Reklamy
felieton

Andrzejki | Felieton Dawida Kornagi

Andrzejki. Dla mnie to szczególny czas, ponieważ na drugie imię mam właśnie Andrzej. Po co mi ono? Nie wiem. Nie ja wybierałem. Jest niepotrzebne jak inflacja w Zimbabwe. Zbędne jak czadory w krajach arabskich. A jednak wciąż nachalnie obecne. 

Podobno dla katolików (hello, są tu jeszcze jacyś?) Andrzejki to ostatnia okazja w danym roku do hucznych zabaw przed czterotygodniowym Adwentem. Czyli rzekomym czasem refleksji (zakupów) oraz przygotowań (zakupów) do świąt Bożego Narodzenia (czyżby?). Andrzejki to taki nasz słowiański Halloween na lajcie, tylko sfokusowany na wróżbach, czarach-marach, swawolnych zabawach. W tym roku Andrzejki idealnie dla branży klubowo-restauracyjnej przypadają na weekend. Zapowiada się niezłe koszenie hajsu w ten weekend, uważajcie więc czytelnicy Zupełnie Innej Opowieści. Jak kraj długi i szeroki, terminale będą pracować bez wytchnienia do samego rana. Płatności zbliżeniowe zrobią wszystko, co w ich mocy, by wyrobić najlepsze wyniki. Zważywszy na naszą geopolityczną mizerię i niepewność ekonomicznego jutra, dobre i to. Zwłaszcza dla PKB, kiedy ponownie, niekoniecznie nieszczęśliwym trafem przy urnie wyborczej znów rządzą nami banasiowcy oraz inni chłopcy z narodowo-katolickiej ferajny. 

Andrzejki. Dla mnie to szczególny czas, ponieważ na drugie imię mam właśnie Andrzej. Po co mi ono? Nie wiem. Nie ja wybierałem. Jest niepotrzebne jak inflacja w Zimbabwe. Zbędne jak czadory w krajach arabskich. A jednak wciąż nachalnie obecne. 

Bo choć nazywam się oficjalnie Dawid Kornaga, to na dowodzie osobistym, prawie jazdy oraz paszporcie widnieję w dwóch imionach. Ten Andrzej tylko niepotrzebnie wydłuża sekwencję. Szczęśliwie, na kartach płatniczych oraz wszelkich innych artefaktach tożsamościowych udało się uniknąć tego Andrzeja. Instytucje kreatywne, fintechy, spółki, banki oraz pozostałe komercyjno-społecznościowe podmioty od razu pojmują zbędność drugiego imienia.

Ktoś powie: Co ty tak to przeżywasz? Wyluzuj. Można dokonać apostazji? Można. Możesz więc urzędowo skasować tę Andrzejową narośl. 

To nie takie proste, bo lata temu, naprawdę lata temu pozbyłem się tej najważniejszej narośli, pierwszego imienia. 

Jak to?

Przez pierwszych kilkanaście lat mojego życia moje pierwsze imię brzmiało: Mirosław. Nic złego, fajne słowiańskie imię. Mirek. Miruś. Wiadomo, polszczyzna może z każdym słowem zrobić, co się jej podoba. Powiększyć, pomniejszyć. Napompować lub odchudzić. Polszczyzna jest tu niezwykle wszechwładna i zadziwiająco twórcza. 

Natomiast ja od początku źle się czułem z tym imieniem. Było wiele powodów, a to, że tak nazywał się jakiś tam starszy kuzyn. A to, że z natury lekko grasejuję. Więc tym bardziej drażni to „r” w imieniu. Jednak to wszystko nie miało ostatecznie znaczenia. Znaczenie miało naturalne odczucie, że nie jestem Mirkiem. Po prostu. To przebiega na takiej zasadzie, kiedy chłopak czy dziewczyna uzmysławia sobie, że wcale nie czuje się chłopakiem czy dziewczyną. Albo że każą ci lgnąć do płci przeciwnej, kiedy ty absolutnie kochasz się od początku we własnej. I temu podobne skojarzenia. Zawsze autentyczne aż do bólu. 

Generalnie, nawet nie zacząłem na poważnie dojrzewać, a już dojrzałem do definitywnej, bezkompromisowej zmiany imienia. Imienia, którego nie czułem. Imienia, które brzmi ciekawie, osadzone melodyjnie w naszym języku. Ale dalekie od moich potrzeb fonetycznych i mentalnych. 

Mniej więcej około czternastych urodzin wiedziałem, że byłem i jestem nikim innym jak właśnie Dawidem. Że to imię jest kompatybilne z moim nazwiskiem. Że jestem takim małym „żydkiem niepokornym”, cokolwiek to dla kogokolwiek znaczy. Zwłaszcza z Lubaczowa, wspaniałego miasta, które przed wojną zamieszkiwały tysiące Dawidów. To był również czas, kiedy definitywnie straciłem wiarę. Nawet nie wiarę, zwyczajnie potrzebę metafizyczną, że gdzieś tam nad nami jakaś bozia sobie swawoli i życie nam ustawia. Jednocześnie choćby takie biblijne, a tak naprawdę niebanalnie literacko postaci jak król Dawid mocno mnie inspirowały; w końcu to był władca niepokorny, mający to coś. Gdzie tu szukać lepszej inspiracji?

Pozostawiony w naturalny sposób samemu sobie nie miałem wyjścia, jak desperacko domagać się od wszystkich mi znanych ludzi, żeby pożegnali się z Mirkiem, a powitali Dawida. Raz na zawsze i końca. 

Oczywiście w systemie szkolnym było to nie do pomyślenia. Dziennik. Świadectwa. Wszelkie podpisy. Nie było opcji, żeby tak sobie pokazać wszystkim środkowy palec i zakomunikować: zmieniłem sobie nie tyle imię, ile usunąłem to niechciane, niepasujące do mnie, do mojego ego, do mojej psychiki. Nie było również opcji, by rodzina czy znajomi w naturalny sposób, dosłownie w przeciągu kilku lat przysposobili to nowe.

Na szczęście, jeśli chodzi o bliskich, otaczałem się młodziutkimi jak i ja wówczas ludźmi, którzy szanowali progresywne wybory. Gdyż i sami mieli przeróżne, oczekując wsparcia oraz zwyczajnego zrozumienia.

Cóż bowiem znaczył mój dylemat chęci zmiany imienia wobec dramatów młodych chłopców czy dziewcząt, którzy w tym samym czasie odkrywali, że wcale nie są „normatywni”, że czują nieco inaczej, co nie znaczy, że gorzej. 

Ta naturalna chęć inwersji na zawsze już złączyła mnie ze wszystkimi „odmieńcami”, którzy nie godzą się na gotowe wzorce. 

Do czasów pełnoletności udało mi się przekonać wszystkich przyjaciół do mojego nowego imienia. Tylko złośliwcy lub wrogo do mnie nastawieni zwracali się do mnie po staremu. Większość uszanowała, zaakceptowała, a przede wszystkim zrozumiała. Z kolei nowo poznani w naturalny sposób przyjmowali i przyjmują to, co jest naturalnym brzmieniem mnie samego. 

Dziś, z perspektywy dwudziestu kilku lat mogę im tylko podziękować na odległość, że uszanowali to. Niby nic szczególnego, dla mnie zaś najważniejszego. To mnie kształtowało w przekonaniu. Zmuszało do wysiłku, jeśli ktoś pytał, żeby wyjaśnić cierpliwie powody. 

Niby nic, no nie?

Ale naprawdę nasze imię czy nazwisko (coś o tym wie większość zamężnych kobiet, przyjmujących nowe), to, jak brzmią, co dla nas znaczą, co szczególnie znaczą dla innych jest jednym z pierwszych punktów naszej intymnej konstytucji. Jak preferencje. Jak poglądy na sprawy zasadnicze.

Mój młodociany błąd po otrzymaniu dowodu polegał na uznaniu, że wystarczy, że komuś powiem, jakie jest moje rzeczywiste imię, a on to uszanuje. Nic bardziej mylnego. Nie zrobi tego, ponieważ potęga administracyjnego nadania jest większa, niż nam się wydaje. Imię to nie alias. Imię to cali my. Jak wszystko, co uznajemy i dlaczego walczymy, czy w co wierzymy lub nie. Na studiach doznałem największych upokorzeń, kiedy wszyscy mi bliscy mówili do mnie tak, jak powinni. Lecz w indeksie i na listach widniał ten kochany, lecz niechciany Mirosław. 

Sfera prywatna była wtedy tak ważna, że nie czułem pressingu, by dokonać radykalnego cięcia.

Jednak znów się myliłem. Opresyjność dokumentów, polis, kont, dokumentów osaczała mnie z każdej strony. Nie było opcji, miałem dość wyjaśnień nowo poznanym ludziom, że nazywam się przez większość życia Dawid, choć w dowodzie mam Mirosław. Koniec, kurwa, krzyknąłem pewnego dnia i udałem się do urzędu.

Dwa tygodnie to trwało. Podałem powody; proszę uwierzyć, urzędnicy, przynajmniej wtedy, mieli to gdzieś. Liczyło się dla nich, że dana jednostka biologiczna uparła się, by dokonać zmiany. W ewidencji widniało jednak jeszcze to fakultatywne imię. Wniosłem, by je usunąć, dosyć snobowania się na dwumiennych uczestników konkursów poetyckich…

Szczęśliwie, uznali moje roszczenia. W pełni uzasadnione. Jednak decyzją starosty czy innego włodarza musiało pozostać drugie imię. Myślałem wtedy, że oszaleję. Po co mi ten Andrzej? Tak ma na imię jeden z moich ulubionych kuzynów. Ale co mi do niego? Czemu ja muszę? 

Życie szybko zweryfikowało drugie imię, uznając je za niepotrzebną narośl. Im większa digitalizacja, tym mniejszy udział Andrzeja. Oprócz Andrzejek. Wtedy, choć pozbawiony metafizycznych potrzeb, usposobiony antyteologicznie, bez potrzeby gnozy, hipnozy i innej -ozy, jakoś fabularnie łaknę niesamowitości Andrzejek, może to taki mój malutki margines na ekscesy magiczne.

Bo jestem Dawid. Przez większość życia. Anty czary-miary i inne teobajki. Dawid wywalczony zasłużenie. Dawid do następnego #przerwanysenkornagi 

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: