wywiad

Katarzyna Bonda: Niegodziwość nie ma politycznych barw | Rozmawia Przemysław Poznański

Nie powiem nagle: ojej, nie wiedziałam, że to tak wyjdzie. Wiedziałam, że opisane fakty wzbudzą kontrowersje, że niektórzy będą mnie atakować. I że pojawią się zarzuty o schlebianie teoriom spiskowym. Zdawałam sobie sprawę, że taką cenę przyjdzie mi zapłacić – mówi Katarzyna Bonda*, autorka powieści „Czerwony Pająk”, wieńczącej cykl „Cztery żywioły Saszy Załuskiej”.

Przemysław Poznański: Pani twórczość kojarzy się z rzetelnie udokumentowanymi faktami, z powieściami mocno osadzonymi w realiach – tych współczesnych i tych dotyczących najnowszej historii Polski. Tymczasem w „Czerwonym Pająku” pojawiają się informacje i zdarzenia, które można podciągnąć pod teorie spiskowe…

Katarzyna Bonda*: …Ale i tu na opisane fakty mam podkładki. Tak właśnie pracuję: niezależnie od tego czy to jest scena z nurkiem, czy z gangsterem, czy dotycząca pewnych dokumentów, muszę najpierw dotrzeć do informacji na dany temat, zobaczyć wszystko na własne oczy.

Katarzyna Bonda w Pawilonie „Ostatni rozdział” na warszawskich bulwarach wiślanych, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

I dotarła pani do dokumentów, które w tak niepokojącym świetle pokazują początki polskiej państwowości po 1989 roku? Uderza pani przecież w to, co powszechnie wiemy o naszej transformacji ustrojowej.

– Uznajmy, że to wszystko jest fikcją literacką, resztę biorę na klatę (śmiech). Zawsze naśmiewałam się z różnego rodzaju teorii spiskowych. Gdy jednak zaczęłam pisać „Czerwonego Pająka”, musiałam zebrać informacje, które w wiarygodny sposób pozwoliłyby mi uzupełnić życiorys Saszy [głównej bohaterki cyklu – red.] o fakty, których dotychczas nie znaliśmy. A to wymagało dotarcia do osób, związanych ze służbami specjalnymi. Bałam się tych spotkań, często aranżowanych pod warunkiem zachowania poufności, ale jednocześnie wyzwalał się we mnie pewien rodzaj adrenaliny, emocji jak podczas spotkania z drapieżnikiem. A rozmówcy otwierali się przede mną, wiedząc, że nie piszę reportażu, tylko coś, co w znacznym stopniu będzie fikcją. Dla niektórych to był rodzaj błogosławieństwa, bo oni noszą w sobie tę prawdę od lat i nagle mogli się nią podzielić bez obawy, że będę się na nich powoływać. Gdy zaczęłam spotykać się z osobami, które albo były w służbach, albo nadal są, i gdy zaczęłam przeglądać dokumenty, to nagle wyłonił mi się taki obraz czasów zmiany ustrojowej, jaki znajdzie pan w książce. Nigdy nie interesowałam się służbami, nie kręciło mnie pisanie opowieści szpiegowskiej. Ale natrafiam na konkretny ślad i wpadłam w rodzaj wiru, który sprawił, że nie mogłam wobec tej historii przejść obojętnie. To prawda, że obraz, który się wyłonił, jest niepokojący. Zdaję sobie z tego sprawę. Pamiętam ten moment, dokładnie rok temu, gdy byłam przerażona zebranymi danymi. Pojawił się strach. Sama siebie pytałam, po co się w to pakuję. A przecież tak naprawdę wszystko, co opisałam, jest publiczne. Ja tylko zebrałam wszystkie elementy i stworzyłam z tego całość, jak z puzzli. Pojedynczy klocek, jak choćby kluczowe dla książki zabójstwo z lat 90., samo w sobie nie tworzy pełnego obrazu, trzeba połączyć to z innymi klockami. Stąd tytuł. Bo piszę o pajęczynie – mniejsza o to czy czerwonej – czyli o pewnej sieci powiązań. Taki rodzaj pajęczej struktury funkcjonuje zresztą w literaturze od zawsze: od bajek, przez „Grę o Tron”, po przygody Percy’ego Jacksona z powieści Ricka Riordana. Na początku to był dla mnie rodzaj zabawy, gimnastyki umysłowej, potem zaczęłam wchodzić w to głębiej. Poznałam kulisy afery „Żelazo”, która pojawia się u mnie na krótko, w tle, ale idealnie pokazuje opisywane przez mnie mechanizmy. Zaczęłam patrzeć na znane sprawy, np. na porachunki gangsterskie lat 90., z innego punktu widzenia, dostrzegać drugie dno. Nagle oczywiste okazało się, że jeśli połączysz pewne dane dotyczące gospodarki, mafii, polityki i historii, to we wszystkim tym muszą też tkwić ludzie ze służb. Oni stoją przecież na straży bezpieczeństwa narodowego. Dlatego oczywiście wiedziałam, jaką powieść piszę. Nie powiem nagle: ojej, nie wiedziałam, że to tak wyjdzie (śmiech). Wiedziałam, że opisane fakty wzbudzą kontrowersje, że niektórzy będą mnie atakować. I że pojawią się zarzuty o schlebianie teoriom spiskowym. Zdawałam sobie sprawę, że taką cenę przyjdzie mi zapłacić. Ale chcę podkreślić raz jeszcze: to jest przede wszystkim fikcyjna powieść, w której rysuję wszystko grubą kreską, przerysowuję. Tak więc nie znajdzie pan autentycznego wydarzenia z nieodległej przeszłości opisanego tu jeden do jeden. Ważne, żeby opisywana historia była prawdopodobna.

Przeczytaj także: 

Inna prawda | Katarzyna Bonda, Czerwony Pająk

To nie pierwszy raz, gdy pani powieść ociera się o politykę. Już w „Okularniku” podważyła pani mit Żołnierzy Wyklętych, opisując zbrodnie oddziału dowodzonego przez Romualda Rajsa „Burego” w powiecie bielskim. Fakty dla wielu niewygodne.

– Różnica w opisywaniu obu tych historycznych wydarzeń polega na tym, że tamta historia jest zamknięta. To był rok 1946, popełniona niegodziwość jest klarowna. Mamy konkretnego złego: dowódcę i jego żołnierzy. Możemy więc wskazać: to jest wilk z lasu. Historia opisywana w „Czerwonym Pająku” nie jest skończona. Ona wciąż trwa. Może dlatego ta opowieść kończy się w tak smutny, wręcz przerażający sposób. Oczywiście ludzie lubią nakładać na to co piszę polityczne etykietki, bo łatwej im dzięki temu zrozumieć świat. Po „Okularniku” wielu uznało, że w ten sposób opowiadam się po konkretnej stronie sceny politycznej. Po „Czerwonym Pająku” wielu popadło więc w konsternację, bo z punktu widzenia poglądów politycznych, ta książka plasuje się dużo bardziej z drugiej strony. Tymczasem ja tak naprawdę nie jestem zaangażowana w żadną opcję polityczną. Nie za bardzo nawet interesowałam się polityką, bo brzydzi mnie ten rodzaj gry, w którym chodzi o to, żeby wygrać wybory, a nie o hołdowanie ideałom. Dla mnie niegodziwość pokazana w „Czerwonym Pająku” nie ma barw politycznych. Niegodziwość to niegodziwość. Sándor Márai pisał, że „wszystko jest zamiarem” [„Żar”, przełożył Feliks Netz – red.]. Nie pokutujemy za nasze grzechy, tylko za to, co zamierzamy uczynić. Zło nie ma nic wspólnego z polityką, tylko z taką a nie inną postawą konkretnego człowieka.

Mogła pani jednak poprowadzić tę opowieść w dowolnym kierunku. „Czerwony Pająk” mógł być choćby rozwinięciem punktu wyjścia tej powieści, a więc historią o porwaniu córki Saszy i poszukiwaniach jej.

– Tak, to mogła być książka o wielu innych sprawach: o zagadce topielicy, o uprowadzeniach dla okupu. Ale z pisaniem jest tak, że to opowieść wybiera mnie. Zbieram dane i nagle staje się jak radar, który wyłapuje z rzeczywistości to, co pasuje to tej konkretnej historii, a czego wcześniej się nawet się nie zauważało. W głowie zaczyna się wyświetlać film, pewnego rodzaju narracja, za którą idę. Poza tym pisanie o okupach byłoby cofnięciem się do etapu, gdy dopiero zaczynałam pisać. To wtedy kręciły mnie te wszystkie sprawy kryminalistyczne.

„Czerwony Pająk” to przede wszystkim opowieść o Saszy, o jej życiu wplątanym w istotne wydarzenia historyczne.

– Pokazuję gąszcz luster, które tak odbijają rzeczywistość, że z perspektywy drobnego człowieka, jakim jest Sasza, nie widać prawdy. Ona jest pewnego rodzaju archetypem Polaka, wrzuconego w tę historię, niezdającego sobie sprawy z tego, co tak naprawdę dzieje się wokół niego. Sasza dopiero po latach wreszcie zrozumie, jaką funkcję pełniła w tym układzie. Właśnie pokazanie tego było dla mnie tak ciekawe i nowe. Dlatego w „Lampionach” i „Okularniku” starałam się nieco wycofać Saszę z pierwszego planu, o co niektórzy czytelnicy mieli do mnie pretensje. Ja jednak wiedziałam, że Sasza skrywa swoją tajemnicę i jeszcze przyjdzie czas na pełniejsze ukazanie tej postaci. „Czerwony Pająk” miał być od początku tym tomem, w którym nastąpi pewien rodzaj konfrontacji bohaterki z jej przeszłością.

Na ile tajemnica Saszy i cała czterotomowa opowieść była zawarta już w konspekcie, który w 2013 roku oddała pani do wydawnictwa?

– Struktura postaci Saszy nie uległa zmianie, ale oczywiście była zapisana wtedy bardzo ogólnikowo. Cały plan serii miał siedemnaście stron, włącznie ze streszczeniami wszystkich części. Niemniej profil psychologiczny, zawodowy i jej sekret były od początku zaplanowane. Zaplanowałam życiorys bohaterki, który sprowadzał się do tego, że Sasza Załuska jest profilerką, wracającą do Polski z Wielkiej Brytanii, ale skrywającą też sekret związany z pracą dla innej „firmy”. To było zapisane w dwóch zdaniach. Był też od początku Łukasz Polak, był Czerwony Pająk, mityczny zabójca, który tak naprawdę nigdy nie istniał, a został stworzony przez władze komunistyczne, żeby odciągnąć uwagę obywateli od procedowanych akurat ustaw. Ale oczywiście w trakcie pracy nad kolejnymi książkami zmieniało się de facto wszystko, włącznie ze zmianą miejsca akcji w „Okularniku” i w „Lampionach”. A jak zmienia się miejsce akcji, to zmienia się też historia.

„Lampiony” miały się rozgrywać na Podkarpaciu, ale ostatecznie trafiły do Łodzi i trudno sobie dziś wyobrazić, żeby mogło być inaczej. A gdzie miał początkowo rozgrywać się „Okularnik”, jeśli nie w pani rodzinnej Hajnówce?

– To ciekawa historia. Pojechałam w pewnym momencie do domu w Hajnówce i dom kultury postanowił mnie zaprosić na spotkanie autorskie. A tam pewna pani zaczęła czynić mi wyrzuty, że nie piszę o swoim rodzinnym mieście, że może wstydzę się tego, że pochodzę z Hajnówki. Spytałam czy zdaje sobie sprawę, że umieszczenie tu akcji powieści kryminalnej oznacza, że pojawią się źli bohaterowie, że poleje się krew. A ta pani na to: „Super! Ale ten zły to będzie przyjezdny?” (śmiech). I tak przeniosłam akcję do Hajnówki, choć w konspekcie był Włocławek. Pierwotnie nie było więc elementów białoruskich i historii Romualda Rajsa. Natomiast od początku był mercedes „okularnik”, było zaginięcie i wszelkie te elementy, w tym kryminalistyczne, które wiążą się z żywiołem ziemi. Najważniejszą zmianą jest jednak to, że podczas zapisu ewoluowałam ja sama. Przede wszystkim odchodząc od stricte gatunkowego kryminału.

To prawda, że „Czerwonego Pająka”, ale i wcześniejsze książki, trudno nazwać kryminałami, a nawet powieściami czystymi gatunkowo. „Czerwonemu Pająkowi” bliżej do thrillera polityczno-szpiegowskiego.

– Zwykle powieść kryminalna kończy się rozwiązaniem zagadki. Zły jest ukarany, dobry dostaje nagrodę. W „Czerwonym Pająku” jest rzeczywiście trochę inaczej (śmiech). Każda z moich książek ma trochę elementów kryminalnych, mam nawet tę etykietkę „królowej polskiego kryminału”, ale tak naprawdę nigdy nie wpisywałam się w rasowy kryminał.

A jednak pani książki są sprzedawane po tą etykietą. Chyba trudno to będzie zmienić.

– Może to jest moja wina? Bardzo wiele mówiłam podczas spotkań autorskich o kryminalistyce, bo mnie swego czasu interesowała. Napisałam przecież dwie książki dokumentalne pełne elementów kryminalistycznych – „Polskie morderczynie” i „Zbrodnia niedoskonała”. Mówiłam o profilowaniu, tłumaczyłam jak działa osmologia. Kiedy piszę książkę, to dokładnie się do tego przygotowuję, więc jak ktoś zadaje mi potem merytoryczne pytanie, to staram się odpowiedzieć. Ale tak naprawdę nigdy nie interesowało mnie, kto zabił, bo przecież od tego zwykle zaczynam. Najważniejsze jest dla mnie to, co w danej historii przeraża, co fascynuje, co jest niezrozumiałe.

Wydania zagraniczne też jednak krzyczą sloganami: „europejski Stephen King, polska odpowiedź na Jo Nesbø”, „supergwiazda europejskiego kryminału” i oczywiście za Zygmuntem Miłoszewskim owa „królowa polskiego kryminału” – to na wydaniu czeskim „Pochłaniacza”.

Przeczytaj także: 

TRUP JEST TYLKO PRETEKSTEM – rozmowa z Katarzyną Bondą

– Ten element kryminalny jest dobrym wabikiem, bo zbrodnia jest zrozumiała wszędzie. Sam rodzaj niegodziwości, opisywane przestępstwo jest czytelna wszędzie. Ale tym, co interesuje zagranicznych wydawców, są te moje przestrzenie dodatkowe, całe tło, egzotyczna przestrzeń społeczna, czyli to, za co dostaje mi się w kraju. Bo zagraniczni czytelnicy w takiej choćby Holandii w gruncie rzeczy nic o nas nie wiedzą, poza tym, że jest taki kraj miedzy Rosją a Niemcami. A chcieliby wiedzieć więcej.

I przekłada się to na pierwsze miejsca na listach bestsellerów. I to nie tylko w Polsce.

– Dzięki temu, że całą moją niestandardowością rozsadzam gatunek, że go destruuję, depczę i profanuję, czytają mnie ludzie z bardzo różnych bajek. A że stoję na półce z kryminałami? Gdzieś stać muszę. Co więcej, gdybym tam nie stała, to nie stałabym nigdzie. Nie kwalifikuję się do literatury pięknej, bo za dużo u mnie zbrodni. Ale i do świata kryminału też nie pasuję, bo za dużo wątków, zbyt wielu bohaterów. Jestem takim nierasowym psem, wilkiem-samotnikiem, chimerą. I jestem z tego dumna. Sama bez stada. Jestem po prostu Bondą i to dla mnie największy komplement. Niech pan spróbuje mnie podrobić. Nie da się. Można podrobić „Czerwonego pająka”, ale nie Bondę, bo nikt nie wie, co następnego przygotuję.

No właśnie: co?

– Cały czas walczę o to, żeby za każdym razem napisać coś, czego nikt się po mnie nie spodziewał. I tak samo będzie następnym razem. Chcę napisać jeszcze jedną książkę stricte dokumentalną. Ale na pewno nie będę już pisała takich opowieści, jakie pisałam kiedyś. Bo interesują mnie już zupełnie inne sprawy: nie sama niegodziwość zbrodni, która dziś wydaje mi się problemem powierzchownym, naskórkowym, który tak naprawdę nie infekuje autora. Najbardziej lubię książki, których świat mnie zasysa, dzięki którym przestaję istnieć w otaczającej mnie rzeczywistości i na tyle jestem zaciekawiona przestrzenią narysowaną przez autora, że chcę ją zobaczyć na własne oczy. Gdy przeczytałam „Middlesex” Jeffreya Eugenidesa, to już kupowałam bilet do Detroit. Natychmiast muszę tam jechać! Bo sama intryga, zapewniająca mi i czytelnikowi gimnastykę umysłową, to za mało, to nuda. Kiedy przygotowuję opowieść, to ona musi mnie wkręcać. Muszę wyruszyć tam, gdzie mnie jeszcze nie było. Tylko o to chodzi. Żeby było trudno, żeby to było coś, czego jeszcze nie robiłam.

Marcin Wroński zapowiedział, że jego kolejna książka na pewno nie będzie kryminalna, z tym gatunkiem zerwał też Zygmunt Miłoszewski. Ma pani plany, żeby odciąć się tak samo radykalnie od kryminału? 

– Podziwiam Zygmunta za to, co zrobił. Nie znam motywacji Marcina, ale może jest zmęczony postacią? Ja z tym, co piszę, nie chcę zrywać. Właśnie dlatego, że to nie jest do końca kryminał, że piszę po swojemu. Interesuje mnie zbrodnia, ten moment pocałunku śmierci, przejścia, zejścia do Hadesu, jakkolwiek by tego nie nazwać. Ten motyw pojawia się w większości opowieści od zawsze, bo ludzie chcą o nim czytać.

O czym będzie kolejna powieść?

– Wiem już, ale musi się to jeszcze ułożyć.

Na jakim etapie jest ten pomysł? Drabinki?

– Drabinki nie mam, ale wiem już, co to będzie. Oczywiście coś, czego jeszcze nie było (śmiech). Natomiast na pewno nadal będą tam moje elementy: duża liczba postaci, wątków, różne czasoprzestrzenie, zbrodnia, śmierć. Martwię się tylko czy to dźwignę. Nie wiem czy potrafię pisać bez postaci wiodącej, która jest detektywem. Bo taki kaganiec jest bardzo wygodny. Nawet dla wilka-samotnika (śmiech). Taka postać to swoista laska, którą zawsze można się podeprzeć. Dlatego mam wrażenie, że dopiero zaczynam pisać na poważnie, że dotychczasowe książki były tylko wprawkami. Dopiero teraz to będę tak naprawdę ja.

Autorka podręcznika kreatywnego pisania mówi, że dopiero nauczyła się pisać?

– Jeszcze się nie nauczyłam. Dopiero to sprawdzę (śmiech). Natomiast wiem, że nigdy nie będę pisać z głowy, choć moim zdaniem ten, kto to potrafi, jest prawdziwym pisarzem. Ja przetwarzam rzeczywistość, szyję rodzaj patchworku z tego, co prawdziwe i co fikcyjne, ale to prawdziwe elementy dają mi odwagę, żeby w ogóle pisać. Może dlatego, że ciekawi mnie świat. Nie chcę się zamykać w przestrzeni piętrowych metafor. Mnie nakręca ten moment, gdy udaję się na polowanie po dane, gdy poznaję ludzi, których bym w innych okolicznościach nigdy nie poznała. To daje mi powera, to buduje mnie jako człowieka i pisarza. Im jestem starsza, tym bardziej rozumiem, że nie chodzi w tym tylko o research, ale bardziej nawet o to, jakie emocje wyzwalają u mnie ludzie, których spotykam. Podobnie jest z miejscami – wszystkie te emocje, którymi nasiąkam, oddaję potem pisząc. Dlatego nigdy nie zrezygnuję z opisywania rzeczywistości.

Rozmawiał Przemysław Poznański

 

* Katarzyna Bondapisarka, autorka książek dokumentalnych. Z wykształcenia dziennikarka i scenarzystka. Wszystkie jej powieści zyskały status bestsellerów. Jest autorką trylogii kryminalnej z Hubertem Meyerem (Sprawa Niny Frank, Tylko martwi nie kłamią, Florystka), dokumentów kryminalnych Polskie morderczynie i Zbrodnia niedoskonała oraz podręcznika Maszyna do pisania. Ogromną popularność oraz prestiżowe nagrody przyniosła jej seria z profilerką Saszą Załuską: Pochłaniacz, Okularnik, LampionyPochłaniacz otrzymał Nagrodę Publiczności na Międzynarodowym Festiwalu Kryminałów 2015, a Okularnik – nagrodę Bestsellery Empiku 2015. Prawa do wydań zagranicznych zakupiły największe wydawnictwa na świecie, m.in. Hodder & Stoughton i Random House.

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.