wywiad

Gołda Tencer: Najważniejsze, że gramy | Rozmawia Przemysław Poznański

Mój brat powiedział: „nasi rodzice to przeżyli, my pamiętamy, a nasze dzieci będą musiały zapamiętać”. Ida Kamińska mówiła z kolei, że Teatr Żydowski jest pomnikiem sześciu milionów zamordowanych Żydów. A ja jestem pamięcią – wszystko, co zrobiłam w życiu, robiłam dla pamięci. Pamięć jest dla mnie bardzo ważna – mówi Gołda Tencer, aktor, reżyserka, dyrektor Teatru Żydowskiego w Warszawie. Rozmawia Przemysław Poznański.

Gołda Tencer, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Przemysław Poznański: Idąc na to spotkanie zastanawiałem się, jak rozmawiać z legendą teatru. I chyba zacznę od pytania, czy się pani nią czuje.

Gołda Tencer: Nie. Choć często bywam tak nazywana. To bardzo miłe. Ale myślę, że ze mną można rozmawiać normalnie (śmiech).

Wyobraźmy sobie sztukę o Gołdzie Tencer, której początkiem – zanim cofniemy się do dzieciństwa – jest przełomowy moment z życia bohaterki. W pani życiu takich przełomowych momentów było wiele, o niektórych na pewno porozmawiamy, ale może jednym z nich – w przyszłości – będą też przenosiny Teatru Żydowskiego do nowej siedziby. Po latach tułaczki, która zaczęła się dekadę temu, gdy sprzedana została, a potem zburzona siedziba na Placu Grzybowskim. Przygotowuje się pani emocjonalnie na ten moment?

– Trudno na to pytanie odpowiedzieć. Ciągle tęsknię za naszym teatrem, którego pozbawiono nas z dnia na dzień, gdy właściciel, czyli Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce, sprzedało budynek deweloperowi. Nagle ogrodzono go, mogliśmy do niego wejść tylko jakimś bocznym wejściem. To był straszny moment. Akurat kilka dni temu obejrzałam Kronikę Filmową z 1971 roku, w której zapraszano do nowej siedziby Teatru Żydowskiego na Placu Grzybowskim. Widać mnie w tym materiale – wtedy byłam przekonana, że to będzie nasz stały dom. Nie pomyślałabym, że będzie można nas z tego domu wyrzucić. To co się stało, boli mnie strasznie. Także dlatego, że lubię klimat Placu Grzybowskiego, spędziłam tam prawie całe zawodowe życie od chwili przyjazdu do Warszawy. Nowa siedziba znajdować się będzie w dawnym Teatrze na Woli, ale czekamy na nią już bardzo długo. Za długo. Jestem dyrektorem Teatru Żydowskiego dziesięć lat i ciągle bez teatru.

Przyszło pani objąć dyrekcję Teatru Żydowskiego w czasach bardzo trudnych.

– Myślę, że tak. Ale mam wspaniały zespół i jeśli osiągnęliśmy sukces, to wspólnie. Mogę tylko podziękować aktorom, technice, administracji, że cały czas działamy, robimy premiery, nasza scena jest zaliczana do najlepszych, mamy świetny repertuar. Jednak wszyscy płacimy za to wysoką cenę. Spotykamy się w naszej tymczasowej siedzibie, przy ul. Senatorskiej, gdzie mamy do dyspozycji jedynie maleńką scenę z widownią na kilkadziesiąt osób.

Akurat kilka dni temu obejrzałam Kronikę Filmową z 1971 roku, w której zapraszano do nowej siedziby Teatru Żydowskiego na Placu Grzybowskim. Widać mnie w tym materiale – wtedy byłam przekonana, że to będzie nasz stały dom. Nie pomyślałabym, że będzie można nas z tego domu wyrzucić. To co się stało, boli mnie strasznie. Także dlatego, że lubię klimat Placu Grzybowskiego, spędziłam tam prawie całe zawodowe życie od chwili przyjazdu do Warszawy.

Byłem tu na przedstawieniu „Skowytu” według Allena Ginsberga, w reżyserii Kamila Białaszka. To rzeczywiście niewielka przestrzeń.

– Wtedy i tak weszło sporo widzów. Gdy wystawiamy „Noc Walpurgi” [tekst Marcin Bortkiewicz / Magdalena Gauer, reżyseria Agata Biziuk – red.] czy „Burzę” Szekspira [„Der Szturem. Cwiszyn / Burza. Pomiędzy”, reż. Damian Josef Neć – red.], to scenografia jest tak rozbudowana, że gramy dla zaledwie dwudziestu siedmiu osób. Ale najważniejsze, że gramy. Choć oczywiście niecierpliwie czekamy na stałą siedzibę ze sceną z prawdziwego zdarzenia. Chcę jednak podkreślić, że choć pozbawiono nas stałej siedziby i musimy pomieścić się tutaj, nikogo nie zwolniłam. Nie umiałabym tego zrobić.

Teatr jest trochę jak rodzina?

– Tak, dla mnie teatr jest jak rodzina – trochę „włoska”, bo raz jest lepiej, raz jest gorzej (śmiech), ale jesteśmy tak zżyci, że chyba każdy może tu powiedzieć, że to jego drugi, a może dla niektórych nawet pierwszy dom.

Tak samo było w 1969 roku, gdy przyjechała pani do Warszawy i stanęła w progach Teatru, mieszczącego się wtedy jeszcze przy ul. Królewskiej? Też przyjęto panią jak do rodziny?

– Wtedy to był czas płaczu, bo zjawiłam się w Teatrze po Marcu 1968 roku. Wyjechała Ida Kamińska, dyrektorka Teatru Żydowskiego, wyjechało mnóstwo aktorów. Pamiętam przedstawienie „Córek kowala” Pereca Hirszbejna, gdy na widowni siedziało może dziesięć osób. Ciekły mi z oczu łzy. Przez całe życie marzyłam o tym, żeby być w Teatrze Żydowskim, ale radość mieszała się ze smutkiem. Moją pierwszą rolą była Cyne w „Zielonych polach” Pereca Hirszbejna w reżyserii Szymona Szurmieja – mam nawet ten spektakl uwieczniony na taśmie. Przyjęto mnie z otwartymi ramionami, ale czasy były trudne. I jeśli mowa o rodzinie, to powiem, że Szymon Szurmiej dopiero ją wtedy odbudowywał, bo została mocno okaleczona.

Wspomniała pani o marzeniu, by zostać aktorką. To było marzenie dziewczynki, która ujrzała w Łodzi przedstawienie Teatru Żydowskiego. O takich dziecięcych marzeniach często jednak zapominamy, pani nie zapomniała.

– To dlatego że od dziecka też występowałam. W szkole żydowskiej, do której chodziłam, działał klub Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów Polskich – wystawialiśmy przedstawienia, w których zawsze grałam główne role (śmiech). Mówiąc nieskromnie, chyba byłam zdolną dziewczynką. Kochałam grać, tańczyć, śpiewać – także w jidysz. Występowałam nawet w operze dziecięcej, grałam też na scenie łódzkiego Teatru Powszechnego. Dlatego nie wyobrażałam sobie innego życia, innego zawodu.

Dla mnie teatr jest jak rodzina – trochę „włoska”, bo raz jest lepiej, raz jest gorzej (śmiech), ale jesteśmy tak zżyci, że chyba każdy może tu powiedzieć, że to jego drugi, a może dla niektórych nawet pierwszy dom.

Jakie emocje towarzyszyły pani, jako dziecku, gdy po raz pierwszy oglądała pani przedstawienia teatralne?

– Gdy Teatr Żydowski przyjeżdżał do Łodzi – a zjawiał się często – cała szkoła pędziła na przedstawienie, które odbywało się w Teatrze Nowym. Siadaliśmy na balkonie i oglądaliśmy, choć nie wiem, na ile interesowały nas wtedy same sztuki, a na ile atmosfera samego teatru. Pierwszą obejrzaną sztuką był chyba „Arszyn Mał Ałan” [w reżyserii Idy Kamińskiej – red.] – niewiele z niej pamiętam poza kolorowymi wstążkami, którymi machał aktor. Z późniejszego czasu dobrze pamiętam „Sen o Golfadenie” [w reżyserii Jakuba Rotbauma – red.], który widziałam chyba z dziesięć razy, myśląc: „ach, jakbym chciała w tym spektaklu zagrać”. I z czasem zagrałam – po kolei wszystkie siostry. Wcieliłam się w niej też w Bube Jachne, którą za mojego dzieciństwa grała Rywa Szyler-Buzganowa – z tym jej głosem, który do dziś mi dźwięczy w uszach! Spełniłam więc marzenie, ale także dlatego, że rodzice, szczególnie tata, mnie w tych dążeniach wspierali.

Rodzice bywali zresztą na przedstawieniach z pani udziałem. Chwalili się: to nasza córka!

– Jeszcze jak się chwalili! (śmiech). Mama mi zawsze opowiadała, że gdy tylko wchodziłam na scenę, tata zaraz szturchał osobę siedzącą obok i szeptał: „ta najładniejsza, to moja córka”. Był bardzo dumny ze mnie i wspierał mnie na wiele sposobów. Gdy dostałam rolę Cyne, a więc pierwszą na deskach Teatru Żydowskiego, pokazałam mu sztukę, w której ta bohaterka ma naprawdę dużo tekstu i to w jidysz, a on zmartwił się, czy dam radę się odpowiednio do roli przygotować. I zaproponował, że będziemy się jej uczyć razem.

Gołda Tencer, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Wróćmy do Marca 1968 roku. Wyjechała wtedy z Polski cała pani klasa z liceum im. Icchoka Pereca. Wyjechał też pani brat. Wielokrotnie powtarzała pani, że uratował panią wtedy właśnie teatr. Co to tak naprawdę znaczy?

– Dzięki Teatrowi Żydowskiemu nie wyjechałam za granicę. Moja emigracja oznaczała przeprowadzkę do Warszawy. Teatr pomógł mi radzić sobie z emocjami, które wciąż są silne – Marzec 1968 roku przeżywam do tej pory. Pytał pan o momenty przełomowe w moim życiu – ten chyba jest najważniejszy. Haniebny Marzec 1968 roku, przez który musiało wyjechać tak wielu moich znajomych, przyjaciół, często osoby, które znałam od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Można powiedzieć, że wyjechało jedno miasteczko. Kilkanaście tysięcy osób. To bolało. Przecież nie mogliśmy mieć żadnej nadziei, że spotkamy się jeszcze kiedykolwiek. Gdy wspominam, jak w końcu pozwolono mi pojechać do NRD, żebym mogła spotkać się z moim bratem, któremu też zezwolono tam na wjazd, to wciąż mam łzy w oczach. Czy to nadal boli? Strasznie boli. Także dlatego ufundowałam tablicę na Dworcu Gdańskim, który stał się symbolem tej emigracji. Ale z czasem okazało się, że zamysł komunistów, by całkowicie zniszczyć środowisko Żydów, nie powiódł się. Choć moi znajomi mieszkają w różnych częściach świata: w Izraelu, Ameryce, Australii, to wciąż utrzymujemy kontakt, wciąż się przyjaźnimy. Na organizowany przeze mnie corocznie Festiwal Kultury Żydowskiej Warszawa Singera tylko w ubiegłym roku zjechało około dwustu osób z różnych stron świata. Z jedną ze szkolnych koleżanek, z Renią, rozmawiam codziennie, chociaż mieszka w Miami. Oczywiście, że za nimi wszystkimi tęsknię, ale mam też powód do radości, bo nie tylko my utrzymujemy dobre relacje, ale też nasze dzieci się ze sobą przyjaźnią.

Skąd w 1969 roku braliście siłę w Teatrze Żydowskim, by nadal grać dla, początkowo, niemal pustej widowni? Musieliście mieć dużo samozaparcia.

– Bardzo dużo… Oczywiście przede wszystkim miał je Szymon [Szurmiej, ówczesny dyrektor Teatru Żydowskiego – red.]. Wyrażało się to też w tym, że wbrew wszelkim przeciwnościom powołał do życia Studio Aktorskie, które wychowało kilkanaście roczników. Wykładali tam najlepsi aktorzy, reżyserzy, prof. Aleksander Bardini, Ryszarda Hanin, Władysław Hańcza… Myślę, że około siedemdziesięciu procent osób w dzisiejszym Teatrze to wychowankowie tego Studia.

Pytał pan o momenty przełomowe w moim życiu – ten chyba jest najważniejszy. Haniebny Marzec 1968 roku, przez który musiało wyjechać tak wielu moich znajomych, przyjaciół, często osoby, które znałam od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Czy to nadal boli? Strasznie boli.

Czym dzisiaj jest Teatr Żydowski pod dyrekcją Gołdy Tencer?

Mój brat powiedział: „nasi rodzice to przeżyli, my pamiętamy, a nasze dzieci będą musiały zapamiętać”. Ida Kamińska mówiła z kolei, że Teatr Żydowski jest pomnikiem sześciu milionów zamordowanych Żydów. A ja jestem pamięcią – wszystko, co zrobiłam w życiu, a zrobiłam bardzo dużo, wliczając w to nie tylko Teatr, ale także powołaną trzydzieści sześć lat temu Fundację Shalom, ocalającą od zapomnienia kulturę jidysz, robiłam dla pamięci. Pamięć jest dla mnie bardzo ważna.

O języku jidysz Isaac Baszewis Singer mówił, że nie jest językiem martwym, ale jest językiem umarłych. Tymczasem cały czas gracie w nim przedstawienia.

– Jest bardzo wiele osób zainteresowanych językiem i kulturą jidysz. My sami, w założonym przez mnie Centrum Kultury Jidysz, uczymy tego języka – już na trzech poziomach. To tam zaczynali tłumacze literatury żydowskiej. Ale robimy to dla każdego, łącznie z antysemitami. Chcę, żeby wiedziano, co to jest kultura żydowska, skąd się wzięła i jak wpływała na kulturę polską – i odwrotnie.

Ale pani Teatr Żydowski to połączenie tradycji ze współczesnością. Stworzyła pani choćby Scenę Bima przeznaczoną dla debiutujących reżyserów.

– Gdy objęłam dyrekcję, zaprosiłam Maję Kleczewską, żeby zrealizowała „Dybuka”, żeby trochę „przewietrzyć” Teatr „ale bez przeciągu”. Chyba się udało. Czerpię oczywiście z mądrości Idy Kamińskiej i Szymona Szurmieja, choć poszłam trochę dalej – gramy zarówno klasykę, jak i współczesne sztuki, mamy znakomitych reżyserów. Dzieją się tu cuda – największym było chyba przedstawienie „Pif Paf in piach” [reż. Gołda Tencer – red.] o życiu w getcie warszawskim, na pięćdziesięciu aktorów, grane na trzech piętrach Reduty Banku Polskiego. Coś niesamowitego. Przyszedł tłum ludzi, żeby zobaczyć m.in. historię Marysi Ajzensztadt  – „słowika getta”, czy poety i autora tekstów piosenek Władysława Szlengla. A Bima, o której pan mówi, to efekt naszej umowy z Akademią Teatralną w Warszawie, dzięki której studenci ostatniego roku reżyserują u nas przedstawienia dyplomowe z naszymi aktorami. Najnowszy to „Skowyt” Białaszka, o który pan wspomniał – przyznam, że w tym przypadku trochę obawiałam się „przeciągu”, ale wyszło świetnie (śmiech).

Jest bardzo wiele osób zainteresowanych językiem i kulturą jidysz. My sami, w założonym przez mnie Centrum Kultury Jidysz, uczymy tego języka – już na trzech poziomach. To tam zaczynali tłumacze literatury żydowskiej. Ale robimy to dla każdego, łącznie z antysemitami. Chcę, żeby wiedziano, co to jest kultura żydowska, skąd się wzięła i jak wpływała na kulturę polską – i odwrotnie.

To przedstawienie Białaszka jest teatrem opartym na klasyce, ale komentującym rzeczywistość. Na scenie pojawia się choćby postać Donalda Trumpa…

– Zresztą świetnie zagrał go Rafał Rutowicz, upodobnił się do Trumpa i wyglądem i gestami. Ale mówiąc szczerze nie chcę polityki w Teatrze, choć czasem ona sama wchodzi tylnymi drzwiami.

Można powiedzieć, oczywiście żartobliwie, że Teatr Żydowski powstał, bo chwilę wcześniej urodziła się Gołda Tencer. Jesteście niemal równolatkami. Wierzy pani w przeznaczenie?

– Gdy przyszłam do Teatru, nie marzyłam, że kiedykolwiek zostanę jego dyrektorem. Byłam aktorką, zaczęłam reżyserować, ale zawsze uważałam, że Szymon Szurmiej będzie żył wiecznie. Nie tylko ja w to wierzyłam. Przeznaczenie – skoro o nim mowa – było jak widać inne.

Mówiła pani o tym, jak Teatr uratował panią po 1968 roku. Wiele lat później mu się pani odwdzięczyła – to pani uratowała Teatr, przeprowadzając go przez bardzo trudny okres.

– Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Ale dziękuję za te miłe słowa.

Rozmawiał Przemysław Poznański

*Gołda Tencer – aktorka, reżyserka, dyrektor Teatru Żydowskiego w Warszawie. Założycielka Fundacji Shalom, inicjatorka i twórczyni Festiwalu Kultury Żydowskiej Warszawa Singera. Publiczność uwielbia ją nie tylko za role w klasycznych sztukach w języku jidysz np. Leę w „Dybuku” An-skiego, lecz także za osiągnięcia wokalne. Popularność przyniosły jej również kreacje filmowe. Zagrała m.in. w „Davidzie” Lilienthala i „Austerii” Kawalerowicza oraz w komedii „Alles auf Zucker!”. Jest laureatką takich nagród jak: złoty medal Gloria Artis, medal „Dla ludzi czyniących dobro” oraz francuskiej Fundacji Leona Skopa i Feli Rosenbaum za działalność na rzecz historycznej odnowy Żydów w Polsce poprzez promowanie tradycji, kultury i języka jidysz. W 2011 r. została uhonorowana Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski za upowszechnianie kultury żydowskiej oraz osiągnięcia w pracy twórczej i artystycznej.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej