z opresji, niż czekając na ratunek. To w końcu Agnieszka jest tu spirytus movens fabuły skupionej na poszukiwaniu jej siostry Karoliny, która zaginęła pięć lat wcześniej na dworcu Warszawa Wschodnia.
Prośbą i groźbą
Impulsem do wyruszenia na poszukiwania dziewczyny po tak długim czasie od chwili, gdy wszelki ślad po niej zaginął, jest tajemniczy mejl z prośbą o pomoc, wysłany prawie na pewno przez Karolinę, a w każdym razie opatrzony jej na szybko zrobionym selfie. To dużo – bo może być dowodem na to, że siostra Agnieszki nadal żyje. Ale i mało, bo mejl wysłano z adresu, którego nijak nie da się namierzyć. Gdzie może być zaginiona? Czy w ogóle istnieje szansa na jej odnalezienie, skoro w zasadzie nie ma żadnego punktu zaczepienia?
Smuga porusza niebo i ziemię, by pochwycić choćby najcieńszą nić i dzięki temu spróbować podążyć śladem Karoliny. Jest byłym policjantem, co ma dobre i złe strony. Dobre są takie, że nie musi już nikogo prosić o zgodę na akcję, balansującą na granicy legalności, a często też ją przekraczającą. Złe, to brakuje mu wsparcia całego systemu wymiaru sprawiedliwości, wszystkich tych narzędzi, które wcześniej powalały mu bezproblemowo dotrzeć do informacji i świadków. Zostaje groźba, przemoc, prośba i znajomości. Smuga sięgnie po cały ten dostępny arsenał, czego efektem będzie wspólna z Agnieszką wyprawa na Pembę.
Przeczytaj także:
Rajska wyspa i kręgi zła
Od tego momentu opowieść staje się wędrówką coraz bardziej niepokojącą, niemal podróżą do piekła i to także w sensie dosłownym, bo pobyt na afrykańskiej wyspie okazuje się wędrówką w głąb ciemności, z jednego kręgu zła, do kolejnego. Od jednego tropu, wyznaczanego ludzką krzywdą, do kolejnego. Nie dość, że trwa tu lokalny konflikt, tlący się w następstwie kolonializmu, w którym ofiarami mogą paść też biali, o ile nie zachowają należytej ostrożności, to dodatkowo wyspę upodobali sobie dość szemrani przybysze z Europy, próbujący tu urządzić sobie raj. Na własną modłę i za wszelką cenę.
Czy można więc w takim miejscu, w tych okolicznościach i po tak długim czasie znaleźć jeszcze jakikolwiek tropy w sprawie zaginionej dziewczyny? A może wyspa jest tylko śmiertelną pułapką, czyhającą na tych, którzy popełnią najmniejszy błąd, choćby węsząc tam, gdzie nie wolno i naruszając kruchą równowagę panującą w tym egzotycznym i nie do końca zrozumiałym dla przybyszów świecie?
Na krawędzi życia i śmierci
Wybór miejsca tak naznaczonego bólem i wrzucenie w nie potłuczonego życiem bohatera sprawi, że „Kruchy lód” stanie się także – poza całą warstwą wciągającej sensacji – opowieścią eksplorującą granice moralności. W tym moralności Smugi – z jednej strony postaci mocnej i działającej w imię sprawiedliwości, z drugiej dalekiej od archetypu bohatera „bez skazy”, przekraczającej wszak – nomen omen – smugę cienia, za którą pojawić się musi jego własne piekło. I choć Bochus dawkuje nam psychologizm tej postaci na tle, na ile pozwala mu gatunek powieści, to nie ulega wątpliwości, że tworzy w jakimś sensie postać stojącą na krawędzi.
„Kruchy lód” stawia bohaterów w obliczu niebezpieczeństw skrajnych, na krawędzi życia i śmierci. To sprawia, że dostajemy opowieść eksplorującą nie tylko najmroczniejsze zakamarki egzotycznej wyspy, ale także, a może przede wszystkim, najciemniejsze zakątki ludzkiej natury. Także własnej.
Krzysztof Bochus, Kruchy lód
Skarpa Warszawska, Warszawa 13 marca 2024
ISBN: 9788383293646
Dark corners | In 'Kruchy lód’ (Fragile Ice), Krzysztof Bochus invites us to the Black Continent to discover the darkest recesses of the human soul. But also to show that every decision has consequences. Sometimes the most serious ones, reviews Przemysław Poznański.

