W „Mam przeczucie” Łukasz Krukowski opisywał rzeczywistość, która stała się w swojej racjonalności tak złożona, że przestała być przedmiotem racjonalnego poznania. Z kolei w „Kulturyście” przedstawia świat, który załamuje się pod własnym ciężarem — pod ciężarem dążenia, które zmierza do przeciwieństwa własnego, pierwotnego celu – pisze Wojciech Gunia.

Bohater Kulturysty, zrazu zupełnie przeciętny nastolatek, wpada — pod wpływem kolegi ze szkoły — w tryby wyczynowego bodybuildingu. To, co zaczyna się jako trening sprawności fizycznej, szybko przeistacza się w coraz bardziej przerażający, destrukcyjny wyścig o masę mięśniową i idealną rzeźbę, napędzany każdą dostępną substancją mogącą stymulować wzrost. Idole naszego bohatera odpadają z tego wyścigu, czasami definitywnie, gdy serca, zdewastowane hormonami i hipertroficznym przerostem mięśni, przestają bić, jego relacje z innymi ludźmi się rozpadają, w końcu zaczyna się rozpadać także jego ciało, ale on prze ku swojemu celowi — jakby poza dążeniem do celu nie istniał żaden sens.
Ciało jako wskaźnik statusu. Zasięg spektaklu jako wskaźnik prestiżu
Obsesja na punkcie ciała, ciało jako znak statusu (wygląd zdradza wszak poziom dwóch zasobów: środków materialnych, ale też czasu, który można wydatkować na jego ulepszanie), ciało jako towar i waluta, sprzężone z kulturą uzależniającą byt od ekspozycji — ten, kto nie jest widziany, nie istnieje, a ten, kto jest widziany bardziej, tym bardziej istnieje; im większa liczba świadków istnienia, tym istnienie coraz bardziej uprawomocnione — są naszą codziennością już od bardzo dawna.
Znamy to zjawisko chociażby z mediów społecznościowych, formatujących nasze oczekiwania nie tylko wobec innego, ale przede wszystkim wobec samych siebie, zarówno w kategoriach publicznej prezencji, jak i jej zasięgu. Każdy gram mięśni wrzuconych na sylwetkę ma sens o tyle, o ile zostanie właściwie zademonstrowany podczas dostatecznie zasięgowego spektaklu. Każda spektakularna przemiana jest o tyle spektakularna, o ile uświadczy jej właściwy rząd wielkości widzów. Tożsamość redukuje się do ciała, a ciało istnieje o tyle, o ile jest dostatecznie publiczne, wystawione na podziw bądź chłostę. Rzeczy w kulturze spektaklu nie istnieją przecież poza reakcjami na zaistnienie. Dopiero reakcja stwarza przedmiot, dopiero reakcja nadaje mu tożsamość.
To pragnienie napędza też narratora-bohatera „Kulturysty”, który pragnie być oglądany. Pragnie też — wzorem swoich idoli — stać się monstrualny. Potworność — jednoczesna transgresja i negacja człowieczeństwa i będące drogą ku niej złamanie w samym sobie oporu — wymieniane są tu z nabożną czcią. Taki to nietzscheanizm ery rolek w mediach społecznościowych.
Czytaj także:
Ciało wasze jest świątynią
Nie trudno jest trafić w internecie na kulturę bodybuildingu i jej bardziej hermetyczne obszary, w których brzmiące jak zaklęcia nazwy ćwiczeń na konkretne partie anatomiczne przenikają się z nazwami konkretnych specyfików wspomagających trening w precyzyjnie rozplanowanych cyklach. Krukowski oddał go z wprawą świadczącą o naprawdę głębokim researchu, wydobywając przy okazji na wierzch jego ukrytą funkcję parareligijną, której nie dostrzegamy zazwyczaj, pochłonięci (lub odrzuceni) przez kolejne akty samostanowienia poprzez ekspozycję.
Jest wszak w języku tytanów siłowni coś z groteskowego uroku języka ezoterycznego, przepuszczonego przez filtr oświeceniowej racjonalności: kodyfikuje on przy pomocy żargonu chemiczno-biologicznego rytuały, w których przemoc wobec własnego ciała (rozrost mięśni wymaga ich nieustannego uszkadzania) jest jedyną drogą ku oświeceniu, ku hipertroficznej gnozie. Na wskroś quasi-duchowa jest też środowiskowa hierarchiczność: każdy adept musi mieć swojego mistrza, każdy musi kogoś prowadzić albo być prowadzonym. Rolą hierofantów jest zaś objaśniać uczniom arkana odpowiedniego dobierania cyklów sterydowych oraz motywowanie ich do kolejnych transgresji, do składania siebie samego w ofierze. Oraz do uczestnictwa w kolejnych ceremoniach-rytuałach, dla niepoznaki ustrojonych w piórka zawodów różnego szczebla — lokalnych bądź międzynarodowych zmagań.
Victoria Nelson w „Sekretnym życiu lalek” przedstawia tezę, że zdławione przez oświecenie instynkty religijne zawsze znajdują swoje ujście w tworach kultury popularnej. Krukowski tę myśl wzbogaca o kulturę internetu, która nie do końca sytuuje w popkulturze, zarządzanej dziś przez wielkie ośrodki, architektów zbiorowej narracji na łasce i niełasce księgowych, cyngli inwestorów: większy w niej panuje ferment, szybciej zmieniają się trendy, bezosobowe fluktuacje algorytmów szybciej wznoszą i zrzucają z piedestału idole, szybciej produkują i unieważniają fetysze.
Teleologia, ukryta za tym religijnym przemieszczeniem, jest jednakże rozpaczliwie pusta. Pusta, bo samozwrotna: sensem dążenia jest spektakl-ceremoniał, który uprawomocni samo dążenie. I to wszystko. Nie kryje się za nim żaden wyższy cel duchowy czy soteriologiczny. Finałowe spojrzenie jest puste, bo bezosobowe: na bohatera „Kuturysty” w groteskowym, obrzydliwo-przerażająco-śmiesznym finale, mogącym kojarzyć się z „Substancją” Coralie Fargeat, nikt nie patrzy. A przynajmniej nikt wyposażony w jakąkolwiek podmiotowość: kiedy nie sposób liczyć na ludzi, którzy ciągle, nawet mimowolnie coś filmują, streamują, robią zdjęcia, gdy w zasięgu wzroku nie ma nawet żadnej kamery bezpieczeństwa, ostatnią nadzieją bohatera staje się jeden z tysięcy amerykańskich satelitów, które nigdy nie śpią i zapisanie się w gigantycznej bazie danych analizowanej nieustannie przez Bóg wie co.
Aż chciałoby się sparafrazować św. Pawła z „I listu do Koryntian”: Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Hipertrofii, który w was jest, a którego macie od technokapitału, i że już nie należycie do samych siebie?
Prędkość, masa, kolaps
Eksponencjalny wzrost tempa kultury ekspozycji naprowadza na jeszcze jeden trop interpretacyjny: jest w nim „Kulturysta” chyba pierwszym tak wnikliwym przyłożeniem dromologicznych dociekań Paula Virilio na grunt literatury polskiej, dotykającej z premedytacją zagadnień współczesności, szczególnie technokapitalizmu.
Według Virilio podstawową siłą napędową kultury jest prędkość (stąd też dromologia — od greckiego dromos, oznaczającego bieg lub tor wyścigowy), zaś kolejne etapy cywilizacyjnego rozwoju znaczone są właśnie skokami prędkości: tworzenia i niszczenia sieci społecznych, zmian ról, ewolucji procesów, rozwoju technologii przyspieszających rozwój technologii i tak dalej. Bezpośrednie odbicie tych nowych prędkości uobecnia się oczywiście w kulturze. Nieprzypadkowo Krukowski cytuje idola całej rzeszy współczesnych internautów, skompromitowanego Andrew Tate’a: I can never be depressed if I never slow down. Speed is extremely important, speed defies gravity. How does a plane fly through the air and defy gravity? Speed. It’s moving too fast to fall. (Nigdy nie dam się złapać depresji, jeśli nie zwolnię. Prędkość jest ekstremalnie ważna, prędkość pokonuje siłę ciążenia. W jaki sposób samolot unosi się w powietrzu wbrew grawitacji? Dzięki prędkości. Samolot porusza się zbyt szybko, by spaść.)
Ten coachingowy bon-mot idola „manosfery” okazuje się przerażająco trafnym opisem cywilizacji, której osobniczym produktem jest bohater-narrator „Kulturysty”: środowiska, w którym ciągły, niezahamowany wzrost jest jedynym sposobem na przetrwanie; w którym wzrost to jedyny w gruncie rzeczy egzystencjalny obowiązek.
Według tego mechanizmu działają przecież i wielkie korporacje, które muszą rosnąć, muszą kumulować coraz więcej kapitału (rzeczywistego bądź wirtualnego). Ten kapitał nie jest w żaden sposób potrzebny do realizacji ich pierwotnych celów — musi rosnąć, ponieważ musi rosnąć. Kiedy rosnąć przestanie, nastąpi kolaps.
Imperatyw niezahamowanego wzrostu dotyka też nas, ucieleśniony w kulturze „rozwoju osobistego”, „budowania osobistych marek”, „powiększania społeczności” itd. Jego odrzucenie powoduje zbiorowy krzyk potępienia, poprzedzający wymazanie z listy bytów. Wystarczy wspomnieć chociażby niedawny przypadek nagłego wzrostu popularności, który spadł na jeden z lokali gastronomicznych po wizycie wiodącego w tej kwestii internetowego celebryty, zakończony zamknięciem lokalu. Jak tłumaczyli swoją decyzję jego właściciele, nigdy nie byli zainteresowani rozwojem na taką skalę, skupieni od początku na swoim środowisku lokalnym. To wyznanie — ostentacyjna odmowa wzięcia udziału w wyścigu — ściągnęło na nich całą masę wirtualnych wyzwisk, kpin i zarzutów, głównie o brak ambicji, nieudacznictwo i tak dalej.
Rzeczywistość, w której nie wolno wycofać się z wyścigu o wzrost, o rozrost; w której nie wolno odmówić odmawiania litanii do najświętszej hipertrofii, by w ogóle móc istnieć, musi przyprawiać o ciarki na plecach. Musi tym bardziej, że ceną niepohamowanego rozrostu jest zawsze kolaps konstrukcji, która w końcu zapada się pod własnym ciężarem. Albo, jak chce tego fizyka, po przekroczeniu pewnej koncentracji masy, zapada się w czarną dziurę.
Zresztą, w monologu głównego bohatera Kulturysty wzmianka o teorii astrofizycznej, w myśl której nasz wszechświat istnieje wewnątrz czarnej dziury z pewnością nie pojawia się przypadkiem.
Łukasz Krukowski, Kulturysta
Wydawnictwo Cyranka, 5 października 2026
ISBN: 9788368881011
A Litany to Saint Hypertrophy | In „Mam przeczucie (I Have a Hunch), Łukasz Krukowski described a reality which, in its rationality, had become so complex that it ceased to be the object of rational understanding. In „Kulturysta” (The Bodybuilder), on the other hand, he presents a world that is collapsing under its own weight — under the weight of a pursuit that is heading towards the opposite of its own original goal, writes Wojciech Gunia.

