TRUP JEST TYLKO PRETEKSTEM – rozmowa z Katarzyną Bondą

Przy pierwszej książce złożono mi propozycję, żeby przerobić ją na rasowy, klasyczny kryminał, pozbawiony tych wszystkich naddatków. Nie zgodziłam się. Ponoszę tego konsekwencje: dla rasowych „kryminalistów” jestem za mało kryminalna, z kolei dla miłośników literatury pięknej jestem kryminalna za bardzo. Jakby tego było mało, dla kobiet moja proza jest za męska, dla mężczyzn zbyt kobieca. Ale jednocześnie mam wielką rzeszę czytelników, a wszystkie moje książki są bestsellerami. Oczywiście wciąż jest cała masa ludzi, którzy nie znoszą moich książek, bo całe to głębsze dno po prostu ich nudzi. Nie przejmuję się tym. Za to z myślą o tych, którzy moje książki lubią, ciągle sobie podnoszę poprzeczkę – mówi Katarzyna Bonda, pisarka, autorka powieści kryminalnych.

Przemysław Poznański: Była pani w swojej rodzinnej Hajnówce już po premierze „Okularnika”?

Katarzyna Bonda, fot. Rafał Meszka (wszelkie prawa zastrzeżone)

Katarzyna Bonda: Byłam.

Nie bała się pani? Porusza pani w książce temat, który może wywoływać u mieszkańców miasta skraje emocje. Opisała pani pogrom, etniczną czystkę, dokonaną w 1946 roku przez oddział Romualda Rajsa, „Burego”, na prawosławnej, białoruskiej mniejszości w powiecie bielskim. Dla Polaków, przynajmniej dla części, „Bury” to bohater, tymczasem pani pokazała zło, jakiego dokonał on i jego ludzie.

– A był pan kiedyś w Hajnówce?

Nie.

– Ktoś, kto nie był w tamtej okolicy, albo tylko tamtędy przejeżdżał, nie zrozumie tej mentalności. Tam nikt nie będzie na zewnątrz okazywał innym jawnej wrogości. Jeśli komuś coś nie odpowiada, to będzie szeptać za plecami, robić koło pióra. Zresztą mi nic nie zrobią, bo ja tam przyjeżdżam już bardzo rzadko, wpadam tylko na chwilę. Natomiast, rzeczywiście, mojej mamie były robione różne kąśliwe, jadowite uwagi. Tę mentalność opisałam w „Okularniku” i jest to jeden z prawdziwych elementów, przeniesionych do książki z rzeczywistości. Oczywiście wzmocniłam te zachowania, potraktowałam je archetypicznie, zaznaczyłam grubszą kreską, bo w końcu mamy do czynienia z powieścią kryminalną. Ale ta mentalność istnieje. Jest prawdą.

Podobnie jak sama historia pogromu.

– Tak. Tyle że to, co jest w dokumentach IPN, to jest tylko część wiedzy na ten temat. Jakby pan ruszył w te wioski, jakby pan zaczął rozmawiać z ludźmi, zobaczyłby pan, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Pogrom miał miejsce stosunkowo niedawno. Żyją jeszcze ludzie, którzy to przeżyli.

Dla pani to historia osobista, rodzinna, bo w pogromie zginęła pani ciężarna babcia. Kiedy poznała pani tę prawdę?

– Nie uwierzy pan. Proszę sobie wyobrazić, że pewnego dnia, w wieku trzydziestu sześciu, może trzydziestu siedmiu lat, przyjeżdżam do miasta, w którym spędziłam dzieciństwo i oto nagle dowiaduję się o tej rodzinnej historii, o której wcześniej nikt nie zająknął się przy mnie ani słowem. Nie tylko że w szkole, ale także w domu. Obowiązywał pewien rodzaj zmowy milczenia, która funkcjonuje tam zresztą do dzisiaj.

Z czego to wynika?

– To bardzo proste: ze strachu.

Przed czym?

– To ma wiele wspólnego z naszym współczesnym polskim strachem przed obcym. Ostatnio choćby przed uchodźcami. Proszę sobie wyobrazić człowieka stamtąd, Białorusina z pochodzenia, który wychowuje się bez rodziców, bo ci byli ofiarami tej konkretnej sytuacji historycznej. Już na starcie ten człowiek ma gorszą pozycję, a to, kim jest, ma istotne znaczenie także później, w zasadzie na każdym kroku. Wynika to z zakorzenionego w tamtym rejonie pejoratywnego postrzegania Białorusinów, którzy byli uznawani za zdrajców, kolaborujących raz z tymi, raz z innymi, za taki rodzaj nacjonalnej – przepraszam za określenie – dziwki. Za kogoś, kto nie ma kręgosłupa: jak dobrze postrzegana jest partia socjalistyczna, to poprze ją, ale za chwilę, jak się zmieni sytuacja, to może być faszystą. To jest oczywista nieprawda, ale mówię o obrazie odbitym w wykrzywionym zwierciadle, o stereotypach. W takiej sytuacji lepiej nie zdradzać się ze swoim pochodzeniem, prawda? Tak myślało pokolenie, które przeżył pogrom, pokolenie mojej matki, które w pewnym momencie uznało, że najlepiej wyrugować, kompletnie wymazać gumką myszką białoruskie korzenie. Choć oczywiście nie da się tego zrobić do końca. Nikt mi zatem nie mówił: „jesteś z pochodzenia Białorusinką”, ale jednocześnie tak mną kierowano, żebym poszła do liceum z białoruskim językiem nauczania. Cały czas żyłam w otoczeniu wszystkich tych elementy, związanych z religia, kulturą czy językiem, ale na co dzień panowała w domu atmosfera w rodzaju: „wygodniej, a może i bezpieczniej, będzie dla ciebie, jeżeli o tym nie będziemy mówić”. Dopiero wnuki tych, którzy zginęli, nie czują tego bagażu, nie mają tego obciążenia i wreszcie chcą dojść do prawdy.

Jak to się kończy?

– Dla niektórych młodych ludzi odkrywanie historii, odkrywanie tego, że ich okłamywano, że im ściemniano, staje się powodem do odwracania się od swoich korzeni, od rodziców. Oto ktoś, kto jest z pochodzenia Białorusinem, ma nawet białoruskie nazwisko, zostaje członkiem polskiej bojówki. To protest ze strony tych bardzo młodych ludzi, osiemnasto-, dwudziestolatków, którzy potrzebują bardzo silnych autorytetów. Białorusini nie zdołali stworzyć silnej mniejszości, więc ci ludzie szukają wzorców gdzie indziej i znajdują je w osobach Żołnierzy Wyklętych.

Dlatego pytam o pani obawy, bo – w ich mniemaniu – lży pani pamięć tych autorytetów. Co może być szczególnie niebezpieczne w czasach, gdy odradzają się nacjonalizmy, niebezpiecznie polaryzują się poglądy w całym społeczeństwie.

Katarzyna Bonda, fot. Rafał Meszka (wszelkie prawa zastrzeżone)

– Ale ja nie lżę pamięci wszystkich Żołnierzy Wyklętych. Ja opowiadam konkretną historię pogromu, dokonanego przez oddział jednego człowieka. I ta historia jest prawdziwa. W mojej opowieści nie chodzi o „Burego”, Żołnierzy Wyklętych i Polskę dla Polaków, o żadne tam wielkie hasła na sztandary. Dlatego z otwartą przyłbicą jeżdżę wszędzie. Ale skoro pyta pan o obawy: po premierze „Okularnika” zdarzały się sytuacje, że na spotkania autorskie przychodziły bojówki ONR. Raz przyszła grupa bardzo młodych ludzi, co sprawiło, że doznałam swoistego déjà vu, bo podczas pisania książki właśnie tak wyobrażałam sobie ludzi „Burego”. To przecież także byli bardzo młodzi chłopcy. No i rzeczywiście bałam się, że mi nastukają. Bo oto wchodzi szpaler tych ludzi i od razu widać, którzy są w tej grupie przywódcami, którzy są zwykłymi żołnierzami, a którzy tylko osiłkami. Stanęli pod ścianami, jak mają to w zwyczaju, by w ten milczący sposób budować napięcie. Poczułam się dziwnie: przyjechałam przecież na normalne spotkanie autorskie, ubrana w sukieneczkę i buciczki na szpilce, a widzę tych ludzi i wrogość na ich twarzach. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie podniosła rękawicy, którą mi rzucono. Więc zaprosiłam ich do przodu, zachęcałam do dyskusji. Podeszło tylko pięciu odważnych, reszta się wycofała. Mierzyli się ze mną wzrokiem, wyzywali mnie na pojedynek. Gdy przyszedł czas na pytania z sali, natychmiast miałam ochotę podyskutować z nimi. Zapytałam czy czytali książkę.

Czytali?

– Oczywiście, że nie. Przyszli, bo na jakiejś ich stronie ktoś napisał, że pańcia o nazwisku Bonda kala pamięć „Burego”, więc trzeba tam iść. Wiem to, bo po spotkaniu zaprosiłam ich do kawiarni. Podczas samego spotkania prawie w ogóle się nie odzywali, na każde moje pytanie odpowiadali, że to jest sprawa poufna i oni nie będą o tym mówić. Z całej grupy poszło tylko dwóch, w końcu dłużej został tylko jeden, dowódca. Łebski człowiek. Rozmawialiśmy normalnie, pokazałam mój punkt widzenia. Tłumaczyłam: niech pan sobie wyobrazi siebie na miejscu „Burego”. W momencie pogromu miał tyle lat, co pan. Miał pod sobą ludzi i to z nimi napada na Hajnówkę, lecz napad zostaje udaremniony przez denuncjatorów. Wścieka się, bo musi uciekać, a uciekając pali kolejne wsie. I im bardziej stara się zamaskować swoją klęskę, w tym większe bagno wchodzi. Jednocześnie musi świecić oczami przed swoimi ludźmi. Niech pan spojrzy, mówię mu, na „Burego” jak na człowieka, nie tylko jak na żołnierza. Gdyby „Bury” pozwolił sobie na słabość, na ludzki odruch, od razu zostałby zdradzony. Przekonywałam, że na historię trzeba patrzeć przez pryzmat prawdy o ludziach uwikłanych w konkretną historię, a nie przez pryzmat prostych haseł na sztandarach.

Zobacz także: OD POCZĄTKU WIEM, KTO ZABIŁ | Rozmowa z Joanną Jodełką, autorką „Kryminalistki”

Gdyby ktoś przysłuchiwał się teraz naszej rozmowie, pewnie nie domyśliłby się, że mówimy o powieściach kryminalnych. A to dlatego że – obok sensacyjnej intrygi – zawsze znajdziemy w pani książkach właśnie te treści, niosące dużo głębsze, dużo poważniejsze przesłanie. Gdy w wakacje była pani uczestniczką literackiej zabawy „Morderstwo w Czarnym Kocie”, organizowanej przez pani koleżankę po piórze Joannę Jodełkę, mówiła pani w rozmowie ze mną: „To, co najbardziej mnie drażni, to podziały na wysoką i niską literaturę (do jakiej wciąż wielka polska krytyka zalicza powieść kryminalną), ponieważ ten podział jest już nieaktualny. Jest tylko książka dobrze napisana i ta, która nie zasługuje na miano literatury. Nie zależy to w zupełności od gatunku”.

– Przy pierwszej książce złożono mi propozycję, żeby przerobić ją na rasowy, klasyczny kryminał, pozbawiony tych wszystkich naddatków. Nie zgodziłam się. Ponoszę tego konsekwencje: dla rasowych „kryminalistów” jestem za mało kryminalna, z kolei dla miłośników literatury pięknej jestem kryminalna za bardzo, a poza tym uprawiam prozę gatunkową, więc odpadam w przedbiegach i nie jestem brana pod uwagę, jako autor, którego należy zauważyć. Jakby tego było mało, dla kobiet moja proza jest za męska, dla mężczyzn zbyt kobieca. Ale jednocześnie mam wielką rzeszę czytelników, a wszystkie moje książki są bestsellerami. Przez lata przyzwyczajałam ludzi do mojego stylu pisania i oni go zaakceptowali. Oczywiście wciąż jest cała masa ludzi, którzy nie znoszą moich książek, bo całe to głębsze dno po prostu ich nudzi. Nie przejmuje się tym. Za to z myślą o tych, którzy moje książki lubią, ciągle sobie podnoszę poprzeczkę i dlatego z każdą nową książką coraz więcej jest tych elementów pozakryminalnych. Ja w ogóle nigdy nie nazywałam sobie autorką kryminałów, zawsze mówię, że piszę powieści kryminalne, z naciskiem na słowo „powieść”.

A jednocześnie została pani okrzyknięta przez Zygmunta Miłoszewskiego „królową polskiego kryminału”, za powieść „Pochłaniacz” dostała pani w tym roku Nagrodę Czytelników Wielkiego Kalibru, wyróżnienie przyznawane autorom kryminałów.

– Gdzieś muszę stać na półce.

Zawsze można stać pod B jak Bonda.

okularnik– W sumie jest mi wszystko jedno, gdzie stoję. Watek kryminalny jest oczywiście ważny w moich książkach, w końcu nakładam na moje opowieści ten kaganiec kryminału. Ważne, żeby doceniano też moje książki za pozostałe elementy. Gatunek to rzecz wtórna. Wśród kryminałów, podobnie jak wśród powieści obyczajowych, znajdzie pan też złe książki, produkty masowe. Jest również wiele książek pisanych przez autorów, którzy mają świetne pomysły, ale nie umieją pisać lub ich książki są niedomyślane. W dobrym pisaniu nie chodzi tylko o to, by składać słowa w zdania. Trzymanie w napięciu, budowanie dobrej intrygi i zaskoczenie czytelnika elementami, które będą atrakcyjne, pewnego rodzaju fajerwerkami, to umiejętność niemająca nic wspólnego z samym zapisem literackim. Niewielu autorów literatury kryminalnej porusza się równie dobrze w obu tych przestrzeniach. Dotyczy to zresztą także autorów literatury „wysokiej”, tej, która jest nominowana do Nike i innych najważniejszych nagród. Bardzo często sięgają oni po kryminał – czy to w celu zmierzenia się z zupełnie innym gatunkiem, czy to spragnieni sukcesu komercyjnego. I oto ktoś, kto do perfekcji opanował niezwykłą frazę, dba o rytm, dba o piękny zapis, pełen metafor i neologizmów, zaniedbując czasami nawet fabułę, bo ważniejsza jest forma, nagle musi zderzyć się z kryminałem, którego pisanie okazuje się zupełnie innym rodzajem pisarskiej roboty. Bo mamy do czynienia z gatunkiem, który pisany w innym celu, dla czytelnika, który chce innych przeżyć, innych emocji. W powieści kryminalnej nie mogę sobie pozwolić na wysublimowaną frazę, piętrowe metafory, a zwłaszcza na neologizmy. Ale to nie znaczy, że nie dbam o zapis. Zawsze dbam o to, żeby zdanie miało kolory, żeby melodia języka była odpowiednia. Czytam całą książkę na głos i sprawdzam jak brzmi, jaki ma nerw. Dlatego tę książkę, która ma 845 stron, ludzie czytają w trzy wieczory. Nie tylko dlatego że trzymam w napięciu, ale właśnie z powodu dbałości o język, który udaje prosty, nawet kolokwialny. Dlatego jak z rękawa sypię przekleństwami i podsłuchanymi dialogami, a jedyne poetyckie elementy, na które mogę sobie pozwolić, pojawiają się np. w scenach zbrodni. Mogę sobie raz na jakiś czas pozwolić na tę niezwykła frazę, ale nie częściej niż ze cztery razy w całej książce.

Mówi pani o powstawaniu książki jak nauczyciel kreatywnego pisania. Nic dziwnego: założyła pani szkołę pisania – Maszyna do pisania.

– Założyłam i sprzedałam. Bardzo lubię rozwijać takie projekty.

Takie startupy.

Nigdy tak tego nie nazywałam, ale rzeczywiście, był to rodzaj startupu. Założyłam go, bo nie byłam w stanie znieść, że w Polsce nie ma takiej szkoły pisania. Ja uczyłam się pisania jeżdżąc po najróżniejszych zagranicznych workshopach i spotkaniach z autorami, którzy robią scriptdoctoring. Skończyłam też, z piątką na dyplomie, kierunek scenopisarstwo w łódzkiej szkole filmowej. Poświęciłam na to wszystko sporo czasu, prawe trzy lata. Po prostu podchodzę do wszystkiego na poważnie. Jeśli znajduję temat do książki, to muszę go zgłębić, muszę dowiedzieć się o nim właściwie wszystkiego. I tak samo podchodzę do pracy pisarskiej: bardzo ważne było dla mnie, żeby zrozumieć proces pisania. Zrozumieć, jak opowiadać, jak panować nad materią. To ważne, bo gdy już się zrozumie proces, to potem można się skupić tylko i wyłącznie na fabule, na wymyślaniu historii. Nie trzeba za każdym razem wyważać otwartych drzwi. Każdy pisarz powinien coś takiego przejść.

Ale w tym czasie miała już pani jednak na koncie kilka świetnie przyjętych książek, nominację do Nagrody Wielkiego Kalibru, nagrodę Debiut Roku od wydawnictwa Media Express. Mogła pani osiąść na laurach, bo przecież uwodniła już pani, że umie pisać.

– Są pisarze, którzy po napisaniu kilku książek mają muchy w nosie. Wydaje się im, że są Bóg wie kim, bo na spotkania autorskie przychodzą ludzie, którzy czytają ich książki. Ale to jeszcze nie oznacza, że są zawodowcami. Pisarzy pracujących dla filmu uczy się budowania dramaturgii. Nie rozumiem, dlaczego autorów książek czy opowiadań nie uczy się tego samego. W Polsce uczy się ich tylko inspiracji, poszukiwania źródeł, itd. A przecież dramaturgia to podstawa i nie ma żadnego znaczenia czy to jest powieść kryminalna, czy literatura piękna. Jeżeli pan otworzy „Sexus” Millera to znajdzie pan tam punkty zwrotne we właściwych, ściśle określonych miejscach. Niektórzy pisarze mają to we krwi, więc jest im łatwiej, ale większość musi się tego nauczyć. Jak musiałam. Podczas warsztatów, w których uczestniczyłam, wylano mi na głowę wiele wiader zimnej wody, ale warto było to znieść, bo widzę, że moje książki są teraz znacznie lepsze. Często czułam się jak idiota, jak głupek wioskowy, jak człowiek, który kompletnie nic nie umie, zduszono we mnie tę całą butę, którą miałam, tę chełpliwość, przytarto mi doskonale nosek. I było to najlepszą rzeczą, jak mi się mogła przytrafić. Mam teraz ogromną pokorę wobec pisania, a jednocześnie czuję się komfortowo. Pisanie jest jak wspinaczka na wysoką górę – trzeba mieć tę odrobinę strachu, adrenaliny, bo przecież czeka nas rzeczywiste wyzwanie, ale trzeba też mieć ekwipunek. Bez tego może dojść do tragedii, można nie zdobyć szczytu. A ja jestem zawodowcem, więc wiem, że szczyt zdobędę, tylko muszę znaleźć odpowiedzi na pytania: z której strony podejść, jakie są warunki atmosferyczne, gdzie rozbić obóz i ile potrzebuję osób, które pomogą mi w tej wyprawie. W taki właśnie sposób patrzę na pisanie. Na pewno nie jestem typem pisarza, który siada przed polem maków i to go inspiruje do opisania krajobrazu, a potem się zakochuje, to i te emocje przelewa zaraz na papier, a teraz, oj!, miłość się skończyła, no to też zaraz opiszę ten ból istnienia.

Zobacz także: OD ZAWSZE LUBIĘ MROCZNE HISTORIE – rozmowa z Gają Grzegorzewską, autorką „Betonowego pałacu”

Pisanie to zatem ciężka praca?

– Podczas pisania daję z siebie tyle energii, że po skończeniu zawsze jestem chora. I to nie jest żadna magia, żaden New Age. Ja po prostu siedzę nad konkretną historią rok, dwa, przesiąkam nią i daje z siebie wszystko, by czytelnik poczuł, że dostaje coś autentycznego. Jeżeli tego nie ma w czasie pisania, to i czytelnik odklei się od lektury, znudzi się, sięgnie po inną rzecz. A przez pracę rozumiem też stały rozwój. Jeżeli pisarz się nie rozwija, jeżeli nie stawia sobie wyzwań, to wpada w rodzaj pułapki: „cyka” te same produkty, bo zna szablon i to mu wystarczy. Ja nie chcę iść tą drogą. Stałe doszkalanie się nie jest komfortowe, ale ja jestem w stanie wiele poświęcić ze swojego komfortu po to, by napisać naprawdę dobrą książkę. Gdyby pan teraz do mnie przyszedł, ujrzałby pan wokół mojego biurka stosy książek dotyczących każdego z poruszanych w książce tematów. Dzięki tej lekturze mogę potem opowiadać o konkretnym problemie z poziomu osoby o zaawansowanej wiedzy. To dla mnie bardzo ważne, ponieważ dzięki temu wiem, że czytelnik dostaje sprawdzone, poznawczo ciekawe informacje.

Pani książki są rzeczywiście doskonale zdokumentowane: profilowanie, osmologia, zagadki historii, topografia miast…

– …bo ja się na niczym nie znam.

Na profilowaniu i na tak istotnej w „Pochłaniaczu” osmologii też nie?

– Zdobywam wiedzę zadaniowo. Jakby pan mnie teraz zaczął odpytywać z osmologii, to panu nie odpowiem. Nie pamiętam.

Pamiętała pani, kiedy to było potrzebne.

tylko-martwi-nie-klamia-b-iext30288117 Tak. Siedzę teraz w konkretnym temacie i znam go na wyrywki. Potrzebuję tej wiedzy po to, żeby wymyślić historię. Jak już ją wymyślę, to resetuję dane. To oczywiście implikuje dziwne sytuacje, ponieważ na moje spotkania autorskie przychodzą często osoby, zainteresowane konkretną, opisaną przeze mnie sprawą. Pamiętam sytuację, gdy na zorganizowane w Katowicach spotkanie z okazji ukazania się „Okularnika” przyszła grupa osób, zainteresowanych wyłącznie katowicką kamienicą Kaiserhof, opisaną w powieści „Tylko martwi nie kłamią”. Pisząc tę książkę dotarłam do planów architektonicznych budynku, które zresztą jakiś czas później spłonęły. I oto zarzucono mnie pytaniami dotyczącymi tej kamienicy, tych planów. A ja nic nie pamiętałam i za każdym razem, jak padało to pytanie, wiłam się, uciekając od tematu i w końcu zaczęłam mylić fakty, a nawet nazwisko jednej z pobocznej postaci. W pewnym momencie wstaje zbulwersowana pani i mówi: „Czy pani naprawdę tę książkę napisała”? A ja zbieram bardzo dużo materiału, przy pisaniu każdej książki zapełniam materiałami kolejny karton, przy „Okularniku” to nawet dwa. Gdy tworzę, jestem przesycona tą zdobytą wiedzą, na tyle mocno, że w zasadzie nie sięgam nawet do tych materiałów. Gdy piszę, skupiam się na moim temacie, nie oglądam telewizji, nie słucham radia, nie czytam gazet. Wszystko, co wiem o świecie, to tyle, co ze spotkań z ludźmi, albo z Facebooka. Czasem zresztą ta wiedza dociera do mnie z opóźnieniem – pamiętam, że o wyborze Bronisława Komorowskiego na prezydenta dowiedziałam się jakieś siedem miesięcy po czasie. Gdy piszę, nie mogę się interesować innymi rzeczami, bo to mnie odciąga. Jestem klasyczną monogamistką, zajmuję się tylko jedną materią na raz. Mam problem, gdy ktoś mi proponuje napisanie opowiadania, a ja akurat piszę książkę, bo nie jestem w stanie spełnić tej prośby. Wielu autorów rozdrabnia się, niepotrzebnie. Gdy przenosi pan doskonały pomysł, jak ciążę i nie zdąży pan jej zapisać, to ten pomysł zaczyna karłowacieć, znikać. Przyznam, że z niecierpliwością czekam na nową książkę Janusza Rudnickiego, którego prozę kocham miłością szczerą, i za każdym razem, gdy go widzę, grożę mu, że go uduszę, bo on cały czas pisze opowiadania. Też je kocham, ale wiem, że od pewnego czasu pracuje nad książką i boje się, że przyjdzie mi na nią jeszcze poczekać. Ja, gdy pisze książkę, nie mogę robić nic innego. Ale gdy kończę pisać, muszę się zresetować. To jak z komputerem: gdy potrzebuje pan wolnego miejsca na dysku komputera, usuwa pan zbędne dane. Dlatego podczas spotkań mówię często, że cała wiedza, która jest ważna, została zawarta w książce, a reszta pewnie nie jest aż tak ważna.

W przypadku tetralogii „Cztery żywioły Saszy Załuskiej” sprawa jest chyba bardziej skomplikowana. Tu musiała pani opracować plan całej serii, bo przecież te tomy ściśle się ze sobą łączą. Czym tworzenie serii różni się od tworzenia pojedynczej powieści?

Pochlaniacz– Rzeczywiście to bardziej skomplikowana historia. Miałam zakontraktowaną zupełnie inną opowieść, nad którą pracowałam trzy lata i która… nigdy nie powstanie. A to dlatego że zaczął ścigać mnie wywiad kazachstański, grożono mi nawet śmiercią, jeśli opiszę te historię. To miała być awanturnicza opowieść przygodowa, dziejąca się częściowo w Kazachstanie. Tam są łamane prawa człowieka i wszystkie opisane w książce przypadki miały być prawdziwe. Na tym polegał problem. Dwukrotnie zhakowano mi komputer i to do tego stopnia, że nie dało się go uratować. Ja się generalnie niczego nie boję, a tu na serio się przestraszyłam, tym bardziej że zadzwonił do mnie kolega z MSWiA i poprosił, żebym przestała zajmować się tym projektem, bo dopóki mnie albo komuś z mojej rodziny nic się nie stanie, to on nawet „nie będzie mógł przyjąć zgłoszenia”. Wie pan już jak pracuję, ile poświęcam temu energii, byłam nawet na dokumentacji w Kazachstanie i w Polsce, a tymczasem musiałam pójść do mojego wydawcy i powiedzieć, że książka nie powstanie. To nie była komfortowa sytuacja, bo musiałabym oddać zaliczkę, a już wydałam bardzo dużo pieniędzy na dokumentację. Wydawca zachował się bohatersko: nie chciał zaliczki, chciał, żebym napisała coś w zamian. Tyle że to nie jest w moim stylu. To tak jak gdyby kobieta, od której odchodzi ukochany mąż, następnego dnia miała już kochanka. Ja potrzebuję czasu, żeby odetchnąć, żeby znaleźć coś innego. Ale musiałam coś wymyślić, żeby tej zaliczki nie zwracać. Ze trzy dni zbierałam się z podłogi, a potem wstałam i napisałam konspekt tetralogii. Miał 28 stron, a jego pisanie zajęło mi cztery godziny. To pokłosie mojego uczenia się jak pisać. Wymyśliłam bohaterkę, włącznie z jej profilem zawodowym, wątkiem obyczajowym i prywatnym. Włącznie z tym, skąd się bierze tetralogia żywiołów, wszystkimi elementami, które łączą, spinają cykl, a nawet z tytułami i zakończeniami. Napisałam to i bez większego zastanowienia wysłałam. Dwadzieścia minut później wezwali mnie z wydawnictwa na rozmowę. Jeszcze tego samego dnia podpisaliśmy umowę. Cała ta historia oczywiście zawiera wiele elementów z tej historii, która nie powstanie, ale bez szczegółów, które mogłyby nie spodobać się kazachstańskiemu wywiadowi.

Cztery tomy jak cztery żywioły. Czyli to zamknięta seria?

– Wielu się śmiało, że skoro Bonda wymyśliła serię o czterech żywiołach, to na pewno będzie ich pięć. Ale nie: od początku wiedziałam, że to będzie seria zamknięta, co wcale nie znaczy, że na koniec morderca zabije Saszę, jak wielu podejrzewa. Natomiast nie chciałam serii, która się rozgrywa w nieskończoność, bo to jest dla pisarza stryczek. Walczy o to, żeby czytelnicy kochali bohatera i żeby kochali jego przygody, lecz w końcu dochodzi do momentu, że czytelnicy i wydawcy już nie pozwalają mu już napisać czegoś innego. Dlatego od razu mówię, że będą cztery części. I koniec.

We wspomnianej już zabawie literackiej „Morderstwo w Czarnym Kocie” udział wzięli najważniejsi polscy autorzy powieści kryminalnych i sensacyjnych. Pisaliście wspólnie opowiadanie, co uznała pani za trudne zadanie, ponieważ – jak pani mówiła – „każdy z nas z zupełnie innych powodów pisze, inaczej traktuje powieść kryminalną i czego innego od historii z „trupem w tle” oczekuje”. Czego oczekuje pani?

– Trup jest dla mnie tylko pretekstem. Używam go, żeby zwrócić uwagę na historię, którą opowiadam tak naprawdę. Moje książki są jak bardzo inteligentna kobieta, która przy okazji jest też piękna. Nie odsłania ona dekoltu do pasa, ukazuje tylko jeden element, który uruchomi wyobraźnię. Zbrodnia, przestępstwo, ma zaciekawić, sprawić, żeby czytelnik się nie „odkleił”, bo dzięki temu będę mu mogła opowiedzieć mu o wiele poważniejszą historię. Ja przy scenach śledztwa ziewam, muszę bardzo się starać, żeby one rzeczywiście przytrzymały moją uwagę, natomiast dzięki nim mogę napisać wiele innych scen, które naprawdę trzymają mnie za gardło. W „Lampionach” [trzecim tomie tetralogii „Cztery żywioły Saszy Załuskiej” – red.] też będzie bardzo sensacyjny temat. Ale pod spodem znowu znajdzie się historia, którą opowiadam tak naprawdę. Najpiękniejsze jest to, że moi czytelnicy to wszystko dostrzegają i doceniają. Piszę da specyficznych ludzi, dla bardzo wyrafinowanych czytelników, który dostrzegają drugie i trzecie dno, drugi i trzeci poziom moich powieści.

Zobacz także: CZYTELNIKA TRZEBA ZASKAKIWAĆ | Rozmowa z Vincentem V. Severskim

Kilka lat temu siadła pani przed pustą kartką czy pustym dokumentem w komputerze i powiedziała sobie: napiszę książkę. Czy gatunek powieści kryminalnej przyszedł do pani sam z siebie? Gatunek, można powiedzieć: męski, nawet, jeśli od czasów Agathy Christie to nie do końca uprawniony pogląd.

– Nie wiem, dlaczego wybrałam ten gatunek. Naprawdę nie wiem. Jako dziennikarka zawsze obracałam się wśród tematów, związanych z przestępczością.

Była pani m.in. dziennikarską sądową.

Katarzyna Bonda, fot. Rafał Meszka (wszelkie prawa zastrzeżone)

– Tak zaczynałam, ale potem pisałam i raporty, i teksty publicystyczne, i wywiady… Ale zbrodnia zawsze gdzie się tam pojawiała, bo zawsze wybierałam, albo zlecano mi tego typu historie. Nigdy nie interesowała mnie ani polityka, ani kwestie urzędowe, administracyjne, a już zwłaszcza moda, uroda, zdrowie i takie lajtowe sprawy. To ostatnie to była masakra, nudziło mnie to. A w tematach dotyczących przestępstw zawsze znajdowałam pewien rodzaj iskry, która mnie zapalała. Zaczęłam pisać w przerwach między oddaniem redaktorowi skończonego artykułu, a otrzymaniem od niego poprawek. Były takie momenty, że nie opłacało się wracać do domu, więc siedziałam po kilka godzin w robocie, żeby po otrzymaniu uwag od redaktora, zostać w nocy i dalej pracować nad tekstem. Ile można w czasie tych przerw chodzić z kolegami na papierosa, do Chińczyka czy plotkować przy ekspresie z kawą? Żeby nie zwariować, zaczęłam spisywać poszczególne sceny, które do mnie przychodziły w takich chwilach. Pierwsza moja książka powstała kompletnie intuicyjnie. I dobrze, bo debiut jest czymś, co po prostu musi się urodzić. Dopiero potem zaczyna się ociosywać ten swój diament, czyli doskonalić warsztat. Jedno nie zmieniło się od czasu debiutu: nadal sceny piszę nie po kolei. Nie umiem inaczej. Moje powieści nie powstają tak, jak potem je pan czyta.

Pisze pani tak, jak realizuje się filmy, montując całość z nakręconych wcześniej scen?

– Tak, ale pod warunkiem, że mam wcześniej rozpisany bardzo dobry, dokładny plan. To jest bardzo ważne. I bardzo dobre dla otoczenia, bo ja bywam upiorna, okropna, póki nie mam planu książki. Jestem niespokojna, wredna, zdenerwowana, mówię dużo brzydkich wyrazów. Ale jak już mam plan, to staję się spokojna, po prostu wybieram sobie scenę, np. z końca i mówię: dzisiaj ta! I ją zapisuję. Uważam, że tak należy pracować. Nawet słonia da się zjeść, o ile jemy go w kawałkach. Dlatego ja jestem w stanie określić bardzo precyzyjnie, kiedy oddam książkę, bo wiem dokładnie, ile scen dziennie piszę, co oczywiście zachwyca mojego wydawcę. Z jednej strony nienawidzę pisać. To jest męczarnia, katorga, bolą człowieka cztery litery, a z drugiej za każdym razem, gdy już napiszę scenę, czuję się wspaniale. Dopinguje mnie to przekraczanie siebie, pokonywanie kolejnych rekordów. Jestem jak sportowiec uprawiający gimnastykę, tyle że jest to gimnastyka umysłowa.

Zakłada pani, że już na zawsze zostanie przy powieści kryminalnej?

– Na pewno chcę się rozwijać, chcę szukać w innych przestrzeniach. Mam plan, żeby napisać porządny romans. Ale znowu nie taki prosty „harlequin”, ale bardziej w stylu Prousta, „Lalki” czy „Przeminęło z wiatrem”. To będzie powieść dla kobiet. Popularna, ale w moim stylu.

Od którego elementu opowieści zaczyna pani, tworząc plan? Intrygi? Bohatera?

florystka-b-iext30288122– Zaczynam od najważniejszego pytania dramaturgicznego: o czym tak naprawdę opowiadam. Wcale nie zaczynam od zbrodni, bo zbrodnia, intryga musi zostać dopasowana do tematu opowieści. Chcę, żeby za każdym razem było to doniosła historia, żeby czytelnik nie był w stanie wyrzucić mojej książki. Powinien ją przeżyć, musi ona poruszyć w nim ważne struny, niezależnie od tego czy będzie to historia dotycząca jakiegoś aspektu psychologicznego, jak we „Florystce”, czy jest to kawałek historii Polski, jak w „Okularniku”. Muszę mieć poczucie, że chcę poświecić temu tematowi dwa lata. Bo przecież nie chodzę do innej pracy, przez ten czas żyję tylko książką, wobec czego ta historia musi być na tyle ważka, żeby przez cały ten czas pisania była dla mnie równie gorąca. Dlatego bardzo precyzyjnie dobieram tematy. Dopiero potem, gdy już mam temat, przystępuję do konstruowania intrygi. Wybieram też miejsce akcji.

Ostatnio zdradziła pani na Facebooku, że w „Lampionach” będzie to Łódź. Pani Bohaterka Sasza Załuska wędruje więc do kolejnego miasta. Skąd ten pomysł?

– Robię to po to, żeby zagwarantować sobie rozwój pisarski. O wiele trudniej jest opisać całkiem nowe miasto, trzeba je wcześniej doskonale poznać. Dotyczyło to też Hajnówki, bo musiałam się najpierw odkleić od tej wizji, którą wyniosłam z dzieciństwa. Za każdym razem robię bardzo dokładny research miejsca akcji. Powieść kryminalna jest powieścią realistyczną, nie obędzie się bez konkretnego miasta. Bo ono infekuje opowieść: pewne historie mogą się zdarzyć tylko tu, a nie gdzie indziej i wyłącznie tu można spodziewać się pewnego rodzaju przestępstw czy motywacji zabójców. To tak jak u Agathy Christie czy u Chandlera. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że pisarz umieszcza fabułę w wymyślonym mieście. Nawet, jeżeli Håkan Nesser umieszcza fabułę w mieście Maardam, które w rzeczywistości nie istnieje, to tak naprawdę jest ono wzorowane na dwóch istniejących miastach. Dla mnie to podnoszenie poprzeczki. Robię to po to, żeby nie skapcanieć, żeby nie opisywać ponownie takiej samej historii. Zagrożenie, że autor powieści kryminalnych się powtórzy, jest ogromne: istnieje przecież tylko siedem motywów zbrodni i tylko określona liczba narzędzi zbrodni oraz określona liczba rozwiązań dramaturgicznych i wszystkie one już zostały wykorzystane przez Agathę Christie. Wobec tego trzeba się bardzo nagimnastykować, by stworzyć oryginalną opowieść. A poza tym moje książki będą wkrótce tłumaczone na inne języki. Sprzedałam na razie dziewięć licencji zagranicznych, z czego na angielski do wszystkich krajów anglojęzycznych. I chcę, żeby czytelnik w Nowej Zelandii czy Stanach pomyślał: „O, Łódź, gdzie to jest? Może by się tam wybrać?”

Przemawia przez panią patriotyzm. Prawdziwy, nowoczesny.

– Możliwe, choć nie myślałam o tym w ten sposób. Jara mnie to, bo wiem, że to zadziała. Uczestniczyłam we wrześniu w wydarzeniu „Long Night of LiteratureS” przy okazji odbywających się w Delhi Europejskich Dni Języków. Były tam czytane fragmenty „Pochłaniacza”, bo ta książka zostanie przetłumaczona na angielski jako pierwsza. „Cykałam się”, bo przecież Indie to zupełnie inna kultura. Jak przyjmą moją bohaterkę, która ma te, a nie inne cechy, pracuje w policji…

– …ma problem alkoholowy.

– A do tego nie ma męża, za to ma córkę. I proszę sobie wyobrazić: była pełna sala ludzi, którzy podczas czytania fragmentów śmiali się dokładnie tam, gdzie śmieją się Polacy, a potem zadawali te same pytania, to samo ich interesowało. Większość z nich nie wie nawet, gdzie jest Polska, że o Trójmieście, w którym rozgrywa się akcja książki, nie wspomnę. Ale okazało się, że można ich zainteresować Polską dzięki takiej literaturze jak moja. Dla mnie to rodzaj misji, choć ta rola literatury popularnej nie jest u nas w ogóle doceniana. Proszę zobaczyć, co zrobili Skandynawowie: to, co wiemy o Islandii, wiemy z książek Arnaldura Indriðasona. Wiedzę o Szwecji czy Norwegii też wynieśliśmy z kryminałów. Urzędnicy, którzy się zajmują kulturą, powinni to doceniać i w Polsce. Powieść kryminalna jest powieścią popularną, zrozumiałą wszędzie. Akurat w Polsce spora jest reprezentacja powieści kryminalnych, które mogłyby zaciekawić czytelnika za granicą, bo są to przy okazji zaangażowane opowieści publicystyczne, nie zawierające jednocześnie publicystyki, czyli nudy. Mówię oczywiście o książkach Zygmunta Miłoszewskiego, Ryszarda Ćwirleja, Mariusza Czubaja, Marka Krajewskiego czy o najnowszej książce Gai Grzegorzewskiej. To są opowieści, które pokazują nas, Polaków, w ciekawym świetle i na pewno będą zrozumiałe dla szerszej rzeszy osób, niż literatura wysoka, która ze względu na swój trudny język wiele traci w przekładzie. Można pokazać światu to, kim jesteśmy, poprzez zwyczajne, uniwersalne historie, a nie martyrologiczne, hermetyczne opowieści.

Lubi pani zaskakiwać. Czy „Lampiony” też nas zaskoczą?

– Pytanie!

Na razie niewiele o tej książce wiadomo.

– Ujawiłam okładkę, ujawniłam miejsce akcji, ujawniłam nawet, że pojawi się podpalacz, ale tak naprawdę to oznacza tylko tyle, że szczęka panu opadnie. Bo tak naprawdę niczego jeszcze nie ujawniłam.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Zdjęcia Rafał Meszka 

 

*Katarzyna Bonda – pisarka, scenarzystka, autorka powieści kryminalnych. Debiutowała książką „Sprawa Niny Frank (2007, zmienione wydanie z 2011 opublikowano pod tytułem „Dziewiąta runa”), nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru. Jej kolejne powieści to „Tylko martwi nie kłamią” (2010) i „Florystka” (2012). W cyklu „Cztery żywioły Saszy Załuskiej” ukazały się książki „Pochłaniacz” (2014) i „Okularnik” (2015), w przygotowaniu są powieści „Lampiony” oraz „Czerwony pająk”. Bonda jest też autorką książek dokumentalnych: „Polskie morderczynie” (2008) i „Zbrodnia niedoskonała” (2009, z Bogdanem Lachem) oraz poradnika pisania: „Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania” (2015).

6 myśli na temat “TRUP JEST TYLKO PRETEKSTEM – rozmowa z Katarzyną Bondą

Możliwość komentowania jest wyłączona.