Dziś 104. urodziny Stanisława Lema. Z tej okazji Wojciech Gunia przedstawia krótką ściągawkę dla tych, którzy jeszcze nie znają – albo dopiero zamierzają poznać – twórczości największego polskiego geniusza fantastyki naukowej.
Stanisław Lem jest klasykiem polskiej literatury XX wieku. Kropka. Jego twórczość znać wypada, bo dziś nie znać nic Lema to jak nie wiedzieć, o czym jest „Lalka”, Pan Tadeusz, wiersze Herberta i Miłosza. Nieznajomość Lema wyklucza z grona…
Dobra, nie ma nic gorszego niż zacząć tekst o twórczości świetnego pisarza frazą gombrowiczowską (Stanisław Lem wielkim pisarzem był), by płynnie przejść z niej do pedagogiki wstydu. To jest portal literacki, a nie szkoła, nieprawdaż? Przekazywanie radości z czytania wydaje się lepszą metodą niż wzbudzanie zawstydzenia z powodu nieczytania. Dlatego dziś podzielę się moją radością.
Twórczością Stanisława Lema zaraził mnie tato. Miałem 13 lat, gdy pewnego wieczoru ojciec – ze śmiertelnie poważną miną – dał mi do ręki niepozorną książeczkę, z wytłoczonym tytułem „Niezwyciężony”.
– Spróbuj – powiedział. – Myślę, że to ci się spodoba.
Spróbowałem i… Przestałem próbować dopiero, gdy przewróciłem ostatnią stronę. To było coś! Przygoda, akcja, suspens, dreszcze grozy jakich nie doświadczyłem nigdy wcześniej – świat Regis III wchłonął mnie tak, jak pustynna planeta wchłonęła załogę Kondora, choć oczywiście ze skutkiem dla mnie nieporównywalnie lepszym niż dla pechowych astronautów z powieści. Nie trzeba było mi nic więcej mówić – pochłonąłem wszystko z nazwiskiem Lem, co tylko udało mi się znaleźć w domu. Niektóre książki pokochałem od pierwszej lektury („Powrót z gwiazd”), do innych musiałem dojrzeć („Solaris”), a od innych odbiłem się jak piłeczka od muru, by dopiero po latach wrócić i zrozumieć ich wielkość. Wielkość tekstu literackiego to nie jest żaden szkolny aksjomat – to odczucie, jednocześnie paraliżujące i wspaniałe, którego doznajemy, gdy czytamy coś, co rozszerza nasze rozumienie świata, gdy otwiera nas na nowe myśli, odczucia i perspektywy.
Tyle osobistych wycieczek. Dobrze jest czytać Stanisława Lema. Być może jeszcze nie próbowaliście albo spróbowaliście w niewłaściwym momencie. Tak też się zdarza. Jak zatem zacząć czytanie Lema, żeby mieć z tego i frajdę i uzysk – nazwijmy – intelektualny? Obserwując mojego syna zauważyłem, że ludzie uwielbiają wszelkie możliwe „topki”. No dobrze. To moja Lemowska topka. Najpierw ta oczywista. A później mniej oczywista. Choć to wybór chwili, jutro albo za tydzień pewnie skonstruowałbym te listy zupełnie inaczej.
Oczywiste top 5 Stanisława Lema
Solaris

Ach, Solaris. Żelazny klasyk światowej science fiction, spięty z nazwiskiem Lema tak, jak z nazwiskiem Sienkiewicza jest spięta jego Trylogia. Mówimy jedno i od razu myślimy o drugim (i vice versa). „Solaris”, jedyna polska powieść, która doczekała się dwóch zagranicznych adaptacji filmowych, zrealizowanych przez reżyserów światowego formatu: znienawidzonej przez samego Lema, choć nie mniej genialnej wersji Andrieja Tarkowskiego z 1972 r. i poprawnej, hollywoodzkiej ekranizacji Stevena Soderbergha z 2002 r. („Solaris” doczekało się w sumie czterech adaptacji: pierwszą był radziecki film telewizyjny z 1968 r. w reżyserii Borisa Nirenburga i Lidii Isimbayevej, a ostatnią – japoński remake filmu Tarkowskiego z 2007 r., autorstwa Ryûsuke Hamaguchiego, jednakże ze względu na brak dystrybutora i kwestie prawne tego filmu nikt poza wąskim gronem japońskich widzów nie oglądał.) Czymże jest Solaris, że zdobyło taką sławę?
To opowieść o pierwszym kontakcie, która jako jedna z pierwszych powieści sf uderzyła w nieznośny antropocentryzm w ukazywaniu obcych. Ten z „Solaris” jest naprawdę totalnie obcy – to żywy (?), myślący ocean pokrywający całą planetę, władny prześwietlić najgłębsze zakamarki ludzkiej psychiki i zmaterializować kryjące się w niej lęki, traumy i tęsknoty. Ocean przenika człowieka, ale człowiek nie jest w stanie przeniknąć oceanu – dlatego też „Solaris” jest powieścią o poznawczej klęsce, jaką ludzkość ponosi, gdy stykając się z czymś z gruntu nieludzkim, nie potrafi wyjść poza właściwy sobie sposób myślenia. Może tylko mnożyć teorie i teksty, zgadywać i domniemywać, zamknięta w bańce własnych uwarunkowań intelektualnych, biologicznych i kulturowych. „Solaris” nie jest jednakże wyłącznie traktatem filozoficznym. Jest też gorzkim romansem – chciałoby się powiedzieć romansem zza grobu – oraz gotycką powieścią grozy przeniesioną w kosmos, w której ponure zamczysko zastąpiła stacja kosmiczna, nieprzenikniony las – dziwaczna planeta i pustka przestrzeni kosmicznej, a nawiedzającego głównego bohatera ducha dawnej kochanki – materialny fantom, jednocześnie ludzki, jak i przerażająco nieludzki.
Niezwyciężony

Przygodę z Lemem najlepiej zacząć właśnie od „Niezwyciężonego”. Jak już wiecie, mówię z własnego doświadczenia. Dlaczego tak jest? Ponieważ to Lem najbardziej przyjazny czytelnikowi spragnionemu atrakcji fabularnych w postaci wartkiej akcji i efektownych, batalistycznych scen. To również powieść, która 60 lat po napisaniu znlazła drugie życie w nowych mediach. Powstało na jej podstawie wystawne słuchowisko Audioteki, doskonała powieść graficzna Rafała Mikołajczyka i gra video Starward Industries. Powieść „Niezwycieżony”, historia misji ratunkowej poszukującej na pustynnej planecie Regis III zaginionego statku Kondor i odkrywającej przerażającą tajemnicę tego martwego globu, jest pełna scen, które wprawne studio filmowe przerobiłoby na oszałamiające efektami specjalnymi widowisko. Książka Lema śmiało romansuje też z kosmicznym horrorem, serwując momenty dosłownie ścinające krew w żyłach. Najważniejsza jest jednak warstwa filozoficzna tej książki: refleksja nad wpływem procesów ewolucyjnych na technologię pozbawioną świadomego nadzoru (co zdaje się szczególnie ważkim pytaniem w kontekście rozwoju SI), nad ekonomią wojny (można „Niezwyciężonego” czytać dziś jako antycypację wojny dronowej w Ukrainie, w której tanie, masowo produkowane, niewielkie rozmiarami środki bojowe skutecznie niszczą drogie, zaawansowane technologicznie urządzenia, czyniąc jednocześnie znaczne obszary ziemi niezdatnymi do życia), ale też nad znaczeniami takich pojęć jak „lojalność”, „poświęcenie” – czyli, w skrócie mówiąc, „człowieczeństwo”.
Cyberiada

„Cyberiada” to dowód na dwie rzeczy: ogromne, absurdalne poczucie humoru Lema i na jego literacką wirtuozerię objawiającą się fenomenalnym słowotwórstwem i łatwością tworzenia piętrowych gier językowych. I na przenikliwą mądrość. No tak, to już trzy rzeczy, ale powodów do lektury Cyberiady jest znacznie więcej. Najważniejszy jest taki, że te przewrotne, czasami makabryczne bajki o przygodach Trurla i Klapaucjusza, pakujących się raz po raz w rozmaite nieszczęścia (bardzo często za sprawą własnych przywar – pychy, głupoty, małostkowości) czyta się jednym tchem, a w czytelniku walczą głęboki, czasami rubaszny śmiech i refleksja nad uniwersalnością ludzkich przywar, które z jednej strony istnieją niezależnie od kontekstów technologicznych, a z drugiej – bywają przewrotną ostoją człowieczeństwa w świecie zmieniającym się nie do poznania z każdym technologicznym przewrotem. Poza tym przeniesienie bajki w realia właściwe fantastyce naukowej okazało się fenomenalnym, bardzo świeżym pomysłem, na którego tak efektowne wykonanie mógł sobie pozwolić jedynie pisarz takiego formatu jak Lem.
Summa technologiae

Nie tylko beletrystyką twórczość Stanisława Lema stoi. Jeśli chcemy zabłysnąć w towarzystwie, dobrze od czasu do czasu rzucić: „A czy wiecie, że już w 1964 roku Lem pisał o rzeczywistości wirtualnej („fantomatyce”), sztucznej inteligencji („intelektronice”), nanotechnologii i ewolucji wspomaganej technologicznie”? Futurologia jest wprawdzie pseudonauką – prawdziwość lub fałszywość stawianych przez nią teorii i hipotez leży poza granicami prawa falsyfikacji, przez co niewiele różni się futurologia od wróżbiarstwa – ale Lem w swoich prognozach i przewidywaniach wykazywał się zadziwiająco celną intuicją. Dziś eseje Lema można czytać przede wszystkim jako świadectwo imponującej przenikliwości intelektu, który z chaosu rzeczy dostępnych poznawczo i pojęciowo w czasie, na który przypadło jego życie, potrafił pochwycić nici wiodące ku przyszłości. Są te eseje nie tylko dokumentem minionego, efektowną kapsułą czasu, której lektura daje nam dreszcz zdumienia świeżością swojej zawartości, ale też skarbnicą pytań, które – wobec ekspotencjalnie przyspieszającego rozwoju technicznego – musimy sobie stawiać, by w tej galopadzie na oślep nie zgubić kompasu. Co się stanie, gdy stracimy wpływ na rozwój technologii? Co zrobimy, gdy owoce kolejnych etapów ewolucji technologii okażą się zbyt złożone, abyśmy mogli je rozumieć? Nie są to pytania na zaś. Są to palące pytania na już.
Powrót z gwiazd

Znacie zapewne memy o czytniku książek elektronicznych, z cytatem wyjętym właśnie z „Powrotu z gwiazd”. Dzięki nim tytuł zaistniał w świadomości niezliczonej rzeszy internautów, a przecież ta powieść ma do zaoferowania o wiele więcej niż spełnione gadżeciarskie wróżbiarstwo. „Powrót z gwiazd” – niespieszna historia astronauty, który wskutek Einstenowskiej dylatacji czasu wraca z misji kosmicznej na Ziemię, na której upłynęło 127 lat i dokonał się cywilizacyjno-technologiczny przewrót – zawiera jedne z najcelniejszych prognoz socjologicznych, jakie Lem napisał. Świat, do którego wraca Hal Bregg, to świat z pozoru idealny. Nie trzeba w nim pracować, walczyć o zasoby, a ludziom nie grozi żadne zło. A nie grozi, bo globalny program modyfikacji populacji planety – betryzacja – wyeliminował z ludzkiego istnienia wszelkie popędy agresywne. To, co zdaje się z początku idyllą, zmienia się w pluszową, egzystencjalną udrękę, gdyż wymuszona globalnie łagodność przyszła z mniej chcianym inwentarzem w postaci atrofii jakiejkolwiek pasji i ciekawości. Ludzkość, która wybiła sobie kły i obcięła pazury, przedzierzgnęła się w kanapowego kota, zainteresowanego głównie wygodnym leżeniem na poduszce. Bregg, który podczas misji kosmicznej wciąż walczył o przetrwanie w bezwzględnym środowisku kosmosu, poszerzając jednocześnie cywilizacyjny horyzont poznawczy, nie może się odnaleźć w świecie, w którym przestało chodzić o cokolwiek poza wygodą i bezpieczeństwem. Zwłaszcza, że ta konsumpcjonistyczna idylla wciąż jest podszyta przemocą i opresją, tyle że skierowaną przeciwko nieludzkim formom inteligencji oraz… tym, który ów rozkoszny porządek świata nie odpowiada. Pytanie, które wybrzmiewa z Powrotu z gwiazd, jest całkiem tragiczne: czy to nie aby przyrodzone nam ewolucyjnie zło i skłonność do przemocy i ryzyka sprawiają, że jednocześnie jesteśmy zdolni do aktów odwagi, do poszukiwania wiedzy i do rozwoju? Czy nie jest ono jednym z tych fundamentów, bez których człowiek obumiera w człowieku? I czy dobro, do którego jest się zmuszonym, na pewno jest dobrem?
W porządku, mamy za sobą żelazny kanon. Pora sięgnąć nieco głębiej.
Nieoczywisty top 5 książek Stanisława Lema
Kongres futurologiczny

Nawet nie na tym rzecz polega, że napisany w 1970 r. „Kongres” to proto-„Matrix” albo proto-„Incepcja”, gdzie nic nie jest tym, czym się wydaje, a kolejne warstwy ułud zdrapywane są jak pokłady farb ze ścian, ale w tym, jak szyderczo – i równie wielowarstwowo – ta minipowieść opisuje naszą współczesność. Znowu. Ale tym razem naprawdę dotkliwie.
Z jednej strony jest to doskonała satyra na kulturę gadania, na świat kongresów, sympozjów, konferencji, walnych zgromadzeń, zjazdów i wszystkich tych wydarzeń, podczas których ludzie wygłaszają górnolotne kawałki o konieczności rozwiązania palących problemów świata, podczas gdy tym, co najbardziej każdego uczestnika interesuje, to załapanie się o czasie na catering – frymuśne paszteciki i kanapeczki, świeżą kawę i ciastko, na „networking”, wręczenie właściwej osobie swojej wizytówki oraz na wieczorny bankiet, na którym można się nażreć i napić jeszcze raz. Nie wiem, czy ktoś kiedyś napisał równie jadowity rant na kulturę mnożenia pustosłowia, nadprodukcji pozbawionych znaczenia treści (które są na ogół kompilacją innych pozbawionych znaczenia treści), na oślizgłość świata dyplomacji, oderwanie kongresowo-forumowego świata od problemów, o których kongresowo-forumowy świat tak bardzo lubi mówić.
Z drugiej strony sednem tej czarnej jak najgłębsza otchłań komedii nie są przecież przygody gromadki konferencyjnych darmozjadów, tylko manipulacja. „Gdzie leży prawda o świecie?” To naiwnie postawione pytanie. Pytanie mniej naiwnie postawione, w kontekście dzisiejszych czasów wręcz tragiczne, brzmi: czyją fikcję o świecie wolisz wybrać? Pod czyj interes podepniesz swój obraz rzeczywistości? Reżimów, politycznych fanatyków z partyjnego plemienia, korporacji, szurów? Czyje kłamstwo uczynisz prawdą swojego świata? I czy w ogóle to ty sam wybierasz, czy ten wybór dokonuje się ponad twoją głową?
„Kongres futurologiczny” można traktować i jako zapowiedź kryzysów opiodowych i jako satyrę na kulturę suplementacji oraz tzw. „modnych lekarstw” (celebryci masowo odchudzający się ozempikiem), na świat przepełniony jedzeniem naszprycowanym chemią, aby udawało dobre jedzenie, ale także – i to chyba jest najbardziej wizjonerski aspekt tego utworu, bo przecież Lem nie znał w 1970 r. „dobrodziejstw” internetu – na świat, którego gospodarka coraz bardziej opiera się pustych kaloriach, na wytwarzaniu „dóbr” bez żadnego pokrycia w jakiejkolwiek realnej wartości. Ci wszyscy influencerzy, tiktokerzy, youtuberzy, którzy monetyzują ludzką uwagę produkując filmiki zmieniające mózgi w karmel, tworzący swoje fałszywe rzeczywistości i wirtualne kreacje, w które wierzą ślepo miliony ludzi – to jest właśnie coś, czego Lem ze swojego doświadczenia znać nie mógł, a w czego zaistnienie trafił idealnie, w samo sedno.
Maska

To ci dopiero dziwactwo! Nic dziwnego, że tą osobliwą nowelą zainteresowali się bracia Quay, mistrzowie poklatkowej, surrealistycznej animacji lalkowej. Bo w gruncie rzeczy to opowieść o lalce. Lalce, dodajmy, zabójczej: maszynie do zabijania ukrytej pod powierzchownością pięknej kobiety. Stworzona, by zgładzić dysydenta politycznego, opowiada swoją historię: wpierw budzącej się samoświadomości, uczuć i – ostatecznie – buntu wbrew jej programowi, czyli przeciwko samemu celowi jej zaistnienia. Jest w „Masce” nastrój sennego koszmaru (on zapewne uwiódł braci Quay), wylewający się zewsząd mrok, w którym – mimo gorzkiego finału – daje się zauważyć niewielką iskierkę nadziei. Stanisława Lema często „oskarża się” o to, że jako pisarz w ogóle nie radził sobie z postaciami kobiecymi; że albo ich unikał albo tworzył papierowe, puste figury. „Maska”, pisana z perspektywy kobiety (nie od razu, tożsamość bohaterki wprost wykuwa się na naszych oczach!), dowodzi że to nie do końca prawda. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt: połączenie stylizacji XVIII-XIX wiecznej i nowoczesnej technologii odsyła nas do jednej z najpopularniejszych konwencji w obrębie współczesnej fantastyki, czyli steampunku. Utwór Lema w tym względzie jest prekursorski nawet wobec tekstów ojców tęgo nader nastrojowego podgatunku.
Głos Pana

W „Głosie Pana” – powieści napisanej w złotym okresie twórczości pisarza, gdy z maszyny do pisania wychodziło mu arcydzieło za arcydziełem – Lem chyba po raz pierwszy tak radykalnie zasygnalizował, że w gruncie rzeczy od fantastycznych okoliczności bardziej interesuje go filozoficzny ciężar nurtujących go pytań. „Głos Pana” niby jest powieścią – ma czas i miejsce akcji, jest w nim pewien świat przedstawiony, są wyraziście nakreślone postaci i nawet jest intryga o kosmicznym wymiarze, ale to tylko pozory: mamy w gruncie rzeczy do czynienia z ledwie fabularyzowanym esejem filozoficznym, w którym Lem bierze się za bary z pytaniami największego kalibru (które, warto zaznaczyć, w zasadzie wyznaczały horyzont jego dociekań i przewijają się we wszystkich najważniejszych książkach). Jak bardzo możemy wyjść poza nasze uwarunkowania kulturowe, by zrozumieć świat? Ile naszego poznania jest jedynie projekcją tego, jacy jesteśmy (i jak bardzo sami siebie w tym nie rozumiemy)? To jest rdzeń, wokół którego orbitują tematy z zakresu etyki, teorii komunikacji, lingwistyki, teorii nauki, kosmologii, a całość jest podlana gorzkim komentarzem politycznym – wszak opis Projektu MAVO i jego klęski to przecież jeden do jednego opis Projektu Manhattan, a w tle przemykają zawoalowane, ale czytelne nawiązania do nie tak odległego od czasów jej wydania Holokaustu. Głos Pana to książka trudna, nieprzyjazna, o gęstości świeżo rozrobionego betonu, ale wynagradzająca czytelnikowi podejmującemu rzucane przez nią wyzwanie ogromną satysfakcją, jak i poczuciem, że oto właśnie przeczytało się jedną z tych książek, które mają moc zmieniania sposobu, w jaki patrzymy na świat.
Śledztwo

I znów – chaos świata i jego wielka niepoznawalność. Tym razem jednak w zupełnie innej, zgoła niekosmicznej formie: „Śledztwo” to bowiem – jeśli patrzeć kryteriami literatury konwencji – osobliwa, niespotykana hybryda kryminału i onirycznej powieści grozy, z obszarów które dziś określamy jako weird fiction. Historia dochodzenia, prowadzonego przez porucznika Gregory’ego w sprawie tajemniczych zniknięć zwłok z londyńskich kostnic wprowadza nas w mroczny labirynt ciasnych ulic, zamglonych pustkowi, ciemnych domostw i ich niepokojących mieszkańców. Z pewnością jest to jedna z najbardziej nastrojowych powieści Lema, sącząca powoli w czytelnika nastrój niepokoju i od czasu do czasu serwująca mu najprawdziwszy, przenikający do szpiku kości horror. Jest to nader atrakcyjne opakowanie dla historii o ludzkich próbach oswojenia „świata nadmiarowego”, o próbach uszeregowania i poukładania chaosu rzeczy, które zachodzą wokół nas, a w których bardzo chcielibyśmy widzieć sens i przyczynę, wpisać je w jakiś metafizyczny ład. Ładu jednak nie ma – mówi Lem ustami swoich bohaterów, jest tylko statystyka i to ona określa ramy tego, co możliwe, a co nie. Przeczytawszy „Śledztwo” należy koniecznie zwrócić uwagę na znakomitą adaptację tej powieści, dokonaną przez Waldemara Krzystka w Teatrze Telewizji w 1997 r., z Mariuszem Bonaszewskim w roli porucznika Gregory’ego, Jerzym Grałkiem w roli inspektora Shepparda i Mariuszem Benoit jako doktorem Scissem. Doskonale oddaje ona hipnotyczny, oniryczny nastrój tego post-kryminału, którego rozmaite nici filozoficzne łączą zarówno z „Kosmosem” Gombrowicza, jak i „49 idzie pod młotek” Thomasa Pynchona.
Fiasko

To ostatnia powieść Stanisława Lema. Ostatnia i z pewnością najbardziej ponura; żegnamy się w niej – w makabryczny sposób – z najsłynniejszym bohaterem Lema, pilotem Pirxem. Choć Ziemianie we „Fiasku” dysponują oszałamiającą technologią – potrafią nie tylko wskrzeszać zmarłych, obracać całe planety w perzynę, ale też podróżować z wykorzystaniem czarnych dziur, nadal nie potrafią tego, czego u Lema nie potrafili nigdy: zrozumieć świata, w który zaprowadziły ich ewolucyjne ścieżki. Tego, czego nie potrafią zrozumieć, spróbują zagadać, a jeśli i to się nie uda – zapragną zniszczyć. Pęd ludzi, by skontaktować się z mieszkańcami Kwinty, by zmusić ich do wymiany kosmicznych uprzejmości, przedzierzgający się niepostrzeżenie w kosmiczny Holokaust, to jeden z najbardziej gorzkich, przygnębiających momentów Lema. Żadne wzniosłe hasła i żadna technologia nie wymażą z homo sapiens tego przerażającego, do cna zdemoralizowanego ducha konkwistadora. „Fiasko”, mimo gargantuicznego ciężaru, to jednocześnie powieść szalenie widowiskowa, która dziś być może doskonale odnalazłaby się jako ambitna superprodukcja, która zadowoliłaby zarówno gusta widzów łaknących scen o niezwykłym rozmachu, jak i intelektualnej, filozoficznej szermierki na słowa. Wszak bohaterowie Lema, nawet jeśli niszczą całe globy i rozdzierają czarne dziury, wciąż uprawiają filozoficzny boks, próbując pogodzić własną bezradność wobec ogromu świata oraz jego niezaspokojoną ciekawość.

