Kryminał z czasów przełomu | Z Michałem Larkiem rozmawia Przemysław Poznański

Żyjemy dziś w momencie, gdy popkultura zwraca się w kierunku lat 70., 80. i 90. – literatura, filmy, seriale lubią odwoływać się do tamtego okresu, przywoływać tamte smaczki i wzbudzać tym samym w odbiorcach tęsknotę, nostalgię za młodością. Pomyślałem, że moja powieść musi się czymś wyróżnić i lata 90. to gwarantowały – mówi Michał Larek*, pisarz, autor kryminału „Furia”.

Przemysław Poznański: Dojrzałeś do pisarskiej samodzielności? Poprzednie książki pisałeś we współpracy z adwokatem Waldemarem Ciszakiem. „Furia” podpisana jest już tylko twoim nazwiskiem.

Michał Larek: W pewnym sensie, choć nie chce mi to przejść przez gardło, „Furia” to mój debiut (śmiech). Nie chce mi to przejść przez gardło, bo – jak wspomniałeś – mam już sporo książek na koncie. „Martwe ciała” to był reportaż. Waldemar Ciszak odpowiadał w nim za ekspercką ocenę procesu, właściwy opis pracy policji, uczestniczył na każdym etapie w powstawaniu książki, dlatego wymieniony jest jako współautor. Dzięki niemu otworzyły się przede mną drzwi do świata policjantów. I choć teraz już sam otwieram kolejne drzwi, to bez niego nie byłoby to możliwe. Ja odpowiadałem w tych książkach za stronę literacką. Podobnie było w przypadku „Mężczyzny w białych butach”. Żadna z tych książek nie powstałyby, gdyby zabrał się za to tylko jeden z nas. Ale na pewnym etapie prac nad „Mężczyzną” redaktorka stwierdziła, że nie chce już kolejnego reportażu, lecz woli powieść. Przerobiłem więc książkę, a ona dobrze się sprzedała. Wtedy podpisałem umowę na serię powieści zatytułowaną „Dekada”, której pierwszą częścią jest „Furia”.

Wydawnictwo zapowiada trzy tomy.

– Umowa opiewa na razie na trzy tomy, ale widzę, że „Furia” cieszy się dużą popularnością, więc chciałbym napisać dziesięciotomową serię. Nazwa serii, „Dekada”, do czegoś zobowiązuje.

Poprzednie książki oparte były na prawdziwych wydarzeniach, na policyjnych aktach. A „Furia”?

– „Furia” też jest oparta na historii, którą wyczytałem z akt, ale oryginalnie rozgrywała się w latach 78-79. Wtedy w okolicach Poznania grasował niejaki Grzegorz Tyklewicz, który zabił taksówkarza, a potem jeszcze dwie kobiety. Gwałciciel, „przemocowiec”, dość paskudna postać. Pomyślałem, że to jedna z najbardziej wstrząsających spraw rozgrywających się w Wielkopolsce, a przy tym jedna z mniej znanych. Sięgnąłem wiec po nią, ale – skoro nie pisałem już reportażu – akcję przeniosłem do lat 90., powprowadzałem też fikcyjnych bohaterów. Dlatego odpowiedź na pytanie czy „Furii” bliżej do fikcji, czy prawdy, jest skomplikowana. Fabuła to w dużym stopniu kwestia mojej wyobraźni, ale też pochodna tego, że wysłuchałem wielu policyjnych opowieści, anegdot. Poza tym czasami cytowałem elementy z protokołów przesłuchań Tyklewicza, bo to niezwykły materiał, przecudowna „literatura”, pisarz by tego sam nie wymyślił.

Czy umieszczając akcję na początku lat 90. zdawałeś sobie sprawę, że de facto piszesz powieść retro? Może masz łatwiej niż Marek Krajewski, Marcin Wroński czy Piotr Bojarski, bo pamiętasz opisywane czasy, ale – jak przypuszczam – nadal oznaczało to wiele pracy w odtworzeniu tamtej rzeczywistości.

– Strasznie mnie zaskoczyło to słowo „retro” w odniesieniu do „Furii”, gdy pojawiło się w twojej recenzji. Nie myślałem tak o tym. Dla mnie tamte czasy to rzeczywistość, w której  się wychowywałem. Ale rzeczywiście: żeby przebywający na wsi policjant mógł zadzwonić po wsparcie, musiał pobiec do sołtysa, bo tylko on miał telefon stacjonarny. To są jednak zupełnie inne czasy, minęło prawie trzydzieści lat, choć, przyznaję, że nie czułem tego pisząc. Myślałem raczej o opisywaniu tamtego okresu jak o odświeżaniu swojej biografii. W dużym stopniu bazowałem więc na własnej pamięci, choć oczywiście wspomagałem się też innymi źródłami: na przykład na potrzeby pisania książki kupiłem rocznik „Przekroju” z 1992 roku.

Dlaczego jednak wybrałeś akurat lata 90.? Skoro przeniosłeś autentyczną historię o dwadzieścia lat, to równie dobrze mogłeś umieścić ją też współcześnie.

– Jest kilka powodów. Moi zaprzyjaźnieni oficerowie policji pracowali zawodowo właśnie w latach 90. Ich historie dotyczą tamtych czasów, poznałem wiec dzięki nim całkiem nieźle ówczesny świat policji i świat przestępczy. To od nich wziąłem choćby scenkę, w której jeden z sierżantów skreśla na formularzu litery „MO” i wpisuje „Policja” – wspomniał mi o tym mimochodem jeden z zaprzyjaźnionych oficerów. Poza tym żyjemy dziś w momencie, gdy kultura zwraca się w kierunku lat 70., 80. i 90. – literatura, filmy, seriale lubią odwoływać się do tamtego okresu, przywoływać tamte smaczki i wzbudzać tym samym w odbiorcach tęsknotę, nostalgię za młodością. Pomyślałem, planując „Dekadę”, że seria musi się czymś wyróżnić i lata 90. to gwarantowały. Tym bardziej że to czasy przełomowe, a jako takie zawsze będą ciekawe dla twórcy – pisarza czy reżysera. To czasy specyficznych ludzkich obaw i nadziei.

Ty postanowiłeś te czasy pokazać także przez pryzmat kobiecej emancypacji. Twój główny bohater, Harry, policjant po przejściach, w tym tomie ustępuje silnym kobiecym postaciom, takim jak choćby Katia Domagała. A nie jest ona wyjątkiem. Czyni to z „Furii” de facto powieść o kobietach, którą zresztą zadedykowałeś swojej żonie.    

– ­ Mam nadzieję, że i w kolejnych tomach będzie podobnie, choć druga część będzie w większym stopniu poświecona męskiemu bohaterowi, czyli właśnie Harry’emu. Oczywiście Katia i znana też z „Furii” Ula, policjantka z Buku, będą nadal prowadziły swoje sprawy. A skąd to się wzięło? Żyjemy w czasach, odznaczających się dużą ekspansją kobiet. Widać to kulturze i w życiu codziennym. Poza tym mam dwie siostry, pracuję na polonistyce od kilkunastu lat, a więc przede wszystkim wśród kobiet, i naprawdę nienawidzę męskiego szowinizmu, męczy mnie patriarchat. Muszę się też do czegoś przyznać: dziesięć lat temu wydałem z kolegą antologię wierszy dwudziestowiecznych, gdzie znalazła się tylko jedna kobieta. Zebraliśmy za to słuszne cięgi i jest to dla mnie lekcja na całe życie.

Wybrałeś ciekawe czasy, ale i ciekawe miejsce akcji – nie tylko Poznań, znany już z wielu kryminałów, ale też małe podpoznańskie miejscowości, które dotąd raczej nie gościły na kartach literatury gatunkowej. Skąd ta decyzja?

– Przyjechałem do Poznania z Gryfina, ale mój ojciec z dziada pradziada pochodzi z terenów, które są tłem dla akcji „Furii”: Pniewy, Buk czy Gaj Wielki, gdzie często bywam, bo mam tam chrzestnego. Znam dobrze tamtejszy klimat i bardzo chciałem umieścić w literaturze moje rodzinne miejsca. Wzięcie na warsztat sprawy Tyklewicza tylko to ułatwiło, bo oryginalne wydarzenia rozgrywały się właśnie wśród znanych mi miasteczek, wiosek, w tym zakątku Wielkopolski. Choć gdy zabierałem się za wertowanie akt, wcale o tym nie wiedziałem. Zamówiłem akta w czytelni Sądu Okręgowego w Poznaniu i wtedy ku swojemu zdumieniu, a nawet ekscytacji, zauważyłem, że pojawiają się tam miejsca, w których bywałem, które znam. Okazało się choćby, że knajpa, do której udał się zabójca z pewną kobietą, to ten sam lokal, w którym byłem w 2007 roku na stypie mojej babci. Bardzo się cieszę, że ta książka wyszła poza Poznań.

Moją uwagę od początku zwróciła również konstrukcja książki: dość szybko dowiadujemy się, kto zabił, i dlaczego. Tym, co trzyma nas w napięciu jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: dlaczego przestępca wciąż jest nieuchwytny.

– Prawdziwe historie kryminalne, prawdziwe śledztwa, są proste. Bardzo często sprawca namierzony jest od razu, albo bardzo szybko. To był zresztą jeden z moich problemów. Kiedy przeczytałem akta i dziennikarskie doniesienia, zorientowałem się, że oto po paru miesiącach mój sprawca zostaje namierzony, milicja zajeżdża pod domek jednorodzinny, gdzie mieszkał, wchodzi i go zatrzymuje. Oczywiście nie mogłem sobie pozwolić na to, by to odtworzyć w książce, bo wtedy na setnej stronie złapano by mordercę i nie byłoby sensu pisać dalej. Dlatego u mnie policjanci namierzają miejsce zamieszkania przestępcy, ale okazuje się, że niekoniecznie oznacza to jego pojmanie. Nie zdecydowałem się za to na wprowadzenie wielowątkowego śledztwa z radykalnymi zwrotami akcji, z „twistami”, jak u Remigiusza Mroza, gdzie zły okazuje się na końcu dobrym, a dobry złym. Ja jestem z innej bajki. Większą wagę przykładam do budowania scen. Podziwiam sposób, w jaki zrobił to Władysław Pasikowski w pierwszej części „Psów”. Razi mnie patriarchalny wymiar jego opowieści i głupie teksty o kobietach, ale chapeau bas przed reżyserem za umiejętność budowania scen.

Skoro wspominasz o „Psach” – w twojej notce biograficznej można wyczytać, że jesteś zafascynowany filmem, ale bardziej jeszcze współczesnymi serialami.

– Jak najbardziej. To, że „Furia” jest tak bardzo kobieca, jest inspirowane właśnie serialami, choćby „House of Cards” i postacią Claire Underwood. Seriale rzadko kiedy mnie rozczarowują, natomiast z kina wychodzę ostatnio najczęściej zażenowany. W opowieści zbudowanej z obrazów fascynuje mnie to, że często widzimy tylko zachowanie bohatera, na przykład to, co wyraża jego twarz, a nie słyszymy jego myśli. Miałem scenkę w „Furii”, gdzie Harry spojrzał w lustro, przyjrzał się sobie i skrzywił. Nie napisałem, co myślał, nie wyjaśniłem jego reakcji – to był mój hołd dla seriali. Wyobrażałem sobie Toma Hardy’ego, który musiał zagrać niesmak wywołany swoim własnym widokiem (śmiech).

Masz już szczegółowo zaplanowane kolejne dziewięć tomów „Dekady”?

– Parę dni temu skończyłem dość dokładną tzw. drabinkę „Na tropie”, czyli tomu drugiego. Wiem, że będzie się składał z trzech historii prowadzonych równolegle: z głównej osi fabularnej i dwóch, które będą rozgrywać się trochę obok. Wiem też, od jakiej prawdziwej sprawy chcę się odbić w trzecim tomie, czyli w „Fatum”. Mam też świetną historię na jej początek, która zaczyna się strasznie, a kończy śmiesznie. I wiem czym się skończy dziesiąty tom. Inspiracją jest dla mnie to, co się działo w świecie gangstersko-policyjnym od drugiej połowy lat 90. Wtedy przemoc wymknęła się spod kontroli, gangsterzy zabijali się nawzajem, wszystko zmierzało ku wielkiej eksplozji. Inspiracją będzie dla mnie na pewno wielka strzelanina, która miała miejsce w Magdalence w 2003 roku.

Pisanie „Dekady” zajmie cię bez reszty czy znajdziesz czas na inne książki?

Zaczynam myśleć nad wcześniejszymi losami Harry’ego. Mówię o spin-offie ujętym w trylogię z lat 80. Chciałbym ukazać Harry’ego jako trzydziestoletniego funkcjonariusza, który prowadzi kilka spraw, znanych w Poznaniu. Harry to w „Dekadzie” bardzo nieszczęśliwy człowiek i chcę pokazać przyczyny jego nieszczęścia.

 

Zobacz także: Dorwać uwodziciela | Michał Larek, Furia 

 

Rozmawiał Przemysław Poznański

Zdjęcia Karol Małolepszy

 

*Michał Larek – pisarz i wykładowca UAM, prowadzi kursy storytellingu w szkole kreatywnego pisania Maszynadopisania.pl. W 2014 roku wydał „Martwe ciała”, reportaż o Edmundzie Kolanowskim, seryjnym zabójcy z Poznania, a w 2016 roku powieść kryminalną „Mężczyzna w białych butach”, inspirowaną autentyczną historią (obydwie książki we współpracy z Waldemarem Ciszakiem, adwokatem). Wydana właśnie „Furia” to pierwsza część kryminalnego cyklu „Dekada” zaplanowanego na dziesięć tomów.

 

Wywiad ukazał się też w „Gazecie Wyborczej – Poznań”, na poznan.wyborcza.pl oraz Wyborcza.pl/Kultura