Proza

To nie jest życie. To metafora | Proza Jarosława Banasia (część 2)

„Ja pana życie tworzę i pan, taki doświadczony prestidigitator, tego nie zauważa: że to nie jest życie pana, że to jest metafora literacka i kreacja”. Przeczytajcie mikroprozę Jarosława Banasia. Ciąg dalszy nastąpi.

TU ZNAJDZIECIE POPRZEDNI ODCINEK

Do nadmorskiego miasta powoli zbliżała się wiosna. Przyleciały żurawie, bociany, wypatrywano gęsi i czajek. Julian Arnold Szaraczkiewicz postanowił nagrać śpiew pierwszego skowronka i przedstawić nagranie na posiedzeniu Miejskiego Klubu Poetyckiego. Taka będzie jego odpowiedź na krytykę wierszy przez kolektyw. Nie powie nawet dzień dobry, tylko wyjmie telefon i odtworzy nagranie. 

– Tego słuchajcie i krytykujcie. – Taką myśl wyrazi w kierunku gremium swoim spojrzeniem. Akcję planował spacerując po molo. Wiał zimny wschodni wiatr.

Nagle zauważył grupę wbiegających do morza osób. Pół setki starszych kobiet i mężczyzn w strojach plażowych pokrzykując zanurzało się w lodowatej wodzie. Szaraczkiewicz oniemiał. Czytał o tym zjawisku, widział nawet film o zaletach zimnych kąpieli, ale co innego czytać, a co innego zobaczyć nagie białe ciała targane falami zimowego Bałtyku. W wodzie o temperaturze 7 stopni Celsjusza człowiek na skutek wychłodzenia umiera po kwadransie. Zbiegł z molo z postanowieniem ostrzeżenia pływających zanim zadzwoni na numer alarmowy. 

Plaża na wysokości molo, była nadzwyczaj szeroka i nim Szaraczkiewicz dotarł do brzegu z ulgą zauważył, że kąpiący kończą swój rytuał. Właśnie wybiegali z wody. Szaraczkiewicz spuścił wzrok. Okrzyki były dziarskie, wręcz zalotne i przypominały Szaraczkiewiczowi młodzieńcze wakacyjne plażowanie, ale ciała, które wydawały te dzięki były stare, pomarszczone, niektóre dramatycznie obwisłe, niektóre wykrzywione chorobami. Woda w Bałtyku nie zabiła styranych serc, łysych głów, obwisłych piersi, pofałdowanych brzuchów. Szaraczkiewicz odnosił wrażenie, że wręcz je uzdrowiła.    

Uznał jednak, że nie należy się im zbytnio przyglądać, można tylko spojrzeć ukradkiem i odwrócić wzrok, bo przecież taka obnażona, powykręcana życiem osoba może się źle poczuć, wiedząc, że jest oglądana niczym rzadko spotykany przyrodniczy okaz. Nie wypada się przypatrywać. Takie wychowanie odebrał Szaraczkiewicz i teraz nie wiedział, co z sobą począć. Dzwonić po pomoc nie było sensu, rozmawiać z tymi dziarskimi staruszkami i starcami tym bardziej. Stał bezradnie wpatrując się w ekran telefonu. 

– O Szaraczkiewicz! Wy nas filmowaliście zamiast samemu popływać, czyli nadal nic nie rozumiecie! Zimna woda zdrowia doda! Tak działa państwo! Uh! No, co tam u was? 

Szaraczkiewicz struchlał. Podniósł wzrok. Pułkownik tarł ciało ręcznikiem z taką siłą, że mógł zerwać sobie skórę i parskał radośnie. Skończył, założył szlafrok. Szpakowaty, żylasty z tym jasnym przenikliwym spojrzeniem oficera służb, które wiedzą wszystko.   

– Pan pułkownik? Byłem pewny, że pan się utopił.

– No taką miałem myśl. Samobójstwo w zimnym morzu nie jest, jak piszą, bolesne. Ale kiedy skoczyłem z molo prąd porwał mnie i wyrzucił na kamienistą plażę, tam daleko, prawie na końcu miasta.

– Szukano pana dwa dni, dlaczego nie dał pan znaku?

– No cóż, na plaży znalazła mnie kobieta, taka lokalna Kalipso.

– Tak, wiem były kiedyś takie lody: Kalipso.

– Możliwe, ale to nie to. Moja Kalipso ratując mnie napoiła mnie wiśniówką własnej roboty i zasnąłem, a pod dwóch dniach nie było sensu się odzywać. Dzięki temu mam nowe życie, no i na pamiątkę odbywam kąpiele w lodowatym morzu. W tym zimnie wpadam w stan euforyczny, widzę przyszłość. No, a wy Szaraczkiewicz, co? Nadal kontestacja i depresja? 

– Nie wręcz przeciwnie, panie pułkowniku, twórczość i afirmacja.

– A to ciekawe, chodźmy na kawę, bo tu jednak robi się coraz zimnej. 

Szaraczkiewicz i pułkownik zasiedli w nadbrzeżnej kafejce z widokiem na szary zimny Bałtyk, szarą szeroką plażę i spacerujących zmarzniętych ludzi.

– Już się pana nie boję. Szaraczkiewicz oświadczył to drewnianym głosem, jak się wydawało odpowiednim do sytuacji. Pułkownik spojrzał uważnie. 

– Tak? A to ciekawe? Jak tego dokonaliście? 

– Opisałem pana. I pana samobójstwo, a dziś opiszę jak pan jednak nie popełnił samobójstwa skacząc w sztormowe fale z molo i jak pijemy tu kawę, i jak pan odjedzie rowerem do swojej Kalipso. Już się pana nie boję. 

– Szaraczkiewicz, czy wy napisaliście na mnie meldunek, donos, notatkę albo sprawozdanie, czy po prostu majaczycie? Gdzie to złożyliście? Mówcie! – Pułkownik brzmiał stanowczo. 

– Nie, to nie to co pan myśli. Nie pisałem do służb, napisałem do czytelników.

– I co wydrukował to ktoś? Ośmielił się? No, Szaraczkiewicz, igracie z ogniem. Nadal nie rozumiecie, jak działa państwo. Pisząc do czytelników, piszecie do służb, bo służby są wszędzie i wszystko czytają.

– Tekst pierwszego odcinka, w którym pana opisałem, ukazał się na portalu literackim i wzbudził zainteresowanie, a teraz znane wydawnictwo szykuje umowę, a producentka filmowa prowadzi ze mną rozmowy. Tak właśnie działa dobra proza i ciekawa fabuła, panie pułkowniku. Szaraczkiewicz przemawiał swobodnie, można rzec scenicznym dobitnym szeptem. Drewniana intonacja z początku rozmowy ustąpiła pewności siebie, perfekcyjnie wymawiał głoski i akcenty. 

– Szaraczkiewicz, wy opisujecie moje życie? Zdajecie sobie sprawę, co wy wyrabiacie?

– Niedokładnie opisuję, ja pana życie tworzę i pan, taki doświadczony prestidigitator, tego nie zauważa: że to nie jest życie pana pułkownika, że to jest metafora literacka i kreacja. To co opisuję, może się przytrafić każdemu, panie pułkowniku.

– Szaraczkiewicz wy zarabiacie na mnie pieniądze? Na państwowym funkcjonariuszu się bogacicie? Działacie w porozumieniu z wydawnictwem i producentką? Szaraczkiewicz, wy działacie w grupie przestępczej. Muszę przekazać waszą sprawę do innego wydziału. – Pułkownik tracił pewność siebie. 

– Być może zarobię pieniądze na tym tekście, jak tylko zrobią film, jak tylko czytelnicy wykupią nakład. Podobnie jak pan pułkownik zarabiał pieniądze pisząc o mnie meldunki.

– Szaraczkiewicz, ja służyłem narodowi, dbałem o państwo, nie robiłem tego dla pieniędzy, wy nadal nic nie rozumiecie. 

– Spokojnie pułkowniku, rozumiem. Opisując pana, opisując sytuację, w której jest pan uwięziony przez Kalipso i pije wiśniówkę odtrącony przez społeczność, kiedy ja odnoszę sukcesy wydawnicze i filmowe. Kreuję rzeczywistość, kreuję świat dobrego sukcesu i świat potępiania takich nieszczęsnych ludzi jak pan. 

– No, muszę przeczytać, co wyście tam nawypisywali. Na szczęście telefony jeszcze działają. W tym kraju wystarczy wiedzieć, do kogo zadzwonić. Jeden artykuł i wszyscy się od was odsuną, jak od zarażonego, odmówią publikacji. Znam te mechanizmy bardzo dobrze.

– Być może jeszcze do niedawna tak było, ale teraz, panie pułkowniku, te pana zaklęcia już nie działają. Moja proza jest większej mocy niż pana meldunki. W obliczu mojej opowieści jest pan bezbronny. Nic pan z tym nie zrobi. A ci, którzy czytali pana meldunki, czytają teraz moje opowiadania i żadne produkowane na zamówienie kalumnie mi nie zagrożą, a wręcz odwrotnie. 

– Muszę iść. – Pułkownik zerwał się jak rażony. – Kalipso się niepokoi, a jej lepiej nie drażnić.

Szaraczkiewicz zgodził się zapłacić rachunek. Pułkownik wskoczył na rower.

– Ruch to zdrowie! Tak działa państwo! Tym się zajmijcie Szaraczkiewicz, a nie tą destrukcyjną pisaniną – wykrzykiwał naciskając pedały. Zmierzch i mgła spowiły miasto. Szaraczkiewicz patrząc na znikającą sylwetkę pułkownika, włączył nagrywanie w telefonie i dyktował kolejny odcinek opowieści.

– Kiedy sylwetka pułkownika zniknęła w ciemnej perspektywie nadmorskiego parku… – recytował płynnie Szaraczkiewicz, gdy nagle rejestrator zatrzymał się, a telefon zawibrował. Odebrał machinalnie. Do niedawna zachwycona jego prozą filmowa producentka sugerowała teraz, by Szaraczkiewicz nie wyjawiał jednak mechanizmu pisania kreacyjnego, ponieważ – podkreślała – to tylko jej zdanie. Może to być niebezpieczne dla państwa.

– Niech pan pisze – mówiła niskim ciepłym głosem. – Niech pan tworzy rzeczywistość panu przychylną, niech pan odsuwa od popularności rządzących i grafomanów, niech pan detronizuje burmistrzów w miasteczkach, nawet posłów, niech pan przy tym opisuje swoje sukcesy wydawnicze, poetyckie i filmowe, ale niech pan nie zdradza mechanizmów ich powstawania.

– Ja wiem – tłumaczyła – że jest pokusa ujawnienia mechanizmu, ale widzowie, a przede wszystkim recenzenci, uznają, że pan nie wie jak działa państwo… – Tu zawiesiła głos. 

Julian Arnold Szaraczkiewicz przerażony rozłączył się i miał ochotę rzucić telefonem w ciemność parku.

– Nie, to niemożliwe, chyba zbyt oderwałem się od rzeczywistości. To przez tą poezję. Co mnie pokusiło zadawać się z poetami? – Chwycił się za głowę.

– Czy to możliwe, że pułkownik swoją namolną opowieścią o państwie zaraził już wszystkich wokół? Ale czy oni chociaż powtarzają to zaklęcie świadomie, czy też nie? Czy czytali Platona? W szkole, raczej nie, jakim cudem? To zatem kiedy czytali Platona i co zniego zrozumieli? Przecież to jego “Państwo”, to czysta utopia. Rządy starców filozofów, kobiet i dzieci. – Szaraczkiewicz mówił na głos w pustym parku.  

Zbliżał się do dzielnicy, w której mieszkał. Przechodząc obok witryny swego sklepu z używaną odzieżą z przyjemnością przypomniał sobie, że miejskie muzeum wystąpiło z propozycją odkupienia mundurów zaginionego pułkownika. Usłyszał szum skrzydeł. Nad parkiem leciał sznur dzikich gęsi.

– Nie, nie nagram wiosennego skowronka i nie będę prowokował poetów. Klub Poetów to chyba ostatnie miejsce, do którego nie dotarł pułkownik. Oni mogą uratować miasto.

CDN.   

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej