wywiad

Najważniejsze jest przesłanie | Z Robinem Cookiem rozmawia Przemysław Poznański

– Nawet jak masz w książce do przekazania ważne przesłanie, to nie tak łatwo dotrzeć z nim do ludzi. Bo czytanie wymaga zachodu. Dlatego element rozrywki jest niezwykle ważny, skoro książka musi konkurować z telewizją i innymi ogólnodostępnymi rozrywkami. A ja czuję się zobowiązany pisać książki, które cię wciągają, sprawiają, że nie możesz się od nich oderwać i chcesz do nich wracać. Czuję się odpowiedzialny za to, by pisać coś, co będzie się dobrze czytało – mówi bestsellerowy pisarz Robin Cook* w rozmowie z Przemysławem Poznańskim.

Spotykamy się w lobby warszawskiego hotelu Polonia Palace. Robin Cook przyjechał do Polski na zaproszenie Domu Wydawniczego Rebis, by promować swoją najnowszą książkę „Szarlatani”. To opowieść o rezydencie szpitala Boston Memorial, który daje się wplątać w sieć intryg – zarówno tych szpitalnych, jak i zakreślających szersze kręgi, obejmujące dobrze skrywane sekrety biznesu okołomedycznego. Rozgrywka, w której bierze udział, w pewnym momencie okaże się grą na śmierć i życie.

Przemysław Poznański: W ”Szarlatanach” trudno szukać postaci, które mają do końca czyste ręce, a puenta książki jest w sumie mocno pesymistyczna. Nie ma pan najlepszego zdania o świecie lekarskim?

Robin Cook: Nie zgodzę się z tym stwierdzeniem, ale rozumiem, dlaczego tak można odczytać przesłanie „Szarlatanów”. Spójrzmy na trzy główne postaci. Pierwsza z nich to młody Noah Rothauser, rezydent, który być może nie jest idealnym człowiekiem, ale  jest idealnym lekarzem. Chcielibyście, żeby was leczył, bo wkłada w pracę sto dziesięć procent siebie. O drugiej bohaterce, Avie London, można w zasadzie powiedzieć to samo. Też chcielibyście, żeby była waszą lekarką. W książce przedstawiam ją jako perfekcyjną panią anestezjolog, której prywatne życie jest jednak dość dziwne. Woli social media od prawdziwych relacji, jest też lobbystką organizacji, której praktyki nie są godne pochwały. Ale swoją pracę lekarza wykonuje dobrze, a na tym nam powinno nam zależeć najbardziej. Nawet jeśli okazuje się, że być może tak naprawdę nie do końca jest lekarzem… I jest jeszcze ostatni lekarz, dr William Mason, który rzeczywiście pasuje do opisu z pańskiego pytania. Też jest dobrym lekarzem, ale w bardzo wąskiej specjalizacji. Jeśli masz raka trzustki, to tak, chcesz żeby cię leczył, ale nie chcesz mieć z nim nic wspólnego prywatnie. Jest narcyzem takim jak Trump.

Robin Cook, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Wielokrotnie porusza pan w książkach kwestie etyki zawodowej lekarzy, ale też naukowców. Pisze pan o zagrożeniach związanych z wykorzystaniem zdobyczy medycyny w złych celach, a także przyczynach błędów w sztuce lekarskiej. A jednocześnie sam pan jest z zawodu lekarzem, zna to środowisko. Czy znajomi lekarze nie mają do pana  pretensji o to jak opisuje pan ten świat?

– Myślę, że jest pewna grupa lekarzy, która może mnie nie lubić. To ta grupa, która woli zarabiać pieniądze, niż być dobrymi lekarzami. Ich głównym celem jest zysk i dostatnie życie. Tak, oni mnie nie lubią. Bo w moich książkach sugeruję, że bycie biznesmenami wygrało u nich nad byciem lekarzami. Ten motyw pojawia się w wielu moich książkach.

W  „Szarlatanach” krytykuje pan też system operacji symultanicznych, gdy jeden chirurg operuje na raz kilku pacjentów.

– Te operacje to jedna z pochodnych bycia zbyt zorientowanym na zysk, bo symultaniczne operacje mają wpływ na zyski lekarzy. Ale nie mają nic wspólnego z troską o pacjenta. Jestem zdecydowanie przeciwny temu procederowi. Nie wiem, czy dzieje się coś takiego w Polsce, ale w Stanach ten problem dotyczy wielu lekarzy, którzy myślą, że to jest w porządku. Nie jest! Ten problem dotyczy nawet szpitala, w którym ja pracuję i wzbudza tam duże kontrowersje. Bo tak naprawdę szpital przedstawiony w „Szarlatanach”… to mój szpital. Trochę pozmieniałem i umiejscowiłem go gdzie indziej, ale to jest ten szpital. I jego problemy.

Przeczytaj także:

Na „Kolej podziemną” musiał nadejść czas | Z Colsonem Whiteheadem rozmawia Przemysław Poznański

Wspomniał pan o lobbystycznej działalności dr Avy London, która działa w branży suplementów diety. U pana branża ta ucieka się nawet do działań przestępczych. Można odnieść wrażenie, że nie bardzo lubi pan tych ludzi.

– To jeden z tych problemów, na które zwracam uwagę od lat. Amerykańscy politycy są skłonni wspierać producentów suplementów diety, choć obietnice tych firm nie mają pokrycia w rzeczywistości. Przekonują, że będziesz zdrowszy, będziesz mieć więcej siły, będziesz bardziej męski, będziesz mógł uprawiać więcej seksu. I nawet nie muszą udowodnić, że te suplementy są bezpieczne. A przecież to równie dobrze może być trutka na szczury i nikt nie zaprotestuje, póki komuś nie stanie się krzywda. Profesorowie z Uniwersytetu Harvarda poszli do sklepu z suplementami i kupili kilka produktów. Zbadali je. Co się okazało? Że żaden z nich nie miał w sobie tego, co było wymienione na etykiecie. A część z nich zawierała wręcz niebezpieczne składniki. Nie dużo, ale jednak. Toksyczne metale. Wiele z tych suplementów produkowanych jest w Chinach i Indiach. Sam nie wziąłbym żadnego z nich do ust. Kiedy rozmawiam z pacjentami, mówię im, żeby tego nie zażywali. Wyjątkiem mogą być witaminy, jednak i je można brać tylko w małych ilościach. Bo jeśli bierzesz witaminy, to twój organizm głównie traci energię na to, jak się ich pozbyć.

Wszystko to są ważne kwestie społeczne oraz zagadnienia dotykające sfery etyki biznesu i powiązań tego biznesu z medycyną. A jednocześnie umieszcza pan to wszystko w prozie gatunkowej. W thrillerach. Czy dzięki temu łatwiej przedostać się z przesłaniem?

– Po mojej pierwszej książce [„Rok interny” (The Year of the Intern) – red.], która sprzedała się chyba w trzech kopiach (śmiech), zrozumiałem, że nawet jak masz w książce do przekazania ważne przesłanie, to nie tak łatwo dotrzeć z nim do ludzi. Bo czytanie wymaga zachodu. Dlatego element rozrywki jest niezwykle ważny, skoro książka musi konkurować z telewizją i innymi ogólnodostępnymi rozrywkami. A ja czuję się zobowiązany pisać książki, które cię wciągają, sprawiają, że nie możesz się od nich oderwać i chcesz do nich wracać. Czuję się odpowiedzialny za to, by pisać coś, co będzie się dobrze czytało.

Robin Cook, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

A nie boi się pan, że pod warstwą intrygi niektórzy nie dostrzegą przesłania? I do kogo się pan zwraca: do pacjentów czy lekarzy?

– Głównie chcę dotrzeć do pacjentów. Myślę, że lekarze dobrze wiedzą, co robią. Ale nie chcę, żeby pacjenci myśleli o moim przesłaniu, podczas lektury. Bo wtedy miałbym poczucie, że daję wykład. Wolę, kiedy odkrywają sedno po przeczytaniu książki. Mam nadzieję, że moje powieści działają podprogowo. Chciałbym, aby ludzie wyrobili sobie po lekturze opinię na temat, którego wcześniej nie dostrzegali.

Wiele pana książek znalazło się na liście bestsellerów „The New York Times”. Pana  powieści sprzedały się w setkach milionów egzemplarzy na całym świecie. Kilka z nich sfilmowano. Jak to się robi? Skąd pan wiedział, jak napisać poczytny thriller?

– Nie wiedziałem! (śmiech). Musiałem najpierw zrozumieć dlaczego ludzie lubią taki, a nie inny gatunek literacki. Moja pierwsza książka nie była powieścią gatunkową. Była studium socjologicznym. Zrozumiałem, że ludzie nie czekają na takie książki. Musiałem więc odpowiedzieć sam sobie, czym jest thriller psychologiczny. To wymagało przeczytania całej sterty takich książek. Przeanalizowania jak dana historia się toczy, dlaczego niektóre fragmenty w powieści są ciekawsze niż inne. Myślę, że tak naprawdę każdy mógłby napisać książkę. Choć głównie ktoś, kto ma zaplecze w postaci wiedzy z dziedziny psychologii.

Przeczytaj także: 

Uratował mnie Grotowski | Z Davidem Vannem rozmawia Przemysław Jakub Hinc

Co jest na początku każdej książki – przesłanie czy raczej intryga, pomysł, by wrzucić bohatera w świat przepychanek na styku biznesu, medycyny i przestępczości?

– Na początku jest przesłanie. „Szarlatani” zaczęli się od sugestii, że lekarze coraz bardziej ulegają wpływom mediów społecznościowych, bardziej niż inne grupy społeczne, co wpływa na kulturę medycyny. A skąd ten pomysł? Nie wiem. Czasami włącza się w głowie mała żarówka i już mam moją nową historię. Ona potem się rozwija. Ale muszę też myśleć o tym, jak zrobić z niej thriller, jak sprawić, żeby to było ciekawe.

Robin Cook i Przemysław Poznańki

A jak to sprawić?

– Większość thrillerów skupia się na akcji, a ja uważam, że te skupiające się na bohaterach są ciekawsze. Choć trudniejsze do napisania. Dlatego „Szarlatani” mają mocnych bohaterów. Któregoś dnia nagle okazało się, że popularne są szwedzkie kryminały. Dlaczego? Bo właśnie skupiają się na bohaterach. Ludzie widzą, że w dzisiejszych czasach coraz bardziej celebrujemy różnice między ludźmi, przyglądamy się np. środowiskom LGBT. Młody rezydent z mojej powieści jest zafiksowany na pewnych ideach, bo w jego życiu, jak dowiadujemy się z czasem, miały miejsce takie, a nie inne wydarzenia. Równie ciekawa jest kobieca bohaterka. Oboje są szalenie inteligentni, choć wybierają inne życiowe drogi. Czytelników to fascynuje.

Zgadzam się, że bohaterowie są siłą „Szarlatanów”. Czy tworząc ich wzorował się pan na kimś, kogo zna? Czy raczej wymyślił pan bohaterów od początku?

– Myślę, że napisałem dość książek, żeby umieć tworzyć bohaterów od zera. Ale wiele osób i zdarzeń ma na mnie wpływ. Na przykład poznałem wielu doktorów Masonów. Byłem również lekarzem i – jak Noah Rothauser – byłem rezydentem. Niemal mieszkałem wtedy w szpitalu. Rzadko wychodziłem, czułem się jak w seminarium – odizolowany od społeczności. To na mnie wpłynęło, stało się bardzo osobistym doświadczeniem. Ale rodzinna historia bohatera, jego background, już nie jest moim doświadczeniem. Jeśli z kolei chodzi o tworzenie postaci kobiecych, to dużo uczyłem się o psychologii młodych kobiet. I uważam, że bycie dorastającą kobietą jest niesamowicie ciężkie. Kobiety są wiecznie oceniane, więc albo stają się pruderyjne, albo nazywane są dziwkami. To niełatwy los.

Przeczytaj także: 

Szpieg gra intelektem | Z Vincentem V. Severskim rozmawia Przemysław Poznański

W pewnym momencie zdecydował się pan stworzyć Jacka Stapleton i Laurie Montgomery, którym poświęcił już 10 powieści. Napisał pan też cykl o Pii Grazdani. Czy pisanie cyklu jest łatwiejsze, niż wymyślanie za każdym razem nowych bohaterów i tła dla nich?

– Czasami łatwiej tworzy się serię, czasami trudniej. Bo w cyklu musisz pamiętać, o czym pisałeś. Musisz przeczytać swoje książki wielokrotnie, zanim napiszesz kolejną. Z tego punktu widzenia z pisaniem oddzielnych książek jest łatwiej. Tworzysz nowych bohaterów i nie musisz za bardzo martwić się ich przeszłością. Zaskakujące jest to jak czytelnicy potrafią wytknąć ci małe błędy. Szczególnie teraz, w dobie mediów społecznościowych. Mam stronę na Facebooku, i ludzie piszą tam komentarze, wytykają mi, o czym zapomniałem. A ja muszę się z tym zgodzić i przyznać im rację. Przeprosić za błędy. Trudno mi jednak powiedzieć, co jest łatwiejsze: pisanie o nowych postaciach czy kontynuowanie historii tych, których czytelnicy już znają. Pewne jest, że czytelnicy lubią wracać do znanych postaci. Kiedy zacząłem historię Laurie Montgomery, nie planowałem pisać kolejnych książek o niej. Ale okazało się, że to chwyciło. Rozwinąłem więc wątki, dorzuciłem inną postać. Im więcej ludzi odzywało się, że podoba im się ta historia, tym więcej pisałem. Nowa książka, którą właśnie skończyłem też wraca do historii tych bohaterów.

 

Opowie pan, o czym jest ta powieść?

– Książka opowiada o nowej metodzie ingerencji w genotyp. Dużo ludzi nie jest świadomych, że to będzie przełomowe wydarzenie. Mniej więcej takie jak wynalezienie antybiotyków. Wpłynie na medycynę w ogromny sposób. To bardzo ciekawy temat, a ja lubię o takich pisać. Oczywiście dorzuciłem sprawy etyczne, różnice między etyką lekarską we wschodnim i zachodnim świecie. Zachodni świat skupia się na indywidulanej jednostce. Azja bardziej skupia się na znaczeniu danego zjawiska dla grupy. Jest to pewnego rodzaju konflikt. Zachód zastanawia się nad zmianą ludzkiego genotypu i przejmuje się tym zagadnieniem, podczas gdy wschodni świat nie bardzo. I to tyle teraz mogę opowiedzieć o nowej książce.

Rozmawiał Przemysław Poznański

 

*Robin Cookpisarz uważany za mistrza thrillera medycznego, autor bestsellerowych thrillerów takich jak „Mutant”, „Epidemia”, „Zabójcza kuracja”, „Chromosom 6” czy „Toksyna”. Wydana w 1977 roku „Coma” była debiutem Cooka i przyniosła mu sławę, którą utwierdził słynny film w reżyserii Michaela Crichtona z Genevieve Bujold i Michaelem Douglasem. Cook ukończył medycynę na Uniwersytecie Columbia oraz studia podyplomowe na Harvardzie.

 

Za pomoc w przygotowaniu wywiadu dziękuję Piotrowi Sternalowi z Domu Wydawniczego Rebis i całemu Domowi Wydawniczemu Rebis.

Reklamy

2 komentarze

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.