recenzja

Duchy wojny | Shehan Karunatilaka, Siedem księżyców Maalego Almeidy

Nagrodzona Bookerem powieść Shehana Karunatilaki jest na poły fantastyczną, na poły wstrząsająco realistyczną opowieścią o okrucieństwie domowej wojny, w której ofiarą staje się też pamięć: o ludziach i ich pragnieniach. O „Siedmiu księżycach Maalego Almeidy” pisze Przemysław Poznański.

Jeśli sięgając po tę powieść wiemy cokolwiek o wojnie, w jakiej z powodu dyskryminacji i brutalnych prześladowań Tamilów przez rząd zdominowany przez Syngalezów pogrążona była od lat 80. XX wieku, aż po początek wieku XXI Sri Lanka, to dobrze. Jeśli wiemy, że w trakcie bratobójczych walk zginęło ok 40 tys. cywilów, to tym lepiej zrozumiemy wyłaniający się z powieści Karunatilaki chaos, jaki towarzyszy śledztwu, prowadzonemu przez głównego bohatera.

Jeśli jednak o zakończonej dopiero w 2009 roku wojnie w Sri Lance nie wiemy nic, w żaden sposób nie odbierze nam to satysfakcji z zagłębienia się w lekturę książki, która na pierwszym planie stawia wszak człowieka, jego pragnienia, ambicje, marzenia i chęć życia w zgodzie z sobą. Wbrew wszystkiemu. Wbrew totalitarnemu państwu, które nie zawaha się zadać śmierci komuś, kto stanął mu – w ten czy inny sposób – na drodze.

Gdy mija etap wyparcia własnej

Zagrożenie śmiercią nie jest tu tylko pozorne. Maali Almeida, „fotograf, hazardzista, dziwka” – jak sam o sobie powie – doświadczył tego wszak na własnej skórze. Gdy go poznajemy, już nie żyje. Z roztrzaskanym aparatem fotoreportera wojennego w ręku ocknie się w miejscu, które śmiało możemy nazwać czyśćcem czy bardo – owym „pomiędzy”, które nie dopuszcza powrotu, ale obiecuje coś „potem”, coś schowanego za białym światłem. Rzecz w tym, że Almeidzie wcale się do owego „potem” nie spieszy. Gdy mija etap wyparcia własnej śmierci, mężczyzna zdaje sobie sprawę, że zanim całkowicie zerwie więzy ze światem „tam w dole”, zamknąć musi kilka niezałatwionych spraw.

Te sprawy w sposób nierozerwalny wiążą się z pamięcią. Z tym, co utrwalone – czy to w zasobach podświadomości, czy na fotograficznej błonie – lecz zaginione, zagrzebane pod zwałami przypadkowych myśli i zdarzeń. Maali Almeida musi wydobyć wszystko to na wierzch niczym utrwaloną na negatywie fotografię, „wywołać” to, co zapisane, ale nie wydobyte na światło dzienne. Musi to zrobić dla siebie, by odzyskać spokój. Ale i dla sprawy – chce bowiem między innymi, by przyjaciele odnaleźli zrobione przez niego zdjęcia, „które mogą obalać rządy”, lub „zapobiegać wojnom”. Ale nie będzie to przecież łatwe – nie dość, że jest duchem, a w każdym razie istotą z zaświatów, mającą mizerny wpływ na świat żywych, to jeszcze jego czas na dokończenie swoich ziemskich spraw jest ograniczony do zaledwie siedmiu księżyców. Gdzie „księżyc” nie oznacza wcale miesiąca, a zaledwie dobę.

Pomiędzy cielesnością i bezcielesną przezroczystością

Uwięzienie bohatera między życiem a śmiercią, między ziemią a niebem, albo pobyt w zaświatach, to literacki topos, który znamy i z „Boskiej komedii” Dantego i z takich realizacji jak choćby świetny „Lincoln w bardo” George’a Saundersa, „10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie” Elif Shafak, niejednoznacznego interpretacyjnie opowiadania Petera Handkego „Przewracanie kręgli na wiejskiej kręgielni” czy wybitnego „Oneironu” Laury Lindstedt, gdzie „pomiędzy” oznacza też przestrzeń na styku cielesności i bezcielesnej przezroczystości, mówienia i milczenia, albo przemilczania, wreszcie nadziei i strachu. O ile jednak Lindstedt starała się zdefiniować miejsce kobiety we współczesnym świecie, o tyle u Karunatilaki pobyt w bardo staje się w symboliczny sposób opisem żmudnego dochodzenia do prawdy – o strachu, o źródłach nienawiści, ale i o pożądaniu czy miłości.

Prowadzona w drugiej osobie narracja, też zatem w jakimś sensie zawieszona – między słowami samego bohatera a relacją trzecioosobową – staje się tyleż powieścią drogi, co historycznym freskiem. Historią kameralną, wręcz intymną, gdy Almeida z szybkością wiatru przemieszcza się po Kolombo wszędzie tam, gdzie wspomniane jest jego imię, czy to przez potencjalnych oprawców, czy to przez jego kochanka, a zarazem syna ważnego ministra, DD, albo dawną dziewczynę, Jaki. I Historią – przez wielkie H – kraju, konfliktu, wzajemnych niesnasek na tle narodowościowym, które urosły do skali bratobójczej rzezi. W obu tych wymiarach opowieść Karunatilaki okazuje się pogłębioną psychologicznie relacją o zagubieniu, o zagmatwaniu, o usprawiedliwianiu tego, czego usprawiedliwić się nie da, relatywizowaniu tego, co nijak nie da się relatywizować, ale i komplikowaniu tego, co proste.  

Światy opozycyjne

Wychodząc od motywu życia po życiu autor „Siedmiu księżyców” narzuca sam sobie konwencję fantastyki, z której czerpie przez całą powieść pełnymi garściami. Fakt przebywania w bardo nie jest więc tu tylko (i aż) szansą na spojrzenie „z góry” na życie bohatera, na relacje wiążące go z bliskimi, czy relacje między zwaśnionymi stronami konfliktu, ale i sposobem na zbudowanie pełnowymiarowego świata fantastycznego, do którego trafia Almeida. Świata o nierzadko biurokratycznych zasadach (Badanie Uszu jako element niezbędny, by dostąpić wejścia w światło), rządzącego się specyficznymi prawami fizyki, pełnego fantasmagorycznych istot, skupionych na walce o ludzkie dusze.

Nie ulega jednak wątpliwości, że ten świat wyrastający z nieposkromionej wyobraźni autora jest też – choć w krzywym zwierciadle – odbiciem świata realnego. I to do tego stopnia, że wystarczy głośniej szepnąć, by naruszyć niewidzialną, a przecież przez cały czas podświadomie namacalną granicę między realnością a zaświatem i przebić się – choćby na krótki moment – przez ową taflę lustra. Karunatilaka tworzy więc światy opozycyjne, niczym negatyw – klisza i pozytyw – fotografia, zwaśnione niczym strony wojny domowej, a przecież – jak one – podobne, rozdzielone linią śmierci, a przecież dające się połączyć prawem emocji.

Traumy indywidualne i zbiorowe

„Siedem księżyców Maalego Almeidy” – skrzące się zresztą nierzadko autoironicznym humorem – to zatem opowieść głęboko zakorzeniona w historii Sri Lanki, ale i równie głęboko umocowana w ponadczasowych i uniwersalnych zmaganiach tak jednostki z samą sobą i jej własnymi demonami, jak i jednostki wstawionej na żer totalitaryzmu. To – po choćby znakomitej powieści Han Kang „Nie mówię żegnaj” i nie mniej przejmującej książki „Nadchodzi chłopiec”, albo powieści Elif Shafak „Wyspa zaginionych drzew”  – kolejny przykład prozy, która opowiadając o trudnych momentach z historii, o wewnętrznej, bratobójczej walce, unika prostej narracji opowieści martyrologicznej, lecz zachowując historyczną prawdę i oddając sprawiedliwość ofiarom, skupia się na człowieku i jego zmaganiu z indywidualną traumą, będącą nierozerwalną częścią traumy zbiorowej.

Shehan Karunatilaka, Siedem księżyców Maalego Almeidy (The Seven Moons of Maali Almeida)
Przełożył Mariusz Gądek
Marginesy, Warszawa 25 października 2023
ISBN: 9788367790932

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej