Może zamiast płakać nad tym, że ktoś obiektywnie stary umarł, powinniśmy raczej zastanowić się, co my zrobimy z czasem, który nam pozostał. Jeśli go nie wykorzystamy, śmierć nie będzie największą stratą – pisze w październikowym felietonie Dawid Kornaga.

Kiedy umiera ktoś sławny, na przykład aktorka, która grała w czasach, gdy kino było czarno-białą projekcją dla ludzi ubranych w garnitury i kapelusze, albo muzyk, którego winyle kurzą się teraz w piwnicach kolekcjonerów obok płyt z Elvisem czy Beatlesami, to sociale natychmiast wpadają w histerię.
„Strata nie do powetowania!, „Świat już nigdy nie będzie taki sam!”, jęczą internauci, jakby śmierć była nowym, zaskakującym odkryciem naukowym, a nie jedyną gwarancją, jaką daje nam życie. Tymczasem ten zmarły już niestety, na pewno nieodżałowany geniusz miał dziewięćdziesiąt pięć lat. Albo, co gorsza, „młodszy” od niego, tylko osiemdziesiąt dziewięć. Wiek, w którym większość z nas zapewne zamarzy o tym, by pamiętać, gdzie położyliśmy okulary i czy w ogóle je mamy.
Tak że tak.
Kiedyś ludzie podchodzili do śmierci z większym dystansem i – mierząc we współczesność – mniejszą ilością „dram” postów na Facebooku. W średniowieczu, jeśli ktoś dożywał czterdziestki, nie mówiąc o pięćdziesiątce, uważano go za rekordzistę długowieczności. Dzisiaj, gdy jakiś sławny dziewięćdziesięciolatek (na przykład niedawno Robert Redford, a za chwilę Clint Eastwood) odchodzi we śnie, media ogłaszają „tragiczną stratę dla kultury”. Tłumy zmieniają zdjęcia profilowe na czarno-białe, jakby to był koniec świata, nie zaś logiczne zwieńczenie długiego, często bardzo udanego życia. Kiedy umiera ktoś, kto przeżył dwie wojny, kilka kryzysów ekonomicznych, rewolucję cyfrową i co najmniej jedną modę na punkowego irokeza oraz dwie mody na hipsterskie brody, słyszymy: „Zabrano go za wcześnie”. Jakie za wcześnie? Przecież ten człowiek zdążył zrobić więcej niż my wszyscy razem wzięci przez najbliższe dwa dziesięciolecia.
W niektórych subkulturach śmierć traktuje się z humorem. Weźmy na przykład muzyków heavymetalowych. Ci mężczyźni (zresztą i kobiety) śpiewają o śmierci z takim entuzjazmem, jakby to była najlepsza impreza w ich życiu. Nie płaczą, nie biadolą, grają i piją za zdrowie tych, którzy odeszli, a potem organizują kolejny koncert. A jednak, gdy umiera ktoś w wieku ku temu słusznym, słyszymy: „Jak to możliwe?!” Naprawdę? Tak samo, jak to, że słońce wschodzi na wschodzie, a politycy obiecują gruntowne reformy tuż przed wyborami.
Niektórzy filozofowie od wieków próbują nas pocieszyć. Choć zazwyczaj robią to w tak skomplikowany sposób, że po przeczytaniu ich tekstów zaczynamy się zastanawiać, czy nie popadliśmy we wtórny analfabetyzm. Montaigne pisał, że śmierć jest częścią życia, więc nie ma sensu się jej bać. No że chyba mamy nieopłacone rachunki (moja dygresja). Zaś Schopenhauer by się tylko uśmiechnął sarkastycznie, wypił kolejną filiżankę swojej ulubionej gorzkiej herbaty i powiedział: „Właśnie, a co wy sobie roicie? Że będzie inaczej?” (moja dygresja). Przecież nikt nie obiecywał nam nieśmiertelności. Ani nawet długowieczności.
Nie ma sensu udawać, że śmierć to zaskoczenie. To tak, jakbyśmy co roku byli zdumieni, że zima nadchodzi w grudniu, a wiosną okazuje się, że znów musimy coś zrobić z ogrodem. Naprawdę? Nie ma sensu płakać nad tym, co nieuniknione, chyba że faktycznie nie mamy nic lepszego do roboty. Netflix oferuje tysiące godzin streamingu, a TikTok pozwala oglądać obce koty przez cały dzień. Trudno więc uwierzyć, że ktoś dobrowolnie wybiera płacz nad cudzym losem. Niektórzy mają szczęście umrzeć z godnością, zamiast powoli zamieniać się w ludzki odpowiednik rośliny doniczkowej, podłączonej do kroplówki, telewizora i coraz bardziej irytującej rodziny. A my? Udajemy, że to tragedia, gdyż boimy się własnej śmiertelności bardziej niż tego, że kiedyś zabraknie promek w Żabce. Łatwiej płakać nad obcymi, martwymi sławami, niż zastanowić się, co my robimy ze swoim życiem.
Jeśli ktoś przeżył prawie dziesięć dekad, ma pełne prawo umrzeć. Nie musi czekać, aż łaskawie uznamy, że „wreszcie mu się należy ten wieczny spoczynek”. Zwłaszcza że my sami prawdopodobnie będziemy wtedy zajęci narzekaniem na przykład na zbyt wysokie rachunki za fundusz remontowy w naszym bloku. Skończmy z użalaniem się nad tymi, którzy odchodzą w wieku, kiedy większość z nas będzie miała szczęście pamiętać własne imię i hasło do konta bankowego. Życie można przetrawić na narzekaniu, że wszystko dawniej było lepsze, albo na robieniu czegoś, co sprawi, że kiedy umrzemy, ludzie powiedzą: „Szkoda, ale przynajmniej nie zmarnował czasu”.
Więc może zamiast płakać nad tym, że ktoś obiektywnie stary umarł, powinniśmy raczej zastanowić się, co my zrobimy z czasem, który nam pozostał. Jeśli go nie wykorzystamy, śmierć nie będzie największą stratą. Tylko to, że przeżyliśmy całe życie, nie robiąc nic wartego uwagi. Poza oczywiście maratonowym oglądaniem seriali i narzekaniem, jaki to mamy klimat oraz na polityków. Dlatego kreujmy sobie przeróżne szanse. Chyba że wolimy płakać. Wtedy oczywiście proszę bardzo. Łez nigdy za wiele, a rolki na socialach wygłodzone są nowej dramy. Ale pamiętajmy: nawet najgłośniejszy płacz nie sprawi, że ktoś wróci z tak zwanych zaświatów. Chyba że jako zombie, czego sobie zdecydowanie nie życzmy, zwłaszcza w Halloween.
Czytaj także:

