wywiad

Bojarski: Odczarować mity, przypomnieć bohaterów | Rozmawia Przemysław Poznański

Przez lata wtłaczano nam propagandę endecką, że my, Wielkopolanie, powstanie wygraliśmy sami. I że Piłsudski miał nas w 1918-1919 roku w nosie. To oczywista nieprawda, ale ciągle pokutuje w głowach współczesnych mieszkańców Poznania – mówi Piotr Bojarski*, autor powieści „Cwaniaki”.

Przemysław Poznański: Jaki jest największy mit związany z powstaniem wielkopolskim? Że bez Paderewskiego nie byłoby powstania? Że powstanie nie było potrzebne, bo Niemcy przegrali wojnę?

Piotr Bojarski: Chyba ten, że wygraliśmy je sami. My, Wielkopolanie. Owszem, Poznań i większość wielkopolskich miast wyzwoliły się same, ambicją, brawurą i pomysłowością rdzennych mieszkańców, ale jednak pomoc – czy jak kto woli, wsparcie Warszawy – było. To Piłsudski przesłał nam oficerów, którzy stworzyli sztab majora Taczaka, pierwszego wodza powstania. I to on wskazał potem na gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego, który z licznych lokalnych kompanii entuzjastów zrobił regularne pułki i armię. No a w lutym 1919 r. powstanie ocalili dyplomaci – i Francuzi. A konkretnie marszałek Ferdinand Foch, który nacisnął na Niemców, by ci nie próbowali wielkiej kontrofensywy przeciwko powstaniu – a właśnie taką akcję planowali.

Piotr Bojarski, fot. Ewa So

Skąd wzięły się te stereotypy i niewiedza?

– Myślę, że z wtłaczanej niegdyś przez lata – i ciągle skutecznej – propagandy endeckiej, że my, Wielkopolanie, jesteśmy najlepsi, jedyni, unikalni. I że Piłsudski miał nas w 1918-1919 roku w nosie. To oczywista nieprawda, ale ciągle pokutuje w głowach współczesnych mieszkańców Poznania. Taki obraz serwowali endecy, bo Piłsudski był ich rywalem politycznym. A oni chcieli zachować swoje władanie w tej dzielnicy.

W „Cwaniakach” pokazuję, że już na długo przed powstaniem między Warszawą a Poznaniem krążyli łącznicy – Józef Jęczkowiak pojechał do Warszawy, z kolei do Poznania przybywali incognito oficerowie od Piłsudskiego, by rozeznać się w sytuacji. Naczelnik Państwa był świetnie poinformowany, co się dzieje w Poznaniu. Nie wyobrażał sobie Polski bez Wielkopolski. Ten mit chciałem odczarować w „Cwaniakach”.

Inny mit, który obalasz to ten, że po 100 latach nic nowego o powstaniu już powiedzieć nie można. Ty przywołujesz takie postaci, jak wspomniany Józef Jęczkowiak oraz Franciszek Jach. Ich życiorysy są fascynujące, a jednak trochę o nich zapomniano w Poznaniu. Dlaczego?

– Bo górę wzięła maniera spoglądania na powstanie jako na dzieło pewnej zbiorowości – albo sukces najwybitniejszych jego jednostek. Rzadko wgłębiano się w istotę indywidualnych wysiłków, w przypadki pojedynczych ludzkich poświęceń. A tych było wiele. Jęczkowiak i Jach to godni reprezentanci młodego pokolenia, które w 1918 r. „z chłodną głową” odzyskało wolny kraj. 

 Jak wpadłeś na ich trop?

– Jęczkowiak zafrapował mnie ładnych parę lat temu jako poznaniak, który na rozkaz Piłsudskiego rozkręcił akcję oswobodzenia Warszawy 10-11 listopada 1918 r. z rąk żołnierzy niemieckich. To on i jego podwładni z Wielkopolski „nakręcili” rewoltę i pomogli odzyskać stolicę. To było dla mnie fascynujące, że człowiek z Poznania wykonał najgorszą robotę, dzięki czemu świętujemy 11 listopada Dzień Niepodległości, a poza wąskim gronem historyków w Poznaniu – i w kraju – nikt nic o nim nie wiedział. Musiałem szybko naprawić ten błąd.

Na ile powieść historyczna dopuszcza modyfikacje życiorysów takich autentycznych postaci?

– To literatura, więc nie musimy się kierować dokumentacją jeden do jeden. Pisząc postać Jęczkowiaka i jego losy, opierałem się dość wiernie na jego wspomnieniach, wydanych kilka lat temu. Ale wątek sensacyjny – o Niemcach, którzy poszli tropem dezertera – dopisałem jako prawdopodobny. Bo tak mogło być. Dość powiedzieć, że za dezercję z armii niemieckiej w 1918 r. Jęczkowiak został zaocznie skazany na karę śmierci. Dlatego kiedy we wrześniu 1939 r. po bitwie nad Bzurą, pod Warszawą dostał się ranny do niewoli, całą wojnę przesiedział w oflagu pod fałszywym nazwiskiem. Obawiał się całkiem zasadnie, że biurokracja niemiecka upomni się o zemstę.

Historia pilota Jacha oparta jest z kolei na książce Zbigniewa Grabowskiego „Franciszek Jach – Ikar rodem z Wapna”. Dzięki niej znałem szkielet jego losów, który wypełniłem fabułą. W kilku miejscach użyłem wyobraźni – nie wiadomo było np. jak nasz bohater wrócił na lotnisko w Ławicy po demobilizacji polskiej części personelu. Bo że wrócił, było pewne. Więc założyłem, że posłużył się fortelem.

Piotr Bojarski, fot. Ewa So

Losy Jęczkowiaka i Jacha połączyłeś z losami Zbigniewa Kaczmarka – postaci doskonale znanej miłośnikom twoich kryminałów retro. W nich jest międzywojennym śledczym – komisarzem policji. W „Cwaniakach” poznajemy jego młodość. Skąd pomysł, by przywołać właśnie tę postać?

– To się nasunęło jakoś naturalnie. W kryminałach z Kaczmarkiem w roli głównej pojawiały się już drobne wzmianki, że uczestniczył w powstaniu, w wojnie polsko-bolszewickiej, a nawet o jego romansie z Juliette. Kiedy zabrałem się za „Cwaniaków”, brakowało mi „trzeciego muszkietera”. I wtedy wpadłem na pomysł, by wreszcie dopisać Kaczmarkowi wojenną młodość. Okazja znowu stworzyła Binia!

Czy to oznacza, że myślisz poważnie o kolejnych książkach z serii „Kryptonim Posen”?

– Tak. Na kilka lat odłożyłem ten projekt, ale w międzyczasie miałem wiele zapytań i wezwań, by do Kaczmarka wrócić… A tymczasem – kolejna okazja stworzyła szósty tom retro-kryminałów z mrukliwym komisarzem. Ta okazja to przypadające na maj 2019 r. stulecie Uniwersytetu Poznańskiego, którego jestem absolwentem. Władze uczelni zaproponowały mi – a także Ryszardowi Ćwirlejowi i Joannie Jodełce – napisanie kryminałów, w których przewinąłby się uniwersytet. I wtedy zrozumiałem, że los sam pcha mi w ręce kolejną szansę, by wrócić do komisarza Binia Kaczmarka. Zrobiłem to z dużą przyjemnością. Książka ukaże się w maju przyszłego roku. Jej akcja rozgrywać się będzie latem 1931 roku. Ze swojego uniwersyteckiego gabinetu w poznańskim Zamku Cesarskim zniknie w tajemniczych okolicznościach pewien szacowny naukowiec. Jak się okaże, zamieszany w tajny projekt polskich służb. Oczywiście jego tropem ruszy nieustraszony śledczy z Prezydium Policji… Więcej nie powiem! 

„Cwaniaki” są kroniką powstania – zabierasz nas do okopów I wojny światowej, odwiedzamy Piłsudskiego, widzimy przyjazd Paderewskiego i same walki powstańcze. Który historyczny moment fabuły był dla ciebie największym wyzwaniem pod względem zbierania informacji, dokumentowania?

– Wyzwaniem geograficznym było umieszczenie akcji na froncie zachodnim we Francji, a potem opisanie ucieczki Jęczkowiaka przez Francję, Belgię i Niemcy do Poznania – dotychczas nie pisałem aż z takim rozmachem (śmiech). Ale najwięcej frajdy przyniosła mi praca nad sceną spotkania Piłsudskiego z Jęczkowiakiem w Warszawie. Znałem jego przebieg z kilku źródeł, zasłabnięcie Naczelnika Państwa to nie literacki chwyt. On naprawdę był tak przemęczony chorobą i drogą z Magdeburga, że na moment zemdlał. Dyspozycja, którą wydał Jęczkowiakowi w „Cwaniakach” – „Dziś po południu… Najpóźniej do czwartej… musi być wywołana rewolucja w garnizonie warszawskim…” – padła naprawdę. Musiałem się szczególnie sprężyć, żeby stworzyć monolog Piłsudskiego, w którym wykłada on młodemu poznaniakowi swoje racje. Starałem się naśladować styl jego publicznych wystąpień, chwyty retoryczne.

Jak wyglądała praca nad tą książką i jak w ogóle pracuje się nad powieścią historyczną? Czy to tylko przeglądanie zakurzonych dokumentów archiwalnych? Czy jest to praca bliższa pracy reporterskiej, jaka doskonale znasz, czy bardziej pisarskiej, gdzie przede wszystkim uruchamia się wyobraźnię?

– Jedno i drugie. Trudno to rozdzielić. Podstawą są źródła, fakty, bo to one budują scenografię, bohaterów, wydarzenia. Ale gdzie baza źródłowa niedomaga, trzeba sięgnąć po intuicję. A ona podpowiada: tak być mogło, albo nie mogło. Albo sugeruje: tak byłoby najciekawiej – a jednocześnie w zgodzie z realiami epoki. Powtarzam jednak: to literatura, nie dokument. Dlatego w głowie autora mogą się zrodzić różne kryminalno-sensacyjne zakręty.

Piotr Bojarski podczas Poznańskiego Festiwalu Kryminału Granda 2018, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Będzie kontynuacja „Cwaniaków”?

– Przymierzam się do niej, bo późniejsze losy Jacha i Jęczkowiaka były nie mniej ciekawe: wojna z Ukraińcami o Lwów, wojna bolszewicka… A Kaczmarek też walczył pod Warszawą! Jak zapewne zauważyłeś, „Cwaniaki” kończą się sceną, w której cała trójka bohaterów wreszcie się poznaje, by razem pojechać na odsiecz Lwowa. Kusi mnie, by wsadzić ich w końcu do tego pociągu i rzucić znowu w wir akcji.

Ale przed tobą także trzeci i ostatni tom o Bogdanie Popiołku, a więc kryminału rozgrywającego się współcześnie. Która z tych form – historyczna lub współczesna – jest ci bliższa?

– Na pewno mocniej czuję się w fabułach osadzonych w historii. Lubię ten specyficzny klimat towarzyszący rekonstrukcji i odkrywaniu nowych smaczków dawnych zdarzeń. Ale nie porzucam też fabuł współczesnych. Lubię zmiany – staram się rozwijać na wielu frontach.

Rozmawiał Przemysław Poznański

* Piotr Bojarski – pisarz, autor serii książek sensacyjnych osadzonych w  międzywojennym Poznaniu: „Kryptonim Posen”, „Mecz”, „Rache znaczy zemsta”, „Pętla” oraz „Arcymistrz”, a także powieści „Ściema”, nominowanej do nagrody Angelusa. Autor reportażowej książki „1956.Przebudzeni” i powieści „Juni”. Wydał też zbiór reportaży „Cztery twarze Prusaka” (nagroda Biblioteki Raczyńskich w 2011 r.) oraz „Poznaniacy przeciwko swastyce”. W wydawnictwie Czwarta Strona wydał powieści kryminalne „Biegacz” i „Pokuszenie” oraz powieść historyczna „Cwaniaki”.

Piotr Bojarski, fot. Ewa So
Reklamy

jeden komentarz

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.