wywiad

Przemysław Piotrowski: Wpuszczam do thrillera odrobinę horroru, ale wciąż mocno stąpam po ziemi | WYWIAD

Wątki horrorowe dają mi większą możliwość puszczenia wodzy fantazji, choć trzeba pamiętać, że jednak bazuję na dwuznacznościach i nie uprawiam czystej fantastyki. Cały czas twardo stąpam po ziemi, nie „odlatuję”. Staram się, by to, co dzieje się w moich książkach, było przynajmniej teoretycznie wytłumaczalne dla kogoś, kto ma otwarty umysł i odrobinę dobrej woli – mówi Przemysław Piotrowski, autor powieści „Ślepą, czarną nocą”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Przemysław Piotrowski, fot. Albert Zawada

Przemysław Poznański: „Ślepą, czarną nocą” jest opowieścią o paraliżujących nas lękach, fobiach. Ty masz jakieś fobie?

Przemysław Piotrowski:  Nie. Raczej nie mam żadnych fobii. Nigdy nie bałem się czegoś w sposób szczególny, chyba że jako dziecko, kiedy zobaczyłem klowna w ekranizacji „To” Stephena Kinga (śmiech).

To chyba jak każdy.

– Byłem tak przerażony, że bałem się schodzić do piwnicy po ogórki, jak mnie mama wysyłała (śmiech). Ale potem dorosłem i już żadnych takich fobii nie mam. Jeśli towarzyszy mi jakiś lęk, to ten, który opisałem w „Prawie matki” – gdy nagle podczas pobytu w lunaparku zniknęła mi z pola widzenia córka. Typowy lęk rodzica, obawa, że coś może stać się jego dziecku.

O pewnej towarzyszącej ci obawie, choć to oczywiście nie fobia, piszesz też w posłowiu do najnowszej powieści. Jak zaznaczasz, gdy ją tworzyłeś, na rynku była już część wcześniejsza, „W ciemnym, głodnym lesie”. Zastanawiałeś się czy przypadnie czytelnikom do gustu, bo nieco zmieniłeś konwencję, zahaczyłeś o horror, a „to jednak trudny gatunek”.

– Jakaś obawa była, bo wyszedłem poza „klasycznego Piotrowskiego”, wpuszczając tę odrobinę horroru tylnymi drzwiami. To nadal kryminał, mroczny thriller, ale jednak ma wątki typowo horrorowe, więc ktoś, kto lubi klasyczny kryminał, ale horroru już nie, mógłby być rozczarowany, a nawet poczuć się oszukany, bo w końcu sięga jednak po powieść autora, którego zna z nieco innej strony. Chociaż nadal oferuję kryminał w moim stylu, tyle że z wątkami, które czasem wymykają się tej konwencji. Zwłaszcza widoczne jest to w „W ciemnym, głodnym lesie”, bo w drugiej części większy nacisk położyłem jednak na wątek kryminalny.

Dlaczego?

– To wyszło trochę samo z siebie, gdy wymyśliłem fabułę, w której pojawiają się policjanci, komenda, procedury, patomorfolog. Ale horrorowe echo pierwszego tomu też tu cały czas słychać.

Wyszedłem poza „klasycznego Piotrowskiego”, wpuszczając tę odrobinę horroru tylnymi drzwiami. To nadal kryminał, mroczny thriller, ale jednak ma wątki typowo horrorowe, więc ktoś, kto lubi klasyczny kryminał, ale horroru już nie, mógłby być rozczarowany, a nawet poczuć się oszukany, bo w końcu sięga jednak po powieść autora, którego zna z nieco innej strony. Chociaż nadal oferuję kryminał w moim stylu, tyle że z wątkami, które czasem wymykają się tej konwencji.

Takie elementy horroru, czy może pewnego niedopowiedzianego strachu, były już wcześniej, w serii z Brudnym, np. w „Sforze”. Napięcie wynikało nie tylko z zagadki kryminalnej, lecz także z atmosfery zagrożenia. Tu jednak rzeczywiście zagrożenie ewoluuje w grozę. Skąd taka decyzja?

– Lubię pisać „Brudnego”, ale nie chciałbym, żeby doszło w pewnym momencie do przesytu. Lubię, gdy i ja, i czytelnicy, trochę za nim zatęsknią. Dlatego tym razem poszedłem w inną stronę. I szybko przekonałem się, że te wątki horrorowe dają mi większą możliwość puszczenia wodzy fantazji, choć trzeba pamiętać, że jednak bazuję tu na dwuznacznościach i nie uprawiam czystej fantastyki. Opieram się raczej na tym, że pewnych rzeczy my jako ludzie często jeszcze nie rozumiemy, co nie znaczy, że powinniśmy je z tego powodu automatycznie odrzucać. To byłaby głupota. Jeśli czegoś nie rozumiemy, to nie znaczy, że tego nie ma, że nie może funkcjonować. Świat jest pełen nie do końca rozwiązanych tajemnic. Gdyby ktoś sto lat temu przekonywał, że człowiek poleci w kosmos i będzie coś takiego jak internet albo telefony komórkowe, to by go pewnie zamknęli w zakładzie dla psychicznie chorych. Dziś to jest nasza rzeczywistość. Inny przykład: zmysły. Kiedyś nie mieliśmy pojęcia, że istnieje echolokacja, którą dysponują nietoperze czy delfiny. Teraz to wiemy, ale całkiem możliwe, że nie wiemy o innych zmysłach, które też istnieją. Nie możemy z góry odrzucić, że ich nie ma. Dlatego uważam, że cały czas twardo stąpam po ziemi, nie „odlatuję”. Staram się, by to, co dzieje się w moich książkach, było przynajmniej teoretycznie wytłumaczalne dla kogoś, kto ma otwarty umysł i odrobinę dobrej woli.

Przemysław Piotrowski, Ślepą, czarną nocą, Wydawnictwo Czarna Owca, 14 października 2026, ISBN:
9788383829517

Czyli podczas pisania, włączając do powieści wątki nie do końca wytłumaczalne, szukasz dla nich racjonalnego wyjaśnienia opisywanych zdarzeń? Alibi?

– Trochę tak. Na pewno trzymam hamulec ręczny, żeby nie odlecieć w świat fantazji, fantastyki. To mimo wszystko muszą być moje książki. Jeśli korzystam z tego rodzaju elementów, to także po to, żeby znowu czytelników zaskoczyć. Staram się to robić od początku i dlatego nie da się porównać serii z Brudnym z „Mężczyzną, który rozmawiał z hienami”, „Krwią z krwi” czy cyklem z Lutą Karabiną.

Moim zdaniem ta niewyjaśnialność wynika w dużej mierze z tego, w jakim stanie psychicznym są twoje bohaterki i jakie mają w związku z tym w danej chwili możliwości poznawcze. Dość powiedzieć, że główna bohaterka obu tomów, Nina Bacela, trafia do zakładu psychiatrycznego w związku z tym, co przytrafia się jej w pierwszym tomie. Nie możemy być pewni, że to, co widzi i słyszy, rzeczywiście ma miejsce.

– O to właśnie chodzi. Jedni określą konkretny stan umysłu chorobą psychiczną, inni opętaniem. Wszystko zależy od punktu widzenia. Inne będzie podejście lekarza, opierającego się na naukowym podejściu, nawet jeśli wciąż nie poznaliśmy wszystkich tajemnic ludzkiego mózgu. Ludzie bardziej uduchowieni będą pewnie doszukiwać się innych przyczyn konkretnego psychicznego stanu danej osoby: czystej energii, potępienia, demonów.

Mówiliśmy, że to nieoczywista, ale jednak kontynuacja „W ciemnym, głodnym lesie”. Powraca wspomniana Nina Bacela, ale miejsce jest inne, osią fabuły jest inna sprawa, choć z czasem okazuje się, że istnieją pewne powiazania z tym, co wydarzyło się w tomie pierwszym. Zakładałeś tak od początku?

– Taki był plan. Teoretycznie wątki w pierwszej części zostały zamknięte, ale zostawiłem sobie małą furtkę na to, żeby pisać kontynuację, bo świetnie się przy pisaniu bawiłem. Miałem nawet od początku wstępny plan na część drugą, w którym ważnym elementem było to, żeby poszukać innej scenerii, innego miejsca. 

Jedni określą konkretny stan umysłu chorobą psychiczną, inni opętaniem. Wszystko zależy od punktu widzenia. Inne będzie podejście lekarza, opierającego się na naukowym podejściu, nawet jeśli wciąż nie poznaliśmy wszystkich tajemnic ludzkiego mózgu. Ludzie bardziej uduchowieni będą pewnie doszukiwać się innych przyczyn konkretnego psychicznego stanu danej osoby: czystej energii, potępienia, demonów.

Osią drugiego tomu jest śledztwo w sprawie znalezionych na starym cmentarzu w Chojnicach płytko zakopanych zwłok mężczyzny,  najwyraźniej pochowanego żywcem. Nowa bohaterka, aspirant Wiktoria Sarnecka, łączy tę śmierć z niedawnymi zaginięciami innych mężczyzn.

– Od razu założyłem, że Nina będzie współdzielić fabułę, stając się rodzajem wsparcia dla Wiktorii w sprawach nie do końca wytłumaczalnych. Sarnecka jest raczej osobą twardo stąpającą po ziemi. Jest policjantką mierzącą się ze śledztwem dotyczącym morderstwa. Dostrzega jednak w całej sprawie elementy, które inni ignorują, a które pasują do tego, o czym w swoich reportażach pisała Nina Bacela. Dlatego prosi ją o pomoc. Tak powstaje ten niezwykły duet: osoba racjonalna i ktoś, kto ma doświadczenia, w których nie wszystko daje się w prosty sposób wyjaśnić. One ze sobą współpracują, ale też trochę rywalizują, bo patrzą na świat w inny sposób i szukają rozwiązania zagadki z dwóch różnych punktów widzenia.

Dwie bohaterki kobiece idealnie psują do tematu, którym jest tu też przemoc wobec kobiet.

– W poprzedniej części Ninę wspierał policjant mężczyzna, tu chciałem zmiany. Nie ma dla mnie znaczenia płeć bohatera, musi to być po prostu dobrze skrojona postać. A tworzę je często na bazie tego, co zobaczę, usłyszę. Większość opisywanych przeze mnie w powieściach zachowań ludzkich, osobowości jest wziętych z życia.

Gdy zaczynasz myśleć nad powieścią, bardziej myślisz o temacie, problemie, który poruszysz, czy o konwencji, formie?

– Myślę od razu od wszystkim. Inaczej nie da się napisać dobrej książki. Gdy zabieram się za konkretny temat, to muszę brać pod uwagę każdy aspekt – fabularny i formalny. Do wszystkiego, co składa się na każdą kolejną książkę, przywiązuję maksymalną uwagę. Inaczej byłoby to nieuczciwe wobec czytelnika.

Znakiem rozpoznawczym twoich powieści jest to, że nie unikasz scen naturalistycznych. Tu też – w sposób wynikający wprost z elementów konwencji grozy i z tematu powieści – atakujesz zmysły czytelnika przykrymi zapachami, widokami, odczuciami. Co daje ci używanie takich narzędzi?  

– Książka ma wywoływać emocje i pobudzać zmysły. Ale piszę tak przede wszystkim dlatego że taki jest świat. Nie da się wygumkować pewnych rzeczy, które wokół nas są, o których wszyscy wiemy. Gdy ktoś kogoś zabija, to zabija, nie da się tego opisać łagodnie. To zawsze będzie czyn brutalny. Śmierć zwykle jest brzydka, paskudna, bolesna, nieprzyjemna. Nie ma co tego ukrywać. Zawsze stawiałem na realizm, więc gdy bohater wchodzi dajmy na to do prosektorium, to wiąże się to dla niego z przykrym zapachem i widokiem. Tak już jest.

Zacierasz w tej powieści różne granice, także granicę miedzy dobrem a złem. Mamy protagonistów i antagonistę, ale żadna z tych postaci nie jest jednoznacznie dobra czy zła.

– Czasem tworzę antagonistów, którzy są z gruntu źli – tak jest co do zasady w książkach z Lutą, gdzie historia uzasadnia w pełni takie rozwiązanie. Ale lubię bohaterów, szczególnie antagonistów, których motywacje nie są jednoznaczne. Są ciekawsi. Czytelnicy to doceniają, słyszałem nawet, że – w przypadku innej z książek – uronili łzę, gdy zrozumieli, dlaczego ktoś popełnił zło, dlaczego zabijał.

Powstanie trzeci tom?

– Tego nie powiem. Nigdy tego nie zdradzam.

Ale pracujesz nad czymś?

– Nieustannie nad czymś pracuję (śmiech).Zwykle po napisaniu książki daję sobie chwilę przerwy, często gdzieś jadę, w jakąś dzicz, żeby się odciąć od rzeczywistości, przewietrzyć głowę, a potem wracam i zabieram się za kolejną historię.

Rozmawiał Przemysław Poznański

* Przemysław Piotrowski – pisarz, były dziennikarz sportowy i śledczy. Zadebiutował thrillerem historycznym „Kod Himmlera” w 2015 roku, potem opublikował powieści „Droga do piekła”, „Radykalni – Terror”, „Radykalni. Rebelia”. Autor bestsellerowych powieści z cyklu z Igorem Brudnym, m.in. „Piętno”, „Sfora”, „Cherub”, „Zaraza”, „Bagno”, „Smolarz”, „Anubis”, „Markiz”. Jest też autorem cyklu „Prawo matki”, „Nic do stracenia” i „Ostatni taniec”, a także thrillerów „Krew z krwi” i „Matnia” oraz książki true crime „La Bestia” i powieści „Mężczyzna, który rozmawiał z hienami”, „Droga do piekła” oraz cyklu z Niną Bacelą: „W ciemny, głodnym lesie” i „Ślepą, czarną nocą”.

Dodaj komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej