wywiad

Krzysztof Bochus: Wachmistrz po raz pierwszy | Rozmawia Przemysław Poznański

Zło zawsze wyrasta na podobnym, amoralnym podglebiu. Pożywką dla niego jest poczucie bezkarności władzy, degrengolada moralna elit i fanatyczna wiara, że „moja prawda jest lepsza niż twoja”. Zło w „Wachmistrzu” ma swoją twarz, ale jest ono dobrze ukryte pod maską skrywającą cynizm, hipokryzję i przekonanie o własnej wyższości – mówi Krzysztof Bochus*, autor powieści „Wachmistrz”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Krzysztof Bochus, fot. Kacper Tomczak

Przemysław Poznański: Jako pisarz lubisz bawić się konwencjami literackimi, często podkreślasz, że nie chcesz być więźniem jednego gatunku. W przypadku twojej ostatniej powieści, czyli „Wachmistrza”, mamy jednak do czynienia z klasycznym, rasowym kryminałem w stylu noir.

Krzysztof Bochus: To prawda. Nigdy nie uważałem się za pisarza kryminałów, raczej za rzemieślnika słowa, który sięgając po różne konwencje, skojarzenia i literackie odniesienia stara się opowiadać zajmujące historie obyczajowe z mocnym rdzeniem kryminalnym czy sensacyjnym. Ale w przypadku „Wachmistrza” rzeczywiście postanowiłem sięgnąć po dobre wzorce czarnego kryminału.

W ten sposób powstała oddzielna fabuła, w której wachmistrz Kukulka, znany z mojej wcześniejszej serii retro, wychodzi wreszcie z cienia. To on jest spiritus movens całej historii, a jego postać: niejednoznaczna i okryta mrokiem tajemnicy, staje w samym centrum dramatycznych wydarzeń. Akcja zawiązuje się w grudniu 1929 w Wolnym Mieście Gdańsku. W dziwnych okolicznościach, bez śladu znikają młode i atrakcyjne kobiety. Wszystkie są biedne i pochodzą z nizin społecznych. To pierwsze wspólne śledztwo Kukulki i Abella. Obu policjantów dzieli właściwie wszystko: pochodzenie, wykształcenie, temperament, a przede metody śledcze. Są tak różni od siebie, jak woda i ogień. Pojawią się podejrzenia, zdrada, pierwsza przelana krew. A także wielka tajemnica, zatruwająca życie wielkiego miasta. Nic dziwnego, że dochodzenie idzie jak po grudzie. A demoniczny przeciwnik wyprzedza wszystkie ruchy policji…

Opowiadasz tę historię z punktu widzenia wachmistrza Kukulki, a nie radcy Abella. Skąd taka decyzja?

– Sam raczej bym na to nie wpadł. Inspiracja wyszła z dwóch stron: od mojego wydawcy i czytelników. Kiedy postawiłem kropkę w ostatnim zdaniu „Miasta duchów”, byłem przekonany, że nieodwołalnie kończę już całą serię. Miałem wtedy poczucie, że dzieło jest kompletne i skończone. I że nic więcej nie muszę dodawać. Od początku miałem bowiem zamysł, aby napisać coś w rodzaju kryminalno- obyczajowej sagi, z bohaterami którzy – zgodnie z kanonem Bildungsroman – wzrastają i kształtują się w trudnych czasach, w jakich przyszło im żyć. W tym sensie moja tetralogia – abstrahując od wątku kryminalnego – była także opowieścią o alienacji i samotności, o mrocznych i niezmiennych stronach natury ludzkiej. I to się chyba udało. Seria z radcą Abellem w roli głównej została bardzo dobrze odebrana. Odstawiłem tematykę retro na półkę. I skupiłem się na pisaniu thrillerów współczesnych, kreując nowego bohatera, dziennikarza Adama Berga. Taki był plan…

Dlaczego więc dałem się przekonać do powrotu do świata retro? Pomyślałem, że to jednak wspaniała sprawa, kiedy postać stworzona w twojej głowie zaczyna żyć własnym życiem i absorbuje wyobraźnię odbiorców na tyle, że domagają się jej powrotu. Czyż może być większy komplement dla pisarza? Po namyśle uznałem, że nie ma co grymasić i zabrałem się za wymyślanie „Wachmistrza”.

Poza wszystkim Kukulka na pewno zasługiwał na powierzenie mu roli pierwszoplanowej. W moich wcześniejszych książkach z serii retro był kimś w rodzaju alter ego radcy Abella. Odgrywał istotną rolę w śledztwach prowadzonych przez radcę, ale zawsze pozostawał gdzieś w tle. A jednak zapadł moim czytelnikom w pamięć nie mniej niż charyzmatyczny Abell. Dlaczego tak się stało? Może dlatego, że w wielu czytelnikach drzemie potrzeba triumfu dobra nad złem, w jej ludycznej i nieskomplikowanej formie. Wachmistrz w jakiejś mierze zaspokajał to pragnienie.

Gdy zapowiadałeś tę powieść, a w zasadzie pomysł na nią, w jednym z naszych poprzednich wywiadów, wyobrażałem sobie, że radcy Abella w ogóle w niej nie będzie, albo pojawi się tylko w tle. Tymczasem Abell odkrywa tu mimo wszystko ważną rolę, a jego postać ewoluuje w kierunku istotnym dla tej postaci, jaką znamy z innych powieści.

– Nie wyobrażałem sobie innego rozwiązania. Zupełna nieobecność Abella w tej książce byłaby sztuczna. „Wachmistrz” to bowiem historia oddzielna, ale jednak niezawieszona w próżni. Stanowi przecież swoisty prequel do serii już dobrze znanej moim czytelnikom. A w cyklu tym obaj policjanci stanowią rewers i awers tej samej monety. W jakimś sensie ich osobowości wzajemnie się uzupełniają i wzbogacają. Abell nie byłby tym samym charyzmatycznym, odnoszącym sukcesy policjantem, gdyby za jego plecami nie stał stanowiący jego całkowite przeciwieństwo wachmistrz: ze swoim chłopskim sprytem, brutalnością i przekonaniem, że zbożny cel uświęca wszelkie środki. I odwrotnie: wachmistrz pozostałby zapewne tylko niekonwencjonalnym stróżem prawa, preferującym drogę na skróty, gdyby na swojej drodze nie spotkał Abella. To ta mieszanka dedukcji, zimnej inteligencji i metodyczności uosabiana przez radcę oraz demonstracyjny brak skrupułów, jaki wnosi wachmistrz, przesądzają o wyjątkowości tego duetu. I jeszcze jedno: jednym z głównych powodów, dla których napisałem tę książkę, była chęć zaspokojenia ciekawości czytelników, którzy na każdym spotkaniu autorskim pytali mnie o tajemnicę, która tak nierozerwalnym węzłem wzajemnej lojalności splotła losy obu moich bohaterów. Musiało się przecież stać coś wyjątkowego, co sprawiło, że Kukulka demonstruje na kartach moich powieści tak bezwarunkowe oddanie Abellowi… Postanowiłem wypełnić tę fabularną tajemnicę treścią. I tak powstał „Wachmistrz”.

Dzięki umieszczeniu Kukulki w centrum zdarzeń możesz rozpisać mu ważny, bardzo traumatyczny wątek osobisty, który staje się jednym z istotniejszych wątków powieści, obok głównego wątku zaginięć młodych kobiet. Na ile twoja wizja tej postaci jest rozwinięciem pomysłów – nawet niewykorzystanych wcześniej – a na ile tworzyłeś biografię wachmistrza od początku?

– Biografię tworzyłem od nowa, ale na szczęście nie samą postać czytelnicy poznali już Kukulkę w wielu odsłonach. Wiedzieli o niej dużo – ale nie wszystko. Zwłaszcza młodość wachmistrza pogrążona była w mrokach tajemnicy. Dzięki temu była to postać niedookreślona i tkwił w niej olbrzymi, niewykorzystany w pełni potencjał fabularny. Postanowiłem to wykorzystać. Mój bohater żyje w epoce, kiedy stosunkowo łatwo i niejako instynktownie można było odróżnić dobro od zła. Ma twarde pięści i skłonność do szybkiego wymierzania sprawiedliwości – bez oglądania się na prawne ograniczenia i paragrafy. Potrafi być brutalny, uważa, że na siłę należy odpowiadać siłą, bo to jedyny język, który rozumieją przestępcy. Nie ma skrupułów. Bez pardonu sięga po metody, które prowadzą szybciej do celu. Wyznaje zasadę, przejętą od swego patrona, że wina wymaga kary – i z żelazną konsekwencją wciela ją w życie.

To były dobre fundamenty, ale długo szukałem właściwego pomysłu na Kukulkę jako bohatera i w ogóle na tę książkę. Zastanawiałem się, jak napisać opowieść, która stanowiąc rodzaj prologu do już istniejącego cyklu, nie zburzy jego komplementarności i spójności fabularnej. Ruszyłem z miejsca dopiero wtedy, gdy zrozumiałem, że kamieniem węgielnym „Wachmistrza” i jego osią fabularną powinien być ów mroczny sekret wiążący Abella I Kukulkę, o którym wspomniałem wcześniej.

Wspomniałeś o epoce, w jakiej żyje twój bohater. Powieść umieszczasz na tle początków Wielkiego Kryzysu, czasu rozczarowania wielu ludzi powojenną rzeczywistością. Czy dlatego wybrałeś ten czas akcji? Bo przecież masz choćby dziesięcioletnią chronologiczną przerwę między „Szkarłatną głębią” a „Miastem duchów”, gdzie też mogłeś wrzucić fabułę z wachmistrzem.

– To nie tylko czas rozczarowania, to także agonii świata, który ludzie znali wcześniej. Jako pisarza bardzo frapują mnie te okresy w historii, które są przełomowe, kiedy jedna epoka odchodzi w przeszłość, a druga dopiero się rodzi. Taka sceneria pozwala wyostrzyć także zachowania i postawy społeczne, choć ludzie z reguły dopiero post factum uświadamiają sobie, że żyli w czasach wyjątkowych. Dlatego „Czarny manuskrypt” i „Martwy błękit” dzieją się u zarania nazizmu, kiedy Niemcy ulegają złowrogiej charyzmie Hitlera i wybierają drogę rewanżyzmu, choć losy świata mogłyby się potoczyć inaczej, gdyby tacy ludzie jak Abell nie stanowili jedynie garstki sprawiedliwych. I dlatego „Miasto duchów” opowiada o śmierci złotego Gdańska i dawnego ładu, z którego pozostanie tylko kupa dymiących ruin i gruzów.

W przypadku „Wachmistrza” zdecydowało jednak inne odniesienie. Szukałem jakiejś kotwicy, która w sensie emocjonalnym spięłaby tamto dramatyczne doświadczenie społeczne z pandemiczną traumą, którą przeżywamy obecnie. Unikając zbytnich uproszczeń, można przecież powiedzieć, że przy wszystkich oczywistych różnicach przeżywamy obecnie swoiste déjà vu. Dawny, znany nam świat odchodzi w przeszłość. Nikt nie wie, co przyniesie przyszłość. Szerzą się nastroje katastroficzne, powszechna jest niepewność jutra, obawa o przyszłość własną i rodziny czy szerzej – o los całej planety. Tak więc w jakim sensie – poza fabułą kryminalną – „Wachmistrz” to opowieść o końcu czasu już oswojonego i dobrze znanego.

Na naszych oczach, w bólach, rodzi się nowa era, nieopisana jeszcze i amorficzna. Co więcej, nikt jeszcze nie zna formatu tej epoki, która dopiero wykluje się z morza otaczającego nas nieszczęścia. Starałem się przepracować literacko ten szczególny nastrój, któremu wszyscy obecnie ulegamy.

To prawda, czas akcji idealnie pasuje do fabuły, która mówi również o końcu pewnego rodzaju „niewinności”, końcu przekonania, że świat jest sprawiedliwy, ale i końcu pewnego etapu w życiu Kukulki. Do tego dochodzi wspomniana sprawa zaginięć młodych kobiet. Który z tych elementów był na początku tworzenia powieści. Od czego zaczynałeś?

– Rozwiązanie intrygi kryminalnej w „Wachmistrzu” wiąże się ściśle z autentycznymi zdarzeniami, do których doszło w Gdańsku – i nie tylko – zimą roku 1929. Z oczywistych powodów nie chciałbym zdradzać zbyt wiele, aby nie odebrać przyjemności tym, którzy jeszcze książki nie czytali. Ważne, że udało mi się – nie po raz pierwszy zresztą – spleść ze sobą fakty historyczne i fikcję literacką. Tak więc to właśnie wymyślenie fabuły było pierwszym krokiem. Do tego doszły kolejne warstwy fabularne: tajemnice rodzinne Kukulki i czas wielkiego kryzysu, co narzuciło już sposób dalszej narracji.

Nie możemy zbyt wiele powiedzieć o głównym antagoniście, żeby nie zdradzić fabuły, ale jest to skomplikowana psychologicznie postać człowieka, który czuje się z wielu przyczyn bezkarny. Jego zło wyrasta przy tym wprost ze świata, z czasów, w których żyje. Jak tworzyłeś tę postać?

– To zlepek różnych postaci, klisz, cytatów i literackich hologramów, które niczym w podręcznej bibliotece, przechowuję w swojej głowie. Uważam, że zło zawsze wyrasta na podobnym, amoralnym podglebiu. Pożywką dla niego jest poczucie bezkarności władzy, degrengolada moralna elit i fanatyczna wiara, że „moja prawda jest lepsza niż twoja”. Zło w „Wachmistrzu” ma swoją twarz, ale jest ono dobrze ukryte pod maską skrywającą cynizm, hipokryzję i przekonanie o własnej wyższości.

To zło bardzo często wygrywa z dobrem i to na wielu płaszczyznach. Uprawnione jest więc powiedzenie, że literatura kryminalna – chociaż to tylko rozrywka – jest w jakim sensie odzwierciedleniem rzeczywistości. Zawsze fascynowała mnie ta swoista dychotomia, odwieczna i ciągle nierozstrzygnięta walka pomiędzy światem jasności i ciemności. Pewnie dlatego w moich powieściach zazwyczaj nie ma happy endów, a dobro nie zawsze zwycięża.

Opisujesz bardzo dokładnie Gdańsk roku 1929 – miasto walk przemytniczych gangów, miasto społecznych kontrastów – z ludźmi szukającymi choćby dorywczej pracy, co pozwoli przeżyć kolejny dzień, ale i pławiącymi się w bogactwie prominentnymi obywatelami miasta. Na ile ten obraz Gdańska tamtej epoki jest prawdziwy, a na ile jest twoją autorską kreacją?

– Paranie się retrokryminałami wymaga dobrego przygotowania historycznego i solidnego researchu. Staram się o tym pamiętać. Dlatego takpieczołowicie podchodzę do realiów opisywanej epoki, topografii, detali architektonicznych czy nastrojów realiów społecznych na Pomorzu i w Wolnym Mieście Gdańsku. Studiuję literaturę przedmiotu, oglądam filmy dokumentalne, czytam prasę z tamtych lat. Bardzo pomocne w przypadku „Wachmistrza” okazały się zwłaszcza opracowania naukowe dr. Jana Daniluka czy książki pani Barbary Tarkowskiej.

 Dzięki takiej kwerendzie mój czytelnik może odbyć szczególną wyprawę w czasie, podróżując po świecie wprawdzie przeze mnie wyobrażonym – ale jednak w jakimś sensie namacalnym i fizykalnym. Emblematami tego świata są prawdziwe domy, ulice i knajpy z ich wiernie odtworzonym wyglądem i klimatem. Nawet menu w restauracji, w której stołuje się Kukulka, jest prawdziwe, odtworzone z dawnych gazet i jadłospisów… Często odwołuję się w swoich książkach do postaci historycznych i prawdziwych zdarzeń. To moje spécialité de la maison. Mam wrażenie, że ten zabieg uwiarygadnia całą książkę i spotyka się z uznaniem czytelników.

Nie wszystko jednak, co oczywiste, jest w moich książkach prawdą dokumentalną. Przecież nie jestem autorem bedekerów turystycznych, a twórcą literatury kryminalnej. Istnieje także pole dla wyobraźni i fikcji literackiej, ale stwierdzenie to bardziej odnosi się do fabuły moich powieści niż do scenerii i miejsc, w których toczy się akcja.

Czy „Wachmistrz” to pierwsza część nowego cyklu?

– Nie mam na razie takich planów. Życie nauczyło mnie jednak – także na przykładzie „Wachmistrza”- aby nigdy nie mówić „nigdy”. Przyszłość pokaże.

Czy wrócisz do powieści współczesnej? Do postaci Adama Berga?

– Tak, pracuję właśnie nad trzecim i ostatnim tomem przygód redaktora Adama Berga. Przekroczyłem półmetek, ale do drugiego brzegu jeszcze daleko. Miejscem akcji jest tym razem pewien polski klasztor, czujnie strzegący swoich tajemnic. Sacrum spotka się tutaj ze zbrodniczym profanum. Świętość zostanie brutalnie skonfrontowana z czyimś szaleństwem, wywracającym życie wielu ludziom. Niektórzy nawet je stracą i to w sensie dosłownym… Nie zabraknie wielopiętrowych tajemnic, oślepiających dzieł sztuki i trudnych do wytłumaczenia zbrodni, wielkich namiętności i ciemnych stron natury ludzkiej… Będzie duszno, mrocznie i bardzo sensacyjnie…Premiera książki przewidziana jest przez mojego wydawcę, Skarpę Warszawską, na wiosnę roku 2021.

Rozmawiał Przemysław Poznański

*Krzysztof Bochus – absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Pisarz, dziennikarz, publicysta i wykładowca akademicki, był m.in. redaktorem naczelnym miesięcznika „Sukces”. Autor powieści historycznych „Czarny manuskrypt”, „Martwy błękit”, „Szkarłatna głębia”, „Miasto duchów” i „Wachmistrz”, a także thrillerów współczesnych „Lista Lucyfera” i „Boski znak”.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: