wywiad

Agnieszka Jeż: Rozprawiam się z pozorami | Rozmawia Przemysław Poznański

– Rodzina, którą umieściłam w fabule najnowszego kryminału, to jedna z tych, o których – jeśli jednak wydarzy się w niej zło – sąsiedzi powiedzą potem: „Przecież to była taka normalna rodzina”.  Starałam się rozprawić z tymi pozorami, które nas, ludzi żyjących obok, często usypiają. Bo gdy się poskrobie te pozory, tę normę, to wychodzą brudy. Niekoniecznie coś, co nazwalibyśmy przestępstwem, ale brzydkie z punktu widzenia intencji, zachowań, układania sobie relacji, które mają znamiona przemocowości, nie zawsze pozostawiającej siniaki – mówi Agnieszka Jeż, autorka powieści kryminalnej „Kto jest bez grzechu”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Agnieszka Jeż, fot. Marcin Klaban

Przemysław Poznański: Po dwóch poprzednich tomach z Wierą Jezierską, czyli „Szańcu i „Odpłacie”, najnowsza odsłona serii, powieść „Kto jest bez grzechu”, wyróżnia się tym, że jest zdecydowanie bardziej intymna, skupiona na rodzinie, a w zasadzie na dwóch rodzinach.

Agnieszka Jeż: To była świadoma decyzja, wypływająca z różnych przyczyn. W każdej powieści staram się pisać o czymś, co jest dla mnie ważne, ale ważne może być też dla czytelników, ponieważ ich dotyczy, nawet jeśli nie zawsze zdają sobie z tego sprawę, albo uciekają od tej świadomości. Dlatego zawsze wybieram tematy społecznie istotne. Natomiast rzeczywiście i w „Szańcu”, i w „Odpłacie”, były to tematy ogólnonarodowe, ogólnopolskie, a przez to, z pozoru, odległe. Rodzina natomiast to środowisko najbliższe, najważniejsze. Każdy z nas funkcjonuje w jakiejś rodzinnej konstelacji, w jakimś mikrokosmosie. Stąd to fabularne przejście do tematu bardziej intymnego. Powód drugi to głosy czytelników. Słucham ich, czytam też recenzje. Pojawiły się sugestie, jakoby „Odpłata” była zbyt skomplikowana fabularnie – dziejąca się na różnych planach czasowych, z retrospekcjami . Chciałam więc sprawdzić, jak czytelnicy odbiorą książkę, która w mniejszym stopniu stawia na szaradę intelektualną, za to niesie duży ładunek emocji. Powieść kryminalną, w której można dać się ponieść tym emocjom bez nadmiernej czujności związanej choćby z łączeniem porozrzucanych wątków. Pierwsze recenzje potwierdzają, że odbiór jest bardzo dobry.

A jednocześnie ta powieść wydaje się najbardziej skomplikowana emocjonalnie. Najbardziej poruszająca, skoro dotyka tej sfery zła, jakie dokonuje się właśnie w rodzinie.    

– Czytając poprzednie książki z serii, czytasz o pedofilii czy antysemityzmie, i możesz sobie powiedzieć: mnie to nie dotyczy. Trudno jednak wyprzeć emocje, które pojawiają się w „Kto jest bez grzechu”, dlatego że – i jestem o tym przekonana – każdy, mniej lub bardziej osobiście, zetknął się z przynamniej jednym z wątków poruszanych w tej książce. To problemy namacalne i codzienne,  trudno się od nich odciąć.

Nie ma przecież idealnej rodziny. Ty opisujesz – jak wspomniałem – dwie. Pierwsza z nich to ta, w której dochodzi do zdarzeń kryminalnych: zaginięcia nastolatki i śmierci partnera jej matki. To – przy wielu zastrzeżeniach, dość „normalna” rodzina.    

– Na pewno z zewnątrz ta rodzina wygląda na zwyczajną. To jedna z tych, o których – jeśli jednak wydarzy się w niej zło – sąsiedzi rzeczywiście powiedzą potem: „Przecież to była taka normalna rodzina”. W końcu nie widać w niej patologii, nikt nie pije alkoholu, dziecko chodzi czyste, dobrze się uczy, matka pracuje, jej partner też. Starałam się rozprawić z tymi pozorami, które nas, ludzi żyjących obok, często usypiają. Tymczasem, gdy się poskrobie te pozory, tę normę, to wychodzą brudy. Niekoniecznie coś, co nazwalibyśmy przestępstwem, ale brzydkie z punktu widzenia intencji, zachowań, układania sobie relacji, które mają znamiona przemocowości, nie zawsze pozostawiającej siniaki. Prawda jest taka, że jeśli pod normalnością rozumiemy prawdziwy emocjonalny i społeczny ład, to jest ona rzadkością, nawet jeśli mianem „normalnej” określamy na co dzień większość rodzin, jakie znamy.

W każdej powieści staram się pisać o czymś, co jest dla mnie ważne, ale ważne może być też dla czytelników, ponieważ ich dotyczy, nawet jeśli nie zawsze dają sobie z tego sprawę, albo uciekają od tej świadomości. Dlatego zawsze wybieram tematy społecznie istotne.

Skoro jednak rozmawiamy o kryminale, to chcę cię podpytać o morderstwo, które się tu wydarza. Ów partner matki zaginionej dziewczyny ginie bowiem niejako „na raty”. Śledczy znajdują na ciele świeżą ranę, która mogłaby być śmiertelna, a jednak zaklejona została plastrem. Mężczyzna zabity zostaje później w jeszcze inny sposób. Wszystko to wydaje się prawdopodobne, jest udokumentowane, ale interesuje mnie, na ile jest to efekt wyobraźni, a na ile inspirowałaś się prawdziwym zdarzeniem?

– Wszystkie moje powieści są bardzo blisko życia, w niektórych fabuła jest wzięte wprost z życia. Tak było w „Odpłacie”, gdzie oba morderstwa – i to tuż powojenne, wynikające z antysemityzmu, i to współczesne – są historiami prawdziwymi. O tej drugiej, pojedynczej zbrodni, przeczytałam w „Tygodniku Podhalańskim”. Natomiast tutaj sposób zamordowania naszego bohatera nie ma prawdziwego, rzeczywistego wzoru, choć jest absolutnie prawdopodobny. Motyw takiego „zabójstwa na raty” uczyniłam myślą przewodnią dla całej fabuły. Gdy konstruowałam swoich bohaterów, widziałam, że oni też popełniają różne przewiny na raty. Jeśli w rodzinach psuły się relacje, to przecież nie nagle, nie z dnia na dzień. Jeśli mamy bohaterkę, która zaczyna się godzić na złe traktowanie, rozpoczynające się od niechęci, nieprzyjemnej uwagi, potem przejawiające się obojętnością, to stąd jest jeszcze kawałek do rękoczynu. On się w końcu się wydarzy, ale przecież nie od razu. Zło cieknie cienką strużką, a ofiara po kawałeczku akceptuje kolejne jego przejawy, ustępując aż do momentu, gdy okazuje się, że jest już przyparta do ściany. I dopiero wtedy się rodzi refleksja: „Ale jak mogło do tego dojść?”. W gruncie rzeczy przestępca, który przecież nie musi być kimś, kto biega z siekierą, też czyni zło na raty, także dlatego, że nie dostaje żadnego odporu. Nie dostaje go też od ludzi z zewnątrz, którzy nie reagują na czas. Chciałam pokazać ten motyw popełniania przestępstwa na raty w różnych jego aspektach.    

Przeczytaj także:

Wspomniałem o dwóch rodzinach – druga z nich to rodzina Wiery Jezierskiej, a w zasadzie jej siostra, Anna, zakonnica. Po raz pierwszy pokazałaś tę ich relację tak dokładnie. Opisałaś panujący między nimi chłód.

– Anna pojawiała się wcześniej, ale tu faktycznie funkcjonuje na prawach innych bohaterów, bo jest w akcji postacią ważną, nie tylko ze względu na relacje z Wierą. Chłód między nimi jest dwubiegunowy: Wiera jest z siostrą związana, natomiast jej niechęć, czasami agresja, jaką żywi do Anki, wynika z faktu, że Anka nie chce stanąć w prawdzie jeśli chodzi o ich relacje rodzinne, ucieka w życie zakonne, unikając konfrontacji z tym, czego doświadczyły. Wiera chciałaby usłyszeć: „Tak, wiem, co się działo, to było okropne”, ale nie słyszy, stąd gwałtowne emocje. Co do Anki, to wyobrażam sobie, że ona – jak wiele innych, prawdziwych osób – może mieć w sobie silne mechanizmy wyparcia i tym samym może nawet nie dopuszczać do siebie tego, co jest prawdą.

Od pierwszego tomu widzimy, że Wiera nosi w sobie traumy. Jest przepełniona kompleksami, nie wierzy w siebie. Z drugiej strony z tomu na tom się zmienia. Także dlatego, że musi. W „Kto jest bez grzechu” jej partner, Janusz Kosoń, odchodzi na emeryturę, a Wiera otrzymuje nowego partnera, niedoświadczonego. I to ona musi wziąć na siebie cały ciężar dochodzenia. 

– Zależało mi na tym, żeby Wiera była absolutnie wiarygodna, żeby była kimś takim, kogo możemy spotkać w prawdziwym życiu. Nie mogła więc być silna siłą niewiadomego i niewarygodnego pochodzenia. Jeśli miała się rozwijać i być ludzka, nie mogła też schować się za takimi zachowaniami, jak na przykład picie alkoholu, ponieważ chciałam, żeby świadomie mierzyła się z przeszłością i żeby to był proces. Jednocześnie nie chciałam, żeby ten proces był związany wyłącznie z pracą u boku starszego, doświadczonego faceta, jakim był Kosoń. Nie negując jego korzystnego  wpływu na Wierę, nie chciałam tworzyć kolejnej pary, w której mądry facet objaśnia świat młodej dziewczynie – jestem jak najdalsza od tego wyeksploatowanego i trącącego patriarchatem motywu. Stąd emerytura Kosonia i zostawienie Jezierskiej trochę samej sobie. Oczywiście oparciem dla Wiery jest Maria Przyzwan, osoba niepozbawiona wad, ale uczciwa, inteligentna, a do tego kobieta, która potrafi wyciągnąć rękę do innej kobiety. To był mój świadomy wybór: usunąć w tej serii mężczyzn w cień.

Mówisz: „w tej serii”. Na razie mamy trylogię, wiec zasadne będzie spytać o to, co dalej. Wiele serii kończy się na etapie trylogii, a jaki ty masz dalszy pomysł na Wierę?

No właśnie (śmiech). Ten trzeci tom jest napisany tak, że zarówno mógłby kończyć serię, ale nie zamyka drogi do kontynuacji. Stoję więc trochę w rozkroku – nie powiedziałam, że serię kończę, ale i nie zadeklarowałam, że – i ewentualnie kiedy – będzie kolejny tom. Natomiast widzę, że czytelnicy dopytują o ciąg dalszy, o to, co przydarzy się Wierze. To cieszy, gdy bohater literacki zaczyna w świadomości czytelników funkcjonować jak prawdziwa osoba. Myślę, że atrakcyjność Wiery wynika właśnie z faktu, że nie jest doskonała. Odnoszę wrażenie, że przez pandemię zmieniły się potrzeby i oczekiwania czytelników – zmęczeni jesteśmy życiem „fasadowym”, pokazywaniem, że wszystko jest zawsze OK, że nie mamy problemów. Te miesiące izolacji sprawiły, że nie musieliśmy na co dzień dbać  o idealny wygląd, bo nie widywaliśmy się z innymi. I nagle zrozumieliśmy, że życie nie jest obrazkiem z Facebooka czy Instagrama, że – co więcej – takie idealizowanie siebie jest męczące, a przede wszystkim wykluczające prawdziwe, szczere relacje międzyludzkie. Wydaje mi się, że pojawiła się większa potrzeba prawdy, relacji opartych na szczerości, dopuszczających mówienie o tym, że nie zawsze nasze życie jest idealne. A jeśli tak, to Wiera Jezierska jest bohaterką, z którą można się utożsamić. Robi swoje, najlepiej jak umie, a to, że czasem się potknie, jest przecież bardzo ludzkie. I może dlatego czytelnicy chcą o niej dalej czytać.

Nie negując korzystnego  wpływu Janusza Kosonia na Wierę, nie chciałam tworzyć kolejnej pary, w której mądry facet objaśnia świat młodej dziewczynie – jestem jak najdalsza od tego wyeksploatowanego i trącącego patriarchatem motywu.

No to wracamy do zasadniczego pytania: Będziemy mogli o niej dalej czytać? Wiera wróci czy nie?

– Myślę, że wróci. Ale nie podam terminu. W najbliższych planach jest bowiem na razie miejsce na inny kryminał, bardziej nawet thriller, i na powieść obyczajową z wątkiem historycznym. Natomiast Wiera jest wyjątkową postacią w moich cyklach – mam chęć opowiedzenia jej dalszych losów. Poza tym ona mnie nie opuszcza, właśnie tak „po ludzku”, jakby była prawdziwą znajomą. Zwykle zdarza mi się, że po postawieniu ostatniej kropki – nawet w którymś tomie z cyklu – bohater już lub chwilowo nie angażuje moich myśli, a Wiera Jezierska – tak.

Pierwszy tom z Wierą, „Szaniec”, był zarazem twoim pierwszym kryminałem. Jak teraz, po trzech tomach, czujesz z tym gatunkiem? Bo przecież równolegle piszesz też powieści obyczajowe. 

– Bardzo dobrze (śmiech). Gwoli ścisłości, popełniłam już kryminał wcześniej, ale wydałam go pod pseudonimem. Bardzo lubiłam kryminały jako czytelniczka, ale ich nie pisałam, bo ten gatunek wydawał mi się trudnym, w czym zresztą po trzech tomach się utwierdziłam. Prawdziwą sztuką jest zgrabne poprowadzenie intrygi, ale sztuką jest też to, by dać czytelnikowi coś więcej niż tylko te emocje na czas czytania, by sprawić, żeby opisane sprawy z nim zostały i gdzieś tam go gniotły, nie dawały mu spokoju. A już sytuacją najbardziej przyjemną dla autora jest to, gdy czytelnik podczas lektury, lub po niej, zawaha się co do swoich poglądów, opinii, uzna, że może warto je zrewidować. Dlatego mając świadomość tego, jak powinien być skonstruowany dobry kryminał, pewnie bym się sama z siebie nie odważyła spróbować sił w tym gatunku. Natomiast „propozycja kryminalna” przyszła znienacka, od wydawcy.  Odmawiałam, w końcu jednak potraktowałam to jako wyzwanie i rzuciłam się na głęboką wodę. Debiutancki kryminał pisałam w pewnego rodzaju twórczym amoku, przez kilka tygodni, od rana do wieczora, i okazało się, że towarzyszą mi zupełnie inne emocje, niż te, których doświadczam podczas tworzenia powieści obyczajowych. Układanie fabuły tak, aby być cały czas o krok przed czytelnikiem, to rodzaj logicznej szarady oraz postawienie sobie poprzeczki jednak wyżej niż w powieściach obyczajowych. I bardzo to lubię.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Agnieszka Jeż – pisarka, filolożka polska i bałtystka, przez wiele lat zawodowo zajmowała się książkami na stanowisku redaktorki i wydawczyni. W 2016 r. zadebiutowała jako autorka książki o międzywojniu „Kuchnia dwudziestolecia. Co i jak jadano” i powieści „Nie oddam szczęścia walkowerem”. Jest autorką kilkunastu powieści i cykli obyczajowych, m.in. „Miłość warta wszystkiego”, „Serce z szuflady”, „Zwyczajne cuda” oraz kryminalnej serii „Szaniec”, „Odpłata” i „Kto jest bez grzechu”.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: