Reklamy
wywiad

Ariana Harwicz: Gdy piszę, jestem anarchistką | Rozmawia Małgorzata Żebrowska

Bardzo lubię obserwować moich znajomych i ich relacje, to, jak różnią się fasady, które prezentują na zewnątrz, od istoty ich związków. To zresztą widać w „Zgiń, kochanie”. Mamy tam pozornie normalną rodzinę, normalny dom, w którego wnętrzu dzieje się dramat – mówi argentyńska pisarka Ariana Harwicz*. O jej wydanej właśnie w Polsce książce, nominowanej do Man Booker International Prize, o pisaniu i o polskich korzeniach rozmawia Małgorzata Żebrowska.

Ariana Harwicz, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Małgorzata Żebrowska: W jaki sposób doświadczenie macierzyństwa wpłynęło na Twoje pisanie?

Ariana Harwicz: Zawsze chciałam pisać. Studiowałam literaturę, pisałam sztuki teatralne, scenariusze. Macierzyństwo otworzyło mnie na zupełnie nowe, emocjonalne doznania, których wcześniej brakowało, bym mogła w pełni rozwinąć się jako pisarka. Nagle wszystko wskoczyło na swoje miejsce – dzięki macierzyństwu dotarłam do głębszych pokładów emocjonalności. Z pewnością to doświadczenie pomogło mi ukształtować się jako pisarce.

Skąd się wziął pomysł na „Zgiń, kochanie”?

– Podobnie jak bohaterka, wyemigrowałam i wychowywałam dziecko w obcym dla mnie miejscu. Słyszałam zewsząd obcy język, trafiłam również na zupełnie obcy i wrogi teren macierzyństwa. Ta zwielokrotniona płaszczyzna rzeczy dotychczas nieznanych wyzwoliła we mnie niewygodne emocje i poczucie ogromnego zagubienia. Byłam w stanie melancholii, który zwykle uruchamia we mnie potrzebę przelania na papier rodzących się uczuć. Zanurzając się w obcym mi języku – również języku przyrody, zupełnie mi dotychczas nieznanym – stworzyłam nowy język pisania, który okazał się moim unikalnym głosem.

Obce terytorium macierzyństwa, wyjazd do innego kraju to rzeczywiście ogromne zmiany, które skutkują silnym przeżyciem emocjonalnym.

– Tym bardziej wyjazd z dużego miasta, jakim jest Buenos Aires, gdzie mieszkałam od urodzenia, na europejską wieś. We Francji czułam się atakowana przez naturę i to w jej wszystkich najgorszych przejawach. Wszędzie widziałam robactwo, owady, dostrzegałam całą brzydotę i realizm przyrody, która dotychczas była przeze mnie idealizowana.

Podobnie jak idealizowane jest macierzyństwo?

– Tak, jest tu oczywista analogia. Tymczasem natura to nie tylko piękne obrazki, lecz także – a może przede wszystkim – spora ilość gówna.

Czy pisarz powinien się w to gówno zagłębiać?

– Oczywiście. Jeden z moich ulubionych profesorów mawiał, że pisarz jest poszukiwaczem gówna. I ja się z tym w pełni zgadzam.

Bardzo lubię obserwować moich znajomych i ich relacje, to, jak różnią się fasady, które prezentują na zewnątrz, od istoty ich związków. To zresztą widać w „Zgiń, kochanie”. Mamy tam pozornie normalną rodzinę, normalny dom, w którego wnętrzu dzieje się dramat.

Czy twoja bohaterka próbuje uciec z ciasnych wnętrz, od towarzystwa zamkniętych osób, dla których istnieje tylko jeden możliwy model rodziny, w stronę przyrody, natury?

– Pewnie tak, wybiega na łąkę, by zaznać chwili samotności. Jednak szybko sobie uświadamia, że ucieczka nie jest możliwa, że dżungla macierzyństwa ją pochłonie.

Porozmawiajmy o dżungli, bo według mnie tym właśnie – obezwładniającą dżunglą – jest twój język. Czy łatwo było napisać tak rytmiczną, melodyjną powieść?

– Ha, pewnie chcesz się dowiedzieć czegoś ważnego o warsztacie! Miałam sporo dylematów związanych właśnie z zachowaniem rytmu mojej powieści. Wiele słów dobierałam ze względu na ich walory estetyczne. Dlatego moja proza nie jest łatwa do tłumaczenia. Wiele osób mówiło mi, że jest wręcz nieprzetłumaczalna, co, jak widać, okazało się nieprawdą. Chcesz wiedzieć dokładnie, jak ją pisałam?

Ariana Harwicz, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Pewnie!

– W powieści widać wyraźnie, że podzielona jest na fragmenty. Udało mi się zachować w nich wrażenie pośpiechu, bo pisałam je dosłownie na jednym wdechu. Codziennie szłam na polowanie na obrazy, inspiracje, które natychmiast przelewałam na papier. Tak na przykład powstała scena, w której opisuję konia, do którego oka wchodzą muchy. Za każdym razem nie odchodziłam od biurka, póki nie powstała cała scena – od początku do końca. Następnego dnia poddawałam ją redakcji.

Łatwo jest redagować swoje teksty?

– Bardzo trudno. Pisarz musi mieć w sobie coś ze schizofrenika – przeobrażać się elastycznie z roli pisarza w rolę czytelnika. Jednak jeszcze trudniej redaguje się cudze teksty, szczególnie swoich przyjaciół, ze względu na bliską relację, która nas łączy. U mnie dochodzi kwestia zachowania rytmu, na który jestem bardzo wrażliwa, i pewnej barokowości opisów. To cenię w moim pisaniu i tę cechę pogłębiam w kolejnych powieściach.

Wspominałaś w jednym z wywiadów, że nie lubisz określenia „literatura kobieca”.

– Tak, uważam, że pisarz jest osobnym bytem – ani kobietą, ani mężczyzną. Oczywiście, podczas pisania pozostaję ciemnowłosą kobietą z Argentyny. To jest tak bardzo związane ze mną, że nie sposób ani tego uniknąć, ani temu zaprzeczyć. Piszę tak, jak piszę, bo jestem w pełni sobą, w pełni autentyczna. Natomiast nie chcę, by mnie szufladkowano jako „pisarka kobieca”, bo literatura nie ma płci ani gatunku.

Uważasz się za pisarkę anarchistyczną, tymczasem w Polsce twoja książka teraz może wpisać się w nasze aktualne dążenia emancypacyjne.

– Tak, podczas pisania jestem anarchistką i to się nie zmieni. Nie interesują mnie normy, trendy, mody ani współczesna polityka. Dobra literatura musi być ponadczasowa. To, co przydarzyło się mojej bohaterce, mogłoby przydarzyć się wielu innym kobietom – w osiemnastym, dziewiętnastym, dwudziestym wieku, za czasów jakiegokolwiek ustroju politycznego.

Jeśli w tej chwili moja powieść może pomóc kobietom w Polsce – to dobrze, jednak doraźna pomoc czy odpowiedź na aktualne społeczne potrzeby nie jest moim celem jako pisarki.

Ariana Harwicz, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

A czy ta podróż do Polski jest dla Ciebie w jakikolwiek sposób sentymentalna?

– Tak, dziś byłam z Anitą (Anita Musioł – właścicielka wydawnictwa Pauza – M.Ż.) w muzeum Polin. Moi dziadkowie pochodzą z Polski, z Ostrołęki. Dowiedziałam się o tym niedawno.

Jestem zafascynowana polską kulturą i pragnę ją w najbliższym czasie zgłębić. Wasz język jest niezwykły, fascynują mnie jego szeleszczące dźwięki.

To moja druga podróż do Polski – widziałam już muzeum w Oświęcimiu, Kraków i inne większe miasta. Następnym razem chcę poznać również małe miasteczka, by jak najlepiej zrozumieć Polskę.

Wracając do początków naszej rozmowy – a jak bardzo literatura wpłynęła na Twoje macierzyństwo?

– Bardzo. Gdyby nie „Zgiń, kochanie”, byłabym gorszą matką.

Rozmawiała Małgorzata Żebrowska

*Ariana Harwicz – jedna z najbardziej odważnych współczesnych pisarek argentyńskich. „Zgiń, kochanie” to jej pierwsza powieść. Ukazała się w 2012 roku i natychmiast zdobyła uznanie krytyki literackiej oraz kilka ważnych nagród. W 2018 roku powieść została przełożona na angielski i nominowana do Międzynarodowej Nagrody Bookera, wraz z Biegunami Olgi Tokarczuk.

Reklamy

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: