Ze wszystkich ludzkich religii najbardziej fundamentalną i jednocześnie najbardziej tragiczną jest wiara w istnienie metafizycznego porządku. Paradoksalnie, to właśnie wiara w ład nie pozwala nam odróżniać prawdy od fikcji.
A jednocześnie nie możemy bez niej funkcjonować. Ten wrodzony ludzki defekt stał się głównym tematem twórczości Thomasa Pynchona, zwłaszcza jego najsłynniejszej powieści „49 idzie pod młotek”. Pisze Wojciech Gunia.

Edypa Maas dostaje zadanie zrealizowania testamentu dawnego kochanka, kalifornijskiego magnata nieruchomości. Sprawa wydaje się tyleż trywialna, co nudna – chodzi wszak o inwentaryzację różnych rozproszonych dóbr, w których posiadanie wszedł zmarły. Na szczęście dla czytelnika dość szybko Edypa, rozszyfrowując zawiłości majątkowe (włości i wpływy Pierce’a Inverarity’ego rozsiane są po całej Kalifornii) wikła się w śledztwo w sprawie dziwacznego spisku, na którego trop wpada przypadkiem: istnienia tajnego systemu pocztowego Trystero; ekspozytury jakiejś nieoczywistej alternatywnej organizacji społecznej, która zdaje się trwać i działać w biegu dziejów od kilkuset lat.
Z pozostawionych w tekstach literackich wzmianek, z symboli nakreślonych w nieoczywistych zaułkach Kalifornii, z pogłosek zasłyszanych od nader barwnej plejady drugoplanowych bohaterów Edypa próbuje zrekonstruować ukrytą prawdę o „świecie pod światem”. Czy Trystero istnieje, czy to jedynie urojenie, które w Edypie indukuje nadzłożoność świata, nadmiarowość symboli, informacji, wielość sprzecznych interesów; cały ten chaotyczny gąszcz znaków, w których ludzki mózg pragnie za wszelką cenę dostrzec jakieś prawidłowości, ustalić porządkujące wzory?
Inicjacja niedokonana
Jest „49 idzie pod młotek” powieścią inicjacyjną, w której proces inicjacji – rytuał przejścia – zostaje oparty o ramy śledztwa, obejmującego kręgi o coraz bardziej metafizycznym zasięgu. Dochodzenie Edypy w sprawie majątku Iverarity’ego przeistacza się w dochodzenie dotyczące spisku, to zaś przechodzi w śledztwo nad światem oraz własnym uwikłaniem w jego chaos. Bo przecież relacji między chaosem a porządkiem rzecz dotyczy, a w zasadzie obsesyjnej potrzeby szukania porządku, jakiejś spójnej struktury w rzeczywistości coraz bardziej wymykającej się możliwościom poznawczym człowieka. Z tego też powodu inicjacja w pełnoprawne uczestnictwo w świecie ma szczególny charakter: pozostaje na zawsze w trybie niedokonanym. Punkt wyjścia, jakim jest stan niewinności – wiara w istnienie ładu – nie ma żadnego symetrycznego punktu dojścia w postaci zadeklarowanej niewiary; domniemane istnienie ładu zostaje zastąpione jego coraz bardziej desperackim poszukiwaniem. Jest to dążenie niezbywalne: ład jest wszak niezbędny zarówno dla podstawowego poczucia bezpieczeństwa, jak i zachowania wewnętrznej integralności. Akt inicjacyjny, który staje się udziałem Edypy, to zatem jednocześnie walka o samego siebie a zarazem – z każdym kolejnym krokiem – podważanie własnego statusu.
To niemożliwe do zrealizowania poszukiwanie jednej, spójnej prawdy łączącej w sobie rozpełzające we wszystkie strony elementy świata otwiera człowieka na jej rozmaite warianty. Ich prawdopodobieństwo mierzone jest wyłącznie zręcznością wytwórcy w spajaniu wyłowionych z chaosu świata elementów w jedną konstrukcję, do nakładania na chaos możliwie przejrzystej mapy – nawet jeśli ta mapa jest jedynie projekcją pragnień albo lęków człowieka, który ją tworzy.
Gra z „Procesem”
Kalifornijska, formacyjna (czy raczej deformacyjna) odyseja Edypy z tokiem akcji staje się coraz bardziej halucynacyjna, migotliwa – wiedzie coraz głębiej w ciemne labirynty zakazanych dzielnic, nędznych hoteli, tylnych uliczek i szemranych klubów. W takich bowiem miejscach Edypie najłatwiej wpaść na charakterystyczny symbol trąbki, niechybny ślad spisku absolutnego, przekraczającego granice czasów, państw, a nawet kontynentów.
W tym kontekście „49 idzie pod młotek” jest grą z „Procesem” Franza Kafki; grą w której poszukiwanie przez Józefa K. wszechpotężnego, niedostępnego mu sądu zostaje zastąpione perypetiami dziewczyny poszukującej ścieżki do wszechpotężnego Spisku. Adaptacja egzystencjalnych rozważań Kafki do realiów świata ponowoczesnego polega na znaczącym przesunięciu: o ile Kafka sugerował w słynnej przypowieści istnienie Prawa niedostępnego dla człowieka, o tyle w wersji Pynchona Prawo okazuje się wyłącznie kontekstowym konstruktem, czymś wiecznie in statu nascendi – ciągle tworzonym przez wszelkie odmiany przypadku i przez to niemożliwym do ustrukturyzowania, a tym samym poznania.
Znacząca jest też zamiana: prawo zostaje zastąpione przez spisek, absolutyzm niedostępnego sądu zostaje wyparty przez anarchię, wszak spisek tworzony wedle tak migotliwych reguł, tak bardzo zdecentralizowany – tak przestrzennie jak i na osi czasu – musi być anarchistyczny. Istnieniem rządzi nie prawo, żadna źródłowo niedostępna, ale wszechpotężna wyższa instancja organizująca być może absurdalny, ale jednak ład, ale czysty chaos – chaos informacji, symboli, znaczeń.
„49 idzie pod młotek” jako postkryminał (albo antykryminał, jeśli wolicie)
Ale nie tylko przewrotna gra z „Procesem” jest w książce Pynchona uderzająca. Aby oddać zmianę paradygmatu, pisarz odwołał się do powieści detektywistycznej. Dlaczego? Kryminał jest konwencją genetycznie osadzoną w oświeceniowym nakazie konkluzywności, za której wyziera warunek sensu. Narracja musi mieć wieńczące zdanie i mocną puentę, zbrodnia musi mieć sprawcę, wszelka zagadka musi znaleźć rozwiązanie, żadne pytanie nie może pozostać bez odpowiedzi. Rozum musi rozsupłać nawet najbardziej zaplątane węzły, ponieważ jest rozumem operującym narzędziami racjonalnego poznania. 49 idzie pod młotek, sięgając po kryminał i wywracając go na nice, odwracając wektor poznania (w kryminale przyrost wiedzy jest skorelowany z zawężaniem przedmiotu i wzrostem pewności sądu – u Pynchona zwrot jest dokładnie przeciwny, im więcej Edypa łapie poszlak, tym mniej wie) dokonuje zatem gestu radykalnej transgresji warunku sensu, atakując paradygmat filozoficzny, którego produktem stał się kryminał.
Powieść Pynchona – pierwszy raz wydana w 1965 r. – wpisuje się w cykl podobnych twórczych, niezależnych od siebie ekspresji, do których najwyraźniej duch czasów zmusił zupełnie różnych od siebie autorów: podobne gry z kryminałem, radykalnie odrzucające konkluzywność (a co za tym idzie – uznanie jakiegoś większego znaczenia uobecnionego w świecie) podejmowali przecież i Stanisław Lem w „Śledztwie” (1957)i Witold Gombrowicz w „Kosmosie” (1965).
Przeczytaj także:
Kalifornijski labirynt sensów i bezsensów
Tyrady bohaterów tych dwóch polskich post-kryminałów, explicite wyrażające albo zwątpienie w możliwość rozpoznania i wyodrębnienia prawdy z chaosu świata („Śledztwo”) albo niemożności uchwycenia pełni procesu stawania się wielości rzeczy („Kosmos”), mogłyby stać się równie dobrze słowami Edypy Maas, zagubionej w kalifornijskim labiryncie sensów i bezsensów (gdzie nie da się odróżnić jednego od drugiego).
Wszak gdy porucznik Gregory, bohater „Śledztwa”, doznaje epifanii chaosu uświadamiając sobie tym samym daremność własnych usiłowań:
Jeśli świat nie jest rozsypaną przed nami łamigłówką, tylko zupą, w której pływają bez ładu i składu kawałki, od czasu do czasu zlepiające się przez przypadek w jakąś całość? Jeżeli wszystko, co istnieje, jest fragmentaryczne, poronne, zdarzenia mają koniec bez początku, albo tylko środek, sam przód albo tył, a my wciąż segregujemy, wyławiamy i rekonstruujemy (…) Olbrzymiość świata, nieprzeliczalna jego mnogość jest automatycznym regulatorem codziennej zwyczajności, dzięki niej uzupełniają się pozornie luki i wyrwy, myśl dla własnego ocalenia odnajduje i scala odległe fragmenty. Religia i filozofia są klejem, wciąż składamy i zbieramy rozpełzające się w statystykę ochłapy, żeby je złożyć w sens (…) Tymczasem to jest tylko zupa… (…) istnieje tylko ślepa gra, wiekuiste układanie się przypadkowych wzorów. Nieskończona liczba Rzeczy szydzi z naszego umiłowania ładu.
Albo gdy Witold z Gombrowiczowskiego „Kosmosu” zadaje sobie pytanie:
Nie potrafię tego opowiedzieć… tej historii… ponieważ opowiadam ją ex post. (…) A jak opowiadać nie ex post? Czy więc nic nigdy nie może zostać naprawdę wyrażone, oddane w swoim stawaniu się anonimowym, nikt nigdy nie zdoła oddać bełkotu rodzącej się chwili, jak to jest, że urodzeni z chaosu, nie możemy nigdy z nim się zetknąć, zaledwie spojrzymy, a już pod naszym spojrzeniem rodzi się porządek… i kształt… Wszystko jedno…
wyrażają to samo zagubienie, które pogłębia się ze strony na stronę w przygodach Pynchonowskiej Edypy.
Pynchona teoria informacyjno-symbolicznego chaosu
Ta radykalna transgresja przymusu jednego sensu (albo zwątpienie w obiektywny sens, w możność racjonalnego rozrysowania łańcuchów przyczyn i skutków) która objawiła się w tych książkach, była wprost skutkiem całego chaosu I połowy XX wieku, w którym połączyły się zarówno odkrycia naukowe podważające jednolitość obrazu świata (np. mechanika kwantowa, ale też badania Edwarda Lorenza z początku lat 60. nad numeryczną analizą zjawisk pogodowych) jak i wydarzenia kompromitujące oświeceniowy racjonalizm jako etyczną gwarancję globalnego ładu (II wojna światowa, ludobójstwa jako uprzemysłowienie masowego mordu, totalitaryzmy). Rezonans tego przewartościowania musiał znaleźć swoje przełożenie na literaturę.
O ile jednak – jak stwierdził Witold z „Kosmosu” – literatura opowiada rzeczy ex post, zdarza się jej też – przetwarzając przeszłość i teraźniejszość – wybiec w przyszłość, po nieprzewidywalnych ścieżkach. W przypadku „49 idzie pod młotek” zdarzyła się zupełnie nieoczekiwana re-aktualizacji treści: czytana dziś powieść Pynchona okazuje się celną syntezą świata zaplątanego w narracyjny chaos, w którym systemowi, instytucjonalni dysponenci prawdy zostali skompromitowani, zaś lukę w ten sposób powstałą wypełnił informacyjny szum teorii spiskowych. Decyzja o tym, czemu przypisać atrybut prawdziwości, przestaje być w takim świecie decyzją opartą na przesłankach poznawczych bądź logicznych, jest już wyłącznie decyzją polityczną. Jest to Pynchona proroctwo wręcz apokaliptyczne.
Apokaliptyczne, ale na szczęście podane w sposób tak daleki od ponuractwa jak to tylko możliwe. Pisząc o epistemologicznym zagubieniu, ba, wręcz o balansowaniu na krawędzi poznawczej klęski w świecie nadmiaru, Pynchon postanowił skontrapunktować cieżar tematu fantastycznym komizmem. Świata nie można poznać, warto jednak się z niego – a przy okazji z samego siebie – trochę pośmiać.
Thomas Pynchon, 49 idzie pod młotek (The Crying of Lot 49)
Wydawnictwo ArtRage, 26 sierpnia 2024
ISBN: 9788367515955

