Proza

Krzysztof Kraiński, „Acidland” | FRAGMENT POWIEŚCI

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN mamy dla was fragment powieści Krzysztofa Kraińskiego „Acidland”. Zapraszamy do lektury. Książka już w księgarniach.

Trójmiasto, 1999 rok. Pod klubem jeździeckim w Sopocie padają strzały. Ginie Dzikus, król pomorskiego półświatka. Jego córce Lilce cudem udaje się uniknąć tego samego losu. Wszystko dzięki Sygnetowi, gangsterowi na najgorszym tripie w życiu, który staje się jedynym obrońcą dziewczynki. Ścigają ich wszyscy: typy spod ciemnej gwiazdy, ambitny prokurator, skorumpowana policja i widma przeszłości.

Rozpoczyna się desperacki pościg przez mroczne Żuławy, podczas którego narkotyczne wizje zacierają granicę między rzeczywistością a fikcją. W trakcie wielkiej ucieczki Sygnet zaczyna rozumieć, że nie może ufać nikomu – nawet sobie.

Bo w „Acidlandzie” może zdarzyć się wszystko.

Przeczytaj fragment

Rozdział 1

Nie bał się.

Znał tutaj każdy kąt. Poniemiecka kamienica, w której się wychował, stała przy sąsiedniej ulicy. Trafiłby pod jej bramę z zamkniętymi oczami.

Riki nie pamiętał rodzinnego Wejherowa. Kochał Orunię ślepo, jak kocha się ojczyznę albo pierwszą dziewczynę. Inni się jej bali i unikali, ale on czuł się tu jak ryba w wodzie.

Na miejsce spotkania wybrał błotniste klepisko ukryte za garażami na skraju lasu. Pomiędzy drzewami przeświecała przesieka, którą w razie potrzeby mógłby uciec. Stał przy niej wprawdzie zardzewiały znak ślepej uliczki, ale miejscowi wiedzieli, że zaczynał się tutaj leśny dukt prowadzący do drogi koło ogródków działkowych.

Wyjrzał przez opuszczoną szybę samochodu, jednak nie zauważył niczego podejrzanego.

Ci, którzy nie znali skrótu przez las, byli przekonani, że w ten zakątek da się dostać tylko lokalną szosą przecinającą bezkresne pola Żuław. Ze swojej kryjówki Riki mógł dostrzec każdy samochód jadący od tej strony.

Długo wytężał wzrok, ale droga wciąż była pusta. W końcu ujrzał poruszający się w oddali punkcik, który rósł w oczach, aż wreszcie przybrał kształt pędzącego auta. Kiedy skręciło w stronę klepiska, Riki był już w stanie rozpoznać jego markę.

Srebrne BMW rozpryskało rozlane po ostatnich ulewach kałuże i zatrzymało się kilkanaście metrów przed nim, w cieniu kępy drzew.

Riki dotknął ukrytej w kieszeni broni. Chłód metalu nieco go uspokoił, choć serce nie chciało zwolnić. Przełknął ślinę i poczekał, aż z beemki wysiądzie jej kierowca. Wydawało mu się, że trwa to nieskończenie długo.

Odetchnął głęboko, gdy drzwi wreszcie się otworzyły. Potężnie zbudowany mężczyzna w czarnym dresie wyskoczył zza kierownicy, rozejrzał się i ruszył w jego stronę. Dyszał ciężko, jakby biegł tutaj przez całą drogę.

Riki otworzył drzwi. Wysiadł i stanął koło samochodu, nie wypuszczając ukrytego w kurtce pistoletu.

Kierowca beemki zatrzymał się dwa kroki przed nim. Krople potu spływały mu po wygolonej czaszce i masywnej szyi, niknąc za kołnierzem dresu. W zbielałych od

kurczowego uścisku palcach trzymał komórkę; zdawało się, że ją zaraz zmiażdży.

Riki nie dał mu złapać oddechu.

– Gadaj! – rzucił niecierpliwie.

– Zajebali… zajebali Dzikusa na parkingu. Jego żona

mocno oberwała.

– Co ty pierdolisz, Sygnet? Jak to się stało?

– Pięć minut wcześniej Dzikus kazał mi przywieźć coś do picia. Automat z colą w klubie był zepsuty, a jego córce zawsze chce się pić, jak wraca z koni.

– I nic nie widziałeś?

– Nic, kurwa. Nic! Ale to musieli być cyngle od Melby, nie?

– A kto inny? Mów dalej!

– Kiedy wróciłem, na parkingu była już kaszana. Ktoś dzwonił po psy i karetkę. Dzikus… – Sygnet machnął tylko ręką, w której trzymał komórkę. – Jego żona jeszcze

żyła, ale dobrze to nie wyglądało. Obok leżała jakaś dziewczynka w stroju na konie. Dostała prosto w czoło. Wtedy skumałem, że córka Dzikusa może jeszcze być w klubie. Wbiłem do środka i przeleciałem przez padok, żeby…

– Przez co?

– No, ten plac, gdzie konie chodzą.

– Sygnet, skąd ty, kurwa, wiesz, jak to się nazywa? – spytał z niedowierzaniem Riki.

– Nieważne. Wiem i już. Mała skończyła właśnie lekcję i poszła do szatni. Zgarnąłem ją stamtąd i spierdoliłem tylnym wyjściem. Tyle co zdążyłem do ciebie przekręcić.

– Ona wie? Że Dzikus i jej matka…

– Nie. Chyba się nie domyśla, ale powiedziała mi, że widziała paru typów w kominiarach, którzy przeszli przez klub, kiedy ćwiczyła.

Obaj drgnęli mimowolnie na dźwięk dzwoniącej komórki. Sygnet przyłożył telefon do ucha, jakby kładł kompres na obolałej skroni. Po wysłuchaniu krótkiego pytania zaczął wyrzucać do słuchawki urywane zdania.

– W Oruni, na jakimś zadupiu. Nie… Nie, przecież mówię! Pilnowałem się. Nikt za mną nie jechał! Dokąd? – Potarł czoło, starając się nie zapomnieć niczego z przekazywanej instrukcji. – Ten domek za Sztutowem? Kojarzę. Mamy ją tam zawieźć? Jak to kto? No my. Z Rikim. Jest tu ze mną. Mieliśmy dziś wieczorem iść razem na jedną robotę…

Nagle oderwał komórkę od ucha.

– Grzywa chce z tobą mówić.

Riki z ociąganiem puścił ściskaną w kieszeni broń i wziął nokię od Sygneta. Komórka była wilgotna od potu. O mało nie wyślizgnęła mu się z palców.

– Tak, szefie? – rzucił.

Grzywa był prawą ręką Dzikusa. Ponoć kumplowali się od poprawczaka, w którym obiecali sobie, że kiedyś będą rządzić Trójmiastem.

– Riki, co ty tam, kurwa, robisz?

– Mieliśmy jechać…

– Dobra, chuj z tym! Gadałeś już z Sygnetem?

– Wiem, co się stało z Dzikusem. I że jego córka jest cała. Posłuchaj… Mogę ją zabrać do tego domku. Sygnet kompletnie nie czai dzieciaków.

– Zamknij ryj! – warknął Grzywa. – Powiedziałem, że to Sygnet ma jej pilnować, odstawić ją w bezpieczne miejsce i tam na mnie czekać.

– A ja? Nie będę przecież siedział w domu na piździe!

– Racja – zgodził się Grzywa po krótkim namyśle. – Jedź na miasto, ale tak, żeby każdy pies w Gdańsku cię zauważył. Odwracaj uwagę od Sygneta, rozumiesz?

– Tak.

Połączenie urwało się tak nagle, że Riki nie był pewien, czy Grzywa zdążył jeszcze usłyszeć jego odpowiedź.

– Masz broń? – zapytał, oddając komórkę jej właścicielowi.

– Mam. Do tego kosę, bejsbola, bransolety… – Rozszerzone źrenice Sygneta błyszczały, jakby miał się zaraz rozpłakać.

Riki przyjrzał mu się uważnie.

– Brałeś coś?

Sygnet uciekł wzrokiem w bok.

– Wczoraj w nocy. U Chemika. Zrobił coś nowego i dał mi spróbować.

– Białe? I jeszcze cię trzyma?

– Nie. Jakiś kwas. Właściwie to chyba kaktus. Z Meksyku.

– Pojebało cię? – Riki uniósł wysoko brwi. – Ze smokami chciałeś sobie pogadać?

– To było dla jaj… Skąd mogłem wiedzieć, że dostanę takiej jazdy? – Sygnet schował komórkę do kieszeni dresu i nerwowo wyłamał palce. Strzyknięcie odbiło się głośnym echem od ślepego muru garaży.

– Ja pierdolę… Możesz prowadzić? – upewnił się Riki.

– Mogę. Tylko jak zamykam oczy, robi mi się mgła w mózgu i zaraz potem mam pojebane schizy.

– Na przykład jakie?

– Na przykład gadam z moim starym.

– Co w tym pojebanego?

– W życiu go nie widziałem. Umarł, zanim się urodziłem.

Riki podrapał się po głowie.

– Zaraz… Skoro go nigdy nie widziałeś, to skąd wiesz, że to on?

– Po prostu, kurwa, wiem. Tak to gówno działa.

– Dasz radę! – Riki zerknął na zegarek. – Drogi są puste, bo wszyscy teraz oglądają mecz.

– Co za mecz?

– Na jakim ty, kurwa, świecie żyjesz? Ze Szwecją. Wystarczy nam remis i zagramy w barażach.

– Nie lubię piłki.

Sygnet zawrócił w stronę beemki. Riki ruszył za nim, ponownie kładąc dłoń na pistolecie w kieszeni kurtki.

– Gdzie jest mała? – zapytał.

– Z tyłu.

Riki podszedł do samochodu, próbując coś dostrzec przez przyciemnione szyby. Otworzył tylne drzwi i z niedowierzaniem spojrzał na puste siedzenia.

– Tu jej nie ma.

– W bagażniku.

– Jezu, Sygnet… Czyś ty ochujał? Przecież może się udusić. Wypuść ją w tej chwili!

Sygnet wzruszył ramionami. Otworzył klapę i gwałtownie wrzasnął, płosząc parę wron z pobliskiego drzewa.

Riki dostrzegł w bagażniku szybko poruszające się ciało, przypominające małą panterę gotową walczyć o życie pazurami, a także – sądząc po krwawym śladzie na dłoni Sygneta – zębami. Ostrożnie sięgnął do środka i postawił wierzgającą dziewczynkę na klepisku.

Córka Dzikusa przywarła plecami do boku samochodu. Była ubrana w dżinsy i dresową bluzę, a na głowie wciąż miała przekrzywiony toczek. Rozejrzała się z wściekłością, mrużąc odwykłe od światła oczy.

Riki pomyślał, że w tej rozjuszonej pozie bardzo przypomina

ojca.

– Zwariowałaś? – wysapał Sygnet, rozcierając ugryzioną rękę. – Przecież to ja!

Riki delikatnie dotknął jej ramienia.

– Jestem od twojego taty. Ten… – zerknął na mamroczącego pod nosem przekleństwa Sygneta – …wujek zawiezie cię w jedno miejsce. Na pewno się polubicie.

– Mama i tatuś tam będą? – zapytała nieufnie. Odwróciła się, wyjęła z bagażnika misia, który towarzyszył jej podczas podróży, po czym wtuliła się w jego pobrudzone

pluszowe futerko.

Riki sięgnął do kieszeni. Ominął broń i poszukał głębiej paczki z papierosami.

– Spotkacie się później – skłamał. – Wskakuj do środka. Szkoda czasu.

Sygnet zamknął drzwi za dziewczynką. Pomasował dłoń, po czym wsiadł do samochodu, nie patrząc na zaciągającego się papierosem Rikiego. Wyglądał, jakby układał w głowie słowa pożegnania, ale w końcu po prostu uruchomił silnik i odjechał tą samą drogą, którą kilka minut wcześniej tu trafił.

Riki odprowadził wzrokiem malejącą kropkę beemki, aż ta zniknęła w morzu pól za horyzontem. Odrzucony przez niego niedopałek przeleciał lotem mikroskopijnej komety nad klepiskiem i z cichym sykiem wylądował pośrodku kałuży.

Riki wydmuchał resztkę dymu, po czym zaczął iść w stronę samochodu. Nie rozglądał się. Znał tutaj każdy kamień.

Wiedział, że jest bezpieczny.

***

Copyright © Krzysztof Kraiński 2006
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej