„Musiałem powiedzieć coś głośno, coś wykrzyczeć. Czasem tak bywa” – mówi Marek Stelar, autor powieści „Sedno”, która wraca w nowym wydaniu. Rozmawia Przemysław Poznański.

Przemysław Poznański: Podróż nocnym pociągiem ze Szczecina do Warszawy, podczas której – wskutek wielu okoliczności – dochodzi do konfrontacji: między pasażerami, ale może przede wszystkim bohaterów z własnymi słabościami, przewinami, grzechami. Jaka była geneza tak niezwykłej książki, unikalnej w twoim dorobku?
Marek Stelar: Pomysł wpadł mi do głowy… podczas nocnej podróży pociągiem ze Szczecina do Warszawy. Nie mogłem spać, więc obserwowałem innych pasażerów. Nie było ich wielu, więc do każdego mogłem sobie dopowiedzieć jakąś wymyśloną historię. Nic z tym potem nie zrobiłem, ale w pewnym momencie skontaktowała się ze mną jedna z platform streamingowych, które wchodziły wtedy na polski rynek i szukały młodych, dobrze zapowiadających się i nieoczytanych autorów, którzy napisaliby dla nich jakąś historię na 10 odcinków, z których każdy kończyłby się „pierdolnęciem” (tak to zostało określone), czyli cliffhangerem. Temat był dowolny, choć dobrze widziane było coś mrocznego. Napisałem wtedy historię, która była zaczątkiem „Sedna”. Ostatecznie nie dogadaliśmy się, ale mi było żal tej fabuły. Widziałem w niej spory potencjał. Wtedy pomyślałem, że ją podrasuję i stworzę z niej powieść. Przy okazji pomyślałem też, że to będzie mój hołd dla różnych twórców popkultury, dla dzieł, które uwielbiam, w tym dla powieści „Drach” Szczepana Twardocha czy noweli „Langoliery” Stephena Kinga. Zaczęły mi przychodzić też do głowy cytaty z filmów, książek, z komiksów. A jednocześnie pod tą warstwą chciałem cały czas umieścić coś głębszego. Przyznam, że z początku nawet dobrze się bawiłem pisząc tę historię, konfrontując te postaci, ale potem – gdy okazało się, że zło wyłazi ze wszystkich porów tej historii – było mi już mniej do śmiechu. Gdy zacząłem zagłębiać się w temat winy i kary, odpowiedzialności za grzechy, okazało się, że książka spuchła od zawartego w niej zła i ze śmieszno-strasznej historyjki, jaką miała być w założeniu, przerodziła się w moje osobiste rozliczenie ze złem tego świata, stała się moim krzykiem niezgody na to, co złego dzieje się wokół nas. Ostatecznie ta historia kosztowała mnie bardzo dużo emocji. Chyba właśnie w niej dałem najwięcej z siebie.
Narrator powieści, Sebastian Kolasiński, jest człowiekiem na życiowym zakręcie i ma wiele powodów do wyrzutów sumienia. Ale tak naprawdę wszyscy pasażerowie, o których piszesz, mają coś na sumieniu. To też w jakimś sensie postaci archetypiczne, tworzące też przekrój społeczny: architekt, aktor, dramaturg, księgowy, kibol, budowlaniec, „szczęśliwe małżeństwo”, „piękność”.
– Bohaterowie reprezentują konkretne typy, ale to tylko maski. Wydaje mi się, że każdy z nas jest „typowy”, przynajmniej w odbiorze zewnętrznym, a przecież jednocześnie każdy jest inny dzięki swoim pasjom, hobby, talentom, ale i z powodu mrocznych tajemnic, które w sobie nosi, a które czasem wychodzą na jaw. W najmniej oczekiwanych okolicznościach. Dlatego ostatecznie okazuje się, że poprzez tych z pozoru zwykłych ludzi opowiadam choćby o takich problemach jak przemoc domowa, kibolstwo, niewłaściwie ukierunkowany i rozumiany hurrapatriotyzm.
Przyznam, że z początku nawet dobrze się bawiłem pisząc tę historię, konfrontując te postaci, ale potem – gdy okazało się, że zło wyłazi ze wszystkich porów tej historii – było mi już mniej do śmiechu. Gdy zacząłem zagłębiać się w temat winy i kary, odpowiedzialności za grzechy, okazało się, że książka spuchła od zawartego w niej zła i ze śmieszno-strasznej historyjki, jaką miała być w założeniu, przerodziła się w moje osobiste rozliczenie ze złem tego świata, stała się moim krzykiem niezgody na to, co złego dzieje się wokół nas.
Czy tworząc te złożone, niejednoznaczne postaci opierałeś się także na cechach osób, które znasz? Jak tworzyłeś bohaterów „Sedna”?
– Popłynąłem z wyobraźnią. Owszem, brałem jakieś detale ze znanych mi życiorysów, nawet niekoniecznie osób, które znam osobiście, ale to drobiazgi. Zależało mi przede wszystkim na zderzeniu ze sobą tych przeróżnych typów, stanowiących konglomeraty cech ludzi pochodzących z różnych baniek. Każdy z nas żyje w często nieprzenikalnym środowisku ludzi jemu podobnych i w zasadzie o innych bańkach mamy mgliste pojęcie. Owszem słyszeliśmy o nich, wiemy co nieco choćby o kibolach, ale chodziło mi o to, żeby te różne doświadczenia rzeczywiście spotkały się twarzą w twarz i ze sobą skonfrontowały. Dlatego zbieram ich w jednym ciasnym miejscu i stawiam w obliczu czegoś wcześniej niewyobrażalnego dla nich wszystkich. I dla nas wszystkich. Chciałem zobaczyć jak będą reagować, biorąc pod uwagę pryzmat ich dotychczasowych doświadczeń, wynikający z określonego trybu życia i środowiska, z którego się wywodzą. Z tego punktu widzenia to też rodzaj socjologicznego eksperymentu, jakiemu poddaję bohaterów, może nie na miarę eksperymentu Zimbardo, ale jednak. Choć oczywiście wszystko co się tu dzieje, to jednak przede wszystkim moja wyobraźnia.
Nie płynie z tego eksperymentu zbyt optymistyczny wniosek.
– Zgadzam się, aczkolwiek jest tu i taki moment, gdy udaje się bohaterom zewrzeć szyki. Pokazuję, że czasem potrafimy się – mimo wszelkich różnic – ze sobą dogadać. To chyba jedyny promyk nadziei, jaki świeci w tej historii. Prawdę mówiąc na co dzień nie widzę, by to rzeczywiście było możliwe, ale zakładam, że gdyby doszło do sytuacji ekstremalnej, to może jednak znajdziemy nić porozumienia i się zjednoczymy. Oby…
Te pięć lat temu byłeś może – jak wspominałeś – pisarzem poczatkującym, ale miałeś już jednak na koncie cykl z Suderem, „Intruza”, „Blizny”, co oznacza, że kojarzyłeś się mocno z kryminałem. Tymczasem podróż, jaką odbywają pasażerowie TLK „Bogusław XIV” – przy wszystkich obserwacjach socjologicznych czy zawartych tu portretach psychologicznych – bywa też podróżą z pogranicza jawy i snu. Dla twoich czytelników to mogło być zaskoczenie.
– Owszem. I liczyłem się z tym. Ale tak naprawdę na takich opowieściach wyrosłem, zaczynałem też moje pisanie od opowiadań utrzymanych w klimacie grozy i ten klimat wciąż jest mi bliski. Myślę, że czego bym nie napisał, ocieram się o mrok. W „Sednie” jest on szczególnie głęboki, bo wszystko rozgrywa się tu w gruncie rzeczy na poziomie psychologicznym. A w umyśle może dziać się przecież wszystko co najgorsze. Nie wierzę w duchy, nie wierzę w zjawiska nadprzyrodzone, za to wierzę w szkiełko i oko. Trochę jak Kolasiński. Traktuję więc powieści z pogranicza grozy jako doskonałą platformę do opowiedzenia o człowieku i tkwiącym w nim złu.
Kryminał też pewnie poradziłby sobie w jakimś stopniu z tematami, które poruszasz w „Sednie”.
– Owszem, kryminał też to potrafi. Ale kryminał twardo stąpa po ziemi, w kryminale możemy spróbować analizować umysł zbrodniarza, ale na pewno nie zrobimy tego ze wszystkimi postaciami, a ja chciałem trochę poszaleć, zagłębić się w umysły bohaterów i dodać szczyptę czegoś, co może mieć posmak nadprzyrodzoności. Długo określałem tę powieść jako weird fiction, bo dzieją się tu rzeczy dziwne, a jednocześnie nie jest to opowieść grozy w ścisłym tego słowa znaczeniu. Dziś myślę, że to fabuła pozagatunkowa, którą napisałem, bo chciałem się wyżyć literacko. Myślę, że każda autorka czy autor, którzy piszą głównie w nurcie literatury popularnej, nosi w sobie chęć napisania czegoś innego. Ja chciałem pobawić się językiem, pomieszać konwencje, przywołać ten mroczny klimat grozy, o której mówiliśmy i też pewnie sprawdzić po prostu jak mi wyjdzie coś innego. Liczyłem też na dobrą zabawę, ale akurat z tym wyszło jak wyszło. Na pewno był to dla mnie duży pisarki krok, który zaowocował potem w prozie gatunkowej.
Myślę, że czego bym nie napisał, ocieram się o mrok. W „Sednie” jest on szczególnie głęboki, bo wszystko rozgrywa się tu w gruncie rzeczy na poziomie psychologicznym. A w umyśle może dziać się przecież wszystko co najgorsze.
Taki skok w bok może być jednak ryzykowny – pewnie w mniejszym stopniu pięć lat temu niż dzisiaj, kiedy jesteś już bez wątpienia uznanym autorem kryminałów, z Nagrodą Wielkiego Kalibru na koncie.
– Tak jak wspomniałem wcześniej, zdawałem sobie sprawę z tego ryzyka. Wydawca chyba też. Widziałem w przypadku innych autorów, którzy też robią takie skoki w bok, czy to w fantasy, czy to horror, że spotyka ich czasem pełna niezadowolenia reakcja czytelników. Liczyłem się z tym, że ta książka nie przez wszystkich dotychczasowych odbiorców zostanie przyjęta jako coś dla nich. Ale nie szkodzi – ja musiałem powiedzieć coś głośno, coś wykrzyczeć. Czasem tak bywa. Owszem: nie jestem ani psychologiem, ani socjologiem, ani filozofem. Wszystko, o czym piszę, wynika z moich obserwacji i przede wszystkim zainteresowań – szerokich, choć z tego samego powodu nie zawsze pogłębionych. Możliwe, że nie wszystkie moje wnioski są słuszne, ale w gruncie rzeczy chodziło o to, żeby krzyczeć. A skoro pojawiła się okazja, żeby ten krzyk sprzed pięciu lat ponownie wybrzmiał i żebym ponownie opowiedział o czym, co mnie trapi, co mnie boli, to musiałem dzięki Filii z tej okazji skorzystać. Są ludzie, dla których ta książka jest ważna. Mam nadzieję, że ich przybędzie. Ale uszanuję też głosy tych, którzy stwierdzą, że to nie dla nich.
Mówiłeś, że to powieść rozliczeniowa, w sensie rozliczania się z mrocznymi zakamarkami ludzkiej duszy. Ale to też rozliczenie z przywarami narodowymi.
– Pytanie czy te przywary nie są tak naprawdę uniwersalne. Zadufanie w sobie, maniakalne przekonanie o własnej wielkości nie ma barw narodowych. Weźmy pojęcie patriotyzmu, o którym sporo tu piszę. Jeden z bohaterów uważa się za kogoś lepszego, bo jest Polakiem. Ale niby w czym Polacy są lepsi od innych narodów: Niemców, Czechów, Litwinów? Staramy się usilnie trzymać tej pozornej wyjątkowości, żeby się móc trochę powywyższać, podbudować poczucie własnej wartości. Nie jest to chyba jednak tylko polska cecha. Myślę, że można ją znaleźć też w wielu, a pewnie nawet we wszystkich nacjach. Wszędzie zaobserwujemy też skłonność do zachowań skrajnych, niezależnie od tego czym motywowanych. I w każdym przypadku prędzej czy później okazuje się, że przesada w jakąkolwiek każdą stronę: prawą czy lewą, jest niewłaściwa.
Przeczytaj także:
Najbardziej chyba porusza mnie w tej powieści metafora ukrytego w ludziach zła, którą zawierasz wspominając szczecińskie parki i pisząc, że w zasadzie każdy z nich był kiedyś cmentarzem. Twoi bohaterowie udają zwykłych, normlanych, ale głęboko pod powierzchnią kryją mrok.
– Wszyscy nosimy maski, nie wszyscy potrafimy się do tego przyznać. Przyznać do tego, że jesteśmy tylko ludźmi, że bywamy słabi, nieodpowiedzialni, nie potrafimy przewidzieć konsekwencji naszych działań. A przyznanie się do tego nie jest chyba niczym wstydliwym. Wprost przeciwnie: ktoś, kto umie się przyznać do błędu, okazuje się ostatecznie lepszy od kogoś, kto nie jest do tego zdolny. Inna sprawa, że nie wiadomo czy nas to ratuje przed ostateczną oceną przez innych, w tym przez potencjalną siłę wyższą. Na pewno chciałbym za to wierzyć, że przychodzi taki moment, gdy człowiek staje twarzą w twarz z konsekwencjami uczynków i za każde wyrządzone zło spotka go kara.
Powieść powstała pięć lat temu, teraz ukazała się z redakcyjnymi zmianami, nieco skrócona. Ale jednocześnie nie uwspółcześniałeś jej. Jak rozumiem, niewiele się zmieniliśmy w tym czasie, jeśli wziąć pod uwagę nasze przywary?
– Zmienił się świat. Pojawia się w książce opis dotyczący sposobów prowadzenia wojny, a te w ciągu tych kilku lat zmieniły się diametralnie. Po rosyjskiej agresji na Ukrainę okazało się, że dzisiejsza wojna to także drony czy wywiad elektroniczny. Nie zmieniałem tego jednak, bo musiałaby to być w wielu miejscach inna powieść. Co zaś tyczy przywar ludzkich, to tu akurat nie zmieniło się nic. Nie zmieniło się i nie zmieni, co do tego nie mam żadnych wątpliwości!
Owszem: nie jestem ani psychologiem, ani socjologiem, ani filozofem. Wszystko, o czym piszę, wynika z moich obserwacji i przede wszystkim zainteresowań – szerokich, choć z tego samego powodu nie zawsze pogłębionych. Możliwe, że nie wszystkie moje wnioski są słuszne, ale w gruncie rzeczy chodziło o to, żeby krzyczeć. A skoro pojawiła się okazja, żeby ten krzyk sprzed pięciu lat ponownie wybrzmiał i żebym ponownie opowiedział o czym, co mnie trapi, co mnie boli, to musiałem dzięki Filii z tej okazji skorzystać.
„Sedno” nie jest powieścią grozy, ale jest powieścią o strachu. Zacznę od trywialnego pytania: boisz się teraz jeździć pociągami?
– Nie, uwielbiam, choć niestety mam ku temu rzadko okazję (śmiech). Od kilku lat sporo jeżdżę po Polsce i wybieram samochód: po jednej z wielogodzinnych podróży koleją przestałem ufać naszemu narodowemu przewoźnikowi.
Czego się boisz w takim razie?
– Ludzi. Nie wszystkich, na szczęście, ale wiem, że jest sporo takich, których trzeba się bać. Całe życie obawiałem się, że dotknie mnie zło, że doświadczę go pod postacią czy to wojny, czy napaści na ulicy i nie będę się umiał przed nim zabezpieczyć, albo obronić. Wydawało mi się, że oswoję się z tym lękiem dzięki tworzeniu własnych scenariuszy obrony przed tym złem, dzięki treningom samoobrony czy strzeleckim. Dzisiaj wiem, że to tak nie działa, ale próba zrozumienia zła we mnie pozostała. Myślę, że to właśnie czyni nas ludźmi w rozumieniu istoty człowieczeństwa. Moralność, zdolność odróżniania dobra od zła i przeciwdziałanie temu drugiemu na tyle, na ile nas stać.
Z tego samego powodu czytamy kryminały. Ale z czym oswaja nas „Sedno”?
– Zło ma różny wymiar i różnie można o nim opowiedzieć. Jedni czują, że zło kończy się na fizycznej napaści na ulicy, na przemocy domowej czy rówieśniczej. Na wojnie również. Dla tych z bujniejszą wyobraźnią zło nie ma granic, bo rozgrywa się przede wszystkim w ludzkim umyśle, a ten nie jest wciąż do końca zbadany. Fizyczna emanacja zła w postaci zabijania, czy krzywdzenia jest efektem tego, co dzieje się właśnie tam; w umyśle.
Czy to oznacza, że częściej będziesz zmieniał literackie sposoby opowiadania o złu?
– Chciałbym. Jestem przekonany, że jak ktoś lubi i umie opowiadać historie, to zrobi to w każdej konwencji. Więc pewnie chciałbym napisać raz jeszcze coś takiego jak „Sedno”. Tym bardziej że mam to szczęście współpracy z wydawnictwem, które jest otwarte na różne propozycje. Na razie skończyłem właśnie pisać powieść tkwiącą gdzieś pomiędzy thrillerem a kryminałem, kończę również kontynuację „Ołowianych żołnierzyków”, czyli „Kryształowy deszcz”. Nie nudzę się, jak widzisz. Opowiadam. I tworzę wciąż nowe scenariusze obrony przed złem (śmiech).
Rozmawiał Przemysław Poznański
Marek Stelar – pisarz, autor m.in. powieści „Rykoszet”, „Sedno”, trylogii „Niepamięć”, „Niewiadoma”, „Nietykalny”, „Blizny”, „Sekta”, „Głębia”, „Skrucha”, „Krzywda” (za którą zdobył w 2023 roku Nagrodę Wielkiego Kalibru), „Ptasznik”, „Czarna wdowa”, „Kątnik”, „Wybrana”, „Przegrana”, „Intruz”, komedii kryminalnych „Góra kłopotów”, „Włoska robota”, „Król uzdrowiska”, książki dla dzieci „Chaos i spółka na tropie”, kryminału retro „Ołowiane żołnierzyki”.

