wywiad

Jakub Ćwiek: Zapewniłem sobie pozycję do otwartego mówienia tego, co chcę powiedzieć | 10 pytań na nasze 10-lecie

Zupełnie Inna Opowieść ma już ponad 10 lat. Czy dekada to dużo, czy mało? Pytamy o to ludzi literatury. Pytamy ich też, jak im upłynęła ostatnie 10 lat, co stworzyli, czym się zachwycili, co planują. Dziś Jakub Ćwiek.

Jakub Ćwiek, fot. M. Bednarek / Okiem Meg

– Udało mi się odnieść sukces, ale i nie ulec mu na tyle, by przestać się rozwijać. Żyję z pisania i to na bardzo fajnym poziomie i spełniłem dzięki niemu wiele kosztownych dziecięcych marzeń. Moje teksty tłumaczono na kilka języków, a ekranizacje — czyli marzenie dzieciaka z wypożyczalni — są w drodze. A nade wszystko mogłem być zawsze takim pisarzem jakim być chciałem. Który zapewnił sobie pozycję do otwartego mówienia tego, co chce powiedzieć. Lub czuje, że powiedzieć powinien – mówi Jakub Ćwiek, pisarz, dziennikarz i wydawca, autor ponad trzydziestu książek, w tym bestsellerowych cyklów fantastycznych „Kłamca” i „Chłopcy”, horroru „Ciemność płonie” i kryminałów noir „Grimm City” oraz powieści „Szwindel”, „Święty z Centralnego”, serii „Drelich”, „Piwniczne chłopaki”, a także licznych opowiadań – za jedno z nich, „Bajkę o trybach i powrotach”, otrzymał Nagrodę im. Janusza A. Zajdla. Współpracuje także z Wojciechem Chmielarzem, czego owocem był audioserial „Skowyt” dla serwisu Audioteka, a także kryminalne słuchowisko „Niech to usłyszą” dla Radia Zet. W 2023 roku założył wydawnictwo Pulp Books. Pierwszą recenzję jego książki zamieściliśmy 17 września 2019 roku, pierwszy wywiad z pisarzem ukazał się u nas 7 kwietnia 2021 roku.

Zupełnie Inna Opowieść: 10 lat – dużo? Mało?

Jakub Ćwiek: Moim zdaniem dużo, ale ja w ogóle odmierzam czas dekadami. W przeciwieństwie do roku, na poziomie dekady da się dostrzec kierunek, zakres i, co chyba najważniejsze, skutki zmian. Mówi się o siedmiu symbolicznych latach jako o cyklu wymiany wszystkich komórek w organizmie i tym samym staniu się nowym człowiekiem. No to dekada czyli bycie niemal dokładnie w środku tej nowej zmiany, jest czasem, gdy człowiek się z tym nowym sobą zdążył już oswoić i zaczyna czuć się swobodniej.  

Od literatury oczekuję przede wszystkim dobrze opowiedzianej historii. Takiej którą się przejmę, w której zobaczę postaci, za którymi chcę iść. Która uczciwie spełnia złożone czytelnikowi obietnice i która jeśli podejmuje ważne tematy, to traktuje je z należytą solidnością i uwagą.

Debiutował pan w 2005 roku, czyli niemal dwie dekady temu. Z czym kojarzą się panu te lata od debiutu? Czy dostrzega pan jakieś istotne kamienie milowe w swoim życiu, w swojej twórczości?

– Czas debiutu? Z szaleństwem. Zaczynałem bardzo młodo, bo debiutowałem mając dwadzieścia trzy lata i od razu z bardzo dużym komercyjnym sukcesem, który zwłaszcza w mocno aktywnych środowiskach fantastycznych jest bardzo widoczny. Miłośnicy fantastyki mają mnóstwo imprez, spotykają się ze sobą bardzo często i rzeczywiście jeśli czują wobec jakiegoś autora czy autorki jakieś emocje — zarówno dobre jak i złe — to dają temu głośno wyraz. Więc nagle, ze swoim debiutem znalazłem się mocno w środku tego zamieszania, na jakimś podeście dla grupy najpopularniejszych. Niezwykłe wrażenie.

Trzy lata później chciałem pokazać, że umiem być kimś innym niż śmieszkiem od aniołów. Wydałem horror „Ciemność płonie”, który dużo mnie kosztował fizycznie — bo przygotowywałem się mieszkając na dworcu z bezdomnymi — ale i emocjonalnie — bo dotykał wielu moich lęków. Udało się, bo czytelnicy za tym poszli i do dziś uważają, że to jedna z moich najważniejszych książek. Choć powiedzmy to szczerze, warsztatowo widać, że jest dość wczesna.

Kolejny kamień to moment siedem lat po debiucie, gdy zamknąłem tetralogię „Kłamcy” i czekał mnie sprawdzian czy uda mi się jeszcze trafić z czymś, co odniesie sukces. Akurat zgrało się to z wejściem w kolejną dekadę, myślami o dorosłości i jej konsekwencjach. Wtedy napisałem otwarcia dwóch nowych cykli czyli „Chłopcy” i „Dreszcz”. Oba, odnosząc spory sukces, pokazały mi, że sytuacja z „Kłamcą” nie była wyłącznie splotem szczęśliwych okoliczności.

Kolejnym momentem było wejście do literatury kryminalnej. Najpierw jeszcze na poły fantastycznie, cyklem „Grimm City” (który uważam za swoje najlepsze dzieło), potem quasi reportażem o policji, a wreszcie Szwindlem czyli pełnoprawnym debiutem kryminalnym. Dużo się przy okazji tego tytułu nauczyłem i myślę, że można to zobaczyć już w kolejnych moich tytułach niefantastycznych. Zwłaszcza w serii o „Drelichu” i w „Świętym z Centralnego”.

I wreszcie póki co ostatni kamień milowy to założenie własnego wydawnictwa, gdzie mogę — korzystając z dotychczasowych doświadczeń, ale i życzliwości wielu, z którymi do tej pory pracowałem — spróbować zadziałać na rynku książkowym w sposób jaki zawsze mi się marzył. Otwarty na dobrą opowieść, niezależnie od jej komercyjnego potencjału.  

Czy gdyby mógł pan cofnąć czas, zmieniłby coś pan w swoich pisarskich decyzjach?

– Szczerze mówiąc cieszę się, że nie mam takiej możliwości, bo znając siebie dużo bym namieszał z czystej ciekawości i upojony posiadaniem takiej opcji. A choć nie wszystkie moje decyzje były dobre, to jednak doprowadziły mnie do punktu, w którym jestem i który lubię. Na pewno jednak przestrzegłbym młodszego siebie, by nie wchodził tak we wszystko całym sobą. Bo wielu ludzi na książkowym rynku — a także w wielu innych miejscach, ale skupmy się na tej branży — jest bezwzględna i bez skrupułów potrafi wykorzystać pasję i pasjonatów. I druga rzecz, powiedziałbym temu młodszemu ja, że rynek okołoksiążkowy pełen jest pięknych słówek i rzekomo dzielonych wartości, które w starciu z czystym biznesem okazują się tekturową fasadą. I że bardzo się zdziwi i czasem rozczaruje, gdy zobaczy jak to wszystko działa w praktyce i jak często nie chodzi o to czy opowiadasz dobre historie, tylko jak potrafisz się dostosować do trudno akceptowalnych zasad.

Wiem, że młodszy ja i tak robiłby swoje, ale przynajmniej z większą świadomością konsekwencji.

Jak zaczął pan pisać książki? I dlaczego?

– Pisałem od siódmego roku życia, bo byłem dzieciakiem uwielbiającym wszelkiej maści historie. Dzieciństwo dzieliłem między wypożyczalnię kaset wideo — w której widziałem wszystko i która była moją pierwszą pracą — bibliotekę, w której pracowała moja mama i podwórko, a właściwie całe miasteczko i okoliczne lasy, gdzie robiliśmy mnóstwo szalonych rzeczy, ale też dużo gadaliśmy o filmach, książkach, komiksach. Stąd wzięła się pasja, która skłoniła mnie do szukania swojej artystycznej drogi, odezwania się do kilku autorów, których cenię o pomoc — bardzo pomogli mi wtedy między innymi Anna Brzezińska oraz Andrzejowie Sapkowski i Pilipiuk — a potem, już na studiach pchnęła w stronę Śląskiego Klubu Fantastyki. Tam poznałem wielu wspaniałych ludzi, w tym aspirującą pisarkę Anię Kańtoch. Zaczęliśmy nawzajem czytać swoje rzeczy i trochę się w tym pisaniu nakręcać. A potem Ania wydała swój pisarski debiut i namówiła mnie, bym również spróbował. „Masz tu książkę” powiedziała kiedyś, mając na myśli moje opowiadania o Lokim na usługach aniołów. „Poukładaj je tylko, by zaczęła tak wyglądać.” Zrobiłem to, wysłałem. I poszło.

Przeczytaj także:

Prosimy o dokończenie: Gdybym jednak nie został pisarzem, to byłbym…

– Scenarzystą filmowym, krytykiem filmowym, dziennikarzem, komikiem standupowym, kreatywnym w agencji reklamowej, konferansjerem na dużych imprezach, przewodnikiem wycieczek. Przez te wszystkie lata swojej twórczej pracy testowałem różne sposoby opowiadania historii do różnych celów i dziś wiem, że w każdej bym się raczej sprawdził. Choć chyba żadna inna droga nie byłaby dla mnie aż tak satysfakcjonująca i kompleta.

Uważa pan swoje pisarskie marzenie za spełnione? Jeśli tak, to dlaczego. Jeśli nie, to co jest tym marzeniem?

– Pisarskie tak. Udało mi się odnieść sukces, ale i nie ulec mu na tyle, by przestać się rozwijać. Sprawdziłem się w wielu gatunkach i ciągle potrafię wrócić z czymś co zaskoczy i się spodoba. Żyję z pisania i to na bardzo fajnym poziomie i spełniłem dzięki niemu wiele kosztownych dziecięcych marzeń. Robiłem wiele rzeczy jako pierwszy w Polsce, uczyłem się od najlepszych i pracowałem z najlepszymi. Moje teksty tłumaczono na kilka języków, a ekranizacje — czyli marzenie dzieciaka z wypożyczalni — są w drodze. A nade wszystko mogłem być zawsze takim pisarzem jakim być chciałem. Który zapewnił sobie pozycję do otwartego mówienia tego, co chce powiedzieć. Lub czuje, że powiedzieć powinien.

Czego oczekuje pan od literatury? Swojej literatury i literatury w ogóle.

– Przede wszystkim dobrze opowiedzianej historii. Takiej którą się przejmę, w której zobaczę postaci, za którymi chcę iść. Która uczciwie spełnia złożone czytelnikowi obietnice i która jeśli podejmuje ważne tematy, to traktuje je z należytą solidnością i uwagą.

Na pewno przestrzegłbym młodszego siebie, by nie wchodził tak we wszystko całym sobą. Bo wielu ludzi na książkowym rynku — a także w wielu innych miejscach, ale skupmy się na tej branży — jest bezwzględna i bez skrupułów potrafi wykorzystać pasję i pasjonatów. I druga rzecz, powiedziałbym temu młodszemu ja, że rynek okołoksiążkowy pełen jest pięknych słówek i rzekomo dzielonych wartości, które w starciu z czystym biznesem okazują się tekturową fasadą. I że bardzo się zdziwi i czasem rozczaruje, gdy zobaczy jak to wszystko działa w praktyce i jak często nie chodzi o to czy opowiadasz dobre historie, tylko jak potrafisz się dostosować do trudno akceptowalnych zasad.

Jakie książki (albo inne dzieła kultury) ukształtowały pana – jako człowieka, jako pisarza? (ulubione książki, ulubieni pisarze). Ma pan ulubionego bohatera literackiego? Swojego? Cudzego?

– Och, chyba nie jestem w stanie na to odpowiedzieć krótko. Na pewno ogromny wpływ mieli i mają na mnie książkowo i komiksowo: Stephen King — którego stare książki, ale i podejście do opowieści uwielbiam — Matheson, Gaiman, Zelazny, Pratchett, Sapkowski, Chandler, Westlake (głównie jako Richard Stark), Howard, McDonald, Spillane, Guy N. Smith, Masterton, Ketchum, Steinbeck, Moore, Harrison, Palahniuk, Brubaker, Mignola i Aaron, Lemiere, Cortázar i wielu, wielu innych. Z filmowcami podobnie, ale również wymienię kilku ze szczytu jak Spielberg, Wilder, Mann, Lucas, Cameron, Peckinpah, Scorsese, Schrader, Romero, Craven, Helgeland, Tarantino, Smith i chyba najukochańszy ze wszystkich Carpenter.  Od zawsze chłonąłem książki, filmy i komiksy jak szalony i pozwalałem się im kształtować.

Warto też wspomnieć, że kiedyś bardzo duży wpływ miała na mnie nasza pisarska relacja z Anią Kańtoch. Dziś jest to świetne wsparcie warsztatowe jakiego udziela mi Wojtek Chmielarz. Mam nadzieję, że jestem dla niego równie pomocny.

Kiedy nie piszę, to…

– … ciągle coś robię. Mam zdiagnozowane ADHD, które połączone z wielką wolą przygody, pasją do ludzi i podróży co chwila obfituje szalonymi wydarzeniami. Na szczęście mam wspaniałe, dorosłe dzieci i cudownych przyjaciół,  którzy chętnie uczestniczą w tym wariactwach ze mną. Więc kiedy tylko mogę, podejmuję się szalonych inicjatyw, jeżdżę po świecie, ładuję się w kłopoty, stand-upuję, i udaję, że zbieram materiały do kolejnych tytułów. A tak naprawdę kolekcjonuję przygody i wspomnienia, z których potem biorą się inspirację.

Nad czym pan teraz pracuje?

– Mam kilka zaawansowanych projektów. Właśnie na dniach kończę powieść kryminalno-sensacyjną zatytułowaną „Sues Dei”, historię trochę w stylu Fargo, opowiadającą o brutalnym napadzie na pielgrzymkę na wschodzie Polski, oraz lekką, ale obrazoburczą, komedię fantasy o diabłach. Potem chwila odpoczynku i powrót do świata Drelicha. Gotowy plan już czeka, spora część researchu zrobiona — tylko pisać.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej