recenzja

W mroku przeszłości | Sny umarłych 2023. Polski rocznik weird fiction

Najnowszy rocznik polskiego weird fiction „Sny umarłych”, dzięki osadzeniu fabuł w wydarzeniach historycznych, niesie nie tylko ten charakterystyczny dla konwencji ładunek grozy, czy „dziwności”, jaki wynikałby z percepcji zdarzeń przez pryzmat naszych lęków i traum, ale ma też dodatkowy potencjał – wynikający z powtarzających się w ludzkich dziejach aktów nienawiści i przemocy. Indywidualnej i zbiorowej. Pisze Jakub Hinc.

To już szósta edycja rocznika, choć pierwsza, w której autorom pretendującym do znalezienia się w roczniku postawiono konkretne zadanie: mieli swoją prozę zagnieździć w historii – jakkolwiek by jej nie rozumieli – a więc spojrzeć na zdarzenia i bohaterów z perspektywy czasu, mniej lub bardziej odległego. „Historia to koszmar, z którego usiłuję się obudzić” – pisał przecież w „Ulisessie” (cytowany tu w charakterze motta) James Joyce.

Ten pomysł – jak pisze we wstępie do tomu Wojciech Gunia, pisarz, współczesny autor i promotor weird fiction w polskiej prozie, laureat Nagrody im. Stefana Grabińskiego za powieść „Nie ma wędrowca” oraz przyznanych w 2021 r. nagród im. Macieja Parowskiego i Nagrody im. Jerzego Żuławskiego za powieść „Dom Motta”, a zarazem redaktor prowadzący wszystkich odsłon „Snów umarłych” – zrodził się po przeczytaniu przez niego opowiadania Elany Gomel „Morze słone”, które znajdziemy w tym tomie w jego przekładzie. „Istotne jest to, że to właśnie ten tekst – napisany przez autorkę będącą amerykańską Żydówką rosyjsko-ukraińskiego pochodzenia, co uznaję za symboliczne w kontekście zdarzeń, których jesteśmy świadkami – stanowił impuls, aby obrać dla antologii w tym roku właśnie taki kierunek” – pisze Gunia. Jego zdaniem „Morze słone” to pełnokrwista opowieść grozy, która poprzez narzędzia oferowane przez tę literaturę próbuje czytać to, jak historia odciska się na teraźniejszości. I jak metafizyczne matryce czystego zła wyciskają swoje piętno na historii.

Gunia dodaje: „W opowiadaniu uderza refleksja, że uprzedmiotowienia można dokonać albo poprzez uczynienie kogoś ofiarą albo narzędziem odkupienia swojej winy. W jednym i drugim przypadku sprowadza się to do podporządkowania sobie drugiego – człowieka lub narodu. Jest to więc może zmiana wektora, ale nie zmiana jakości. Zresztą, ona nastąpić nie może, jeśli jest podszyta mieszanką poczucia winy i perwersyjnej fascynacji – choćby wtedy, gdy bohaterka, Kirsten, wymawia imię dziadka podczas seksu z partnerem, Giladem”.

To proza pisana z puntu widzenia mężczyzny – Filada właśnie – który stanowi tu jednak tylko figurę kronikarza zdarzeń, dziejących się za przyczyną młodej kobiety, która pewnego dnia odczuwać zaczyna przybierającą realny kształt traumę pokoleniową. Nie tak jednak, jak zwykle to bywa, traumę potomka ofiary, lecz sukcesora oprawcy. Gomel śledzi oczyma narratora „zanurzanie się” Kirsten w Morzu Martwym, stanowiącym tu jasną metaforę bólu, jaki przyjąć musi na siebie ktoś, kto poczuwa się do tego, by własnym poświęceniem zadośćuczynić zadanym niegdyś krzywdom.

Przeczytaj także:

Sylwia Wełna, Nieznośny trud

Do doświadczeń ludobójstwa – nienazwanego tu wprost, ale mogącego przecież nosić także znamiona Szoah – odwołuje się w swoim opowiadaniu Sylwia Wełna. Jej „Nieznośny trud”, czyli opowiadanie otwierające tom, jest skrajnie intymnym i głęboko psychologicznym świadectwem odczłowieczenia, jakie niesie wojna. Spoglądając na mozolnie powtarzane doświadczenie ciągnięcia zwłok, trafiających do zbiorowej mogiły i skupiając się na technice owego ciągnięcia, Wełna obnaża prowokowane przez wojnę odpodmiotowienie, a może wręcz uprzedmiotowienie ciała, a przez to i dogorywającej w nim ludzkiej osobowości.

Czym jest ciało, czy nadal człowiekiem? Czy nadal ludźmi są ciała rzucane systemowo i skrupulatnie do zbiorowych mogił? Czy ciało w ogóle należy do człowieka, skoro poddane może być po śmierci czynnościom zrównującym je nie tyle z przedmiotem nawet, ile z odpadem, czymś, czego należy się pozbyć? „Nieznośny trud” porusza w nas najwrażliwsze nuty, zderzając przekonanie o ludzkiej niepowtarzalności z pozbawioną empatii bestialską machiną wojny.

Małgorzata Żebrowska, Za nas wszystkie

U Małgorzaty Żebrowskiej w opowiadaniu „Za nas wszystkie” wojna jest tyleż istotnym tłem fabuły, co pretekstem dla opowieści większej, bo dotykającej powtarzającej się od zawsze przemocy wobec kobiet – dla której wojna jest zawsze złowrogim pretekstem – i traumy ofiar, wynikającej z odium, jakie spada na nie właśnie, a nie na sprawców.

Żebrowska zaprasza nas na ogarnięte partyzanckimi walkami Kurpie, by zanurzyć nas w niesamowitości rodem z pogranicza jawy i snu, odwołującej się do poetyki horroru, dając nam przecież w istocie opowieść transcendentną, skupioną przede wszystkim na próbie pokonania niewidzialnej – i w istocie bez narzędzi niesamowitości nieprzekraczalnej – granicy autentycznego współodczuwania przez sprawcę fizycznego i psychicznego bólu ofiary gwałtu.

Marcin Mleczak, Teoria kombatanta

Kwestia bólu ofiary wojny – tym razem Wielkiej Wojny – i szukania zadośćuczynienia za doznane zło wyziera też z opowiadania Marcina Mleczaka „Teoria kombatanta”, czerpiącego z rubaszności opowieści frontowej, żołnierskiej, kombatanckiej wreszcie (zgodnie z tytułem), która skrywa de facto opowieść inną, mroczniejszą, dotykająca głębokich pokładów bólu, cierpienia i niezgody na niesprawiedliwość wobec tych, których wojna okalecza – głównie fizycznie, ale przez to i psychicznie.

Sięgając po niesamowitość, Mleczak odwraca wektor znanych i powtarzalnych zdarzeń, zamykających ofiary wojny w ścianach szpitali i społecznego ostracyzmu i pozwala swoim bohaterom – głównie dzięki narzędziom z arsenału groteski – na emancypację ich cierpienia, a zatem na szansę zrozumienia ich życiowej sytuacji.

Dariusz Ludwinek, Pomór

Temat wyniszczających – psychicznie i fizycznie – okrucieństw wojny powraca w opowiadaniu „Pomór” Dariusz Ludwinek. Dziedziczenie traum, przekazywane z pokolenia na pokolenie doświadczenie stresu pola walki i wynikające także z wszechobecnej na froncie śmierci, zyskuje tu nieoczywistą realizację w formie opowieści grozy, w której autor korzysta chętnie z narzędzi turpistycznych.

Ludwinek – pozostawiając swojego bohatera na pograniczu jawy i koszmaru – wrzuca go do opowieści, w której to co zagnieżdżone w psychice, otrzymuje wymiar fizyczny, odczuwalny zmysłami węchu, dotyku, wzroku. Rozkład umysłu, przepełnionego traumami, ale i poczuciem niedocenionego poświęcenia – staje się równoważny z rozkładem ciała, a postępująca zgnilizna, niczym zaraza, zatruwać zaczyna z każdą chwilą już nie tylko nosiciela, lecz także każde z następujących po nim pokoleń.

Daria Banasiewicz, W twych słojach zranionych metalem znajdę wejście do jądra

Daria Banasiewicz w opowiadaniu „W twych słojach zranionych metalem znajdę wejście do jądra” zaprasza nas do lasu – niemego, co nie znaczy, że biernego świadka wojennego okrucieństwa, śmierci i zniszczenia, odkładających się z pokolenia na pokolenie kolejnymi warstwami bólu i ołowiu – tak w korze drzew, jak i w ludzkich sercach.

Dokonując aktu animizacji, a może nawet antropomorfizacji przyrody, pozwalając jej współodczuwać – na równi z ludźmi – zadane cierpienia, autorka niweluje granice między tym, co poznane a tym co niepoznane, między tym co widzialne i namacalne a tym co istnieje tylko w sferze odczuć. Zaciera też jednocześnie podział między przeszłością a teraźniejszością, która dzięki długowieczności lasu pozwala zachować pamięć o tym, co przez ludzi ma prawo być zapomniane i co najwyżej odczuwane jako nieuświadomione dziedzictwo.    

Filip Duval, An Drochshaol

Doświadczenie człowieka w obliczu śmierci masowej, zbiorowej znajdziemy też w opowiadaniu „An Drochshaol” Filipa Duvala, który sięga do autentycznych zdarzeń sprzed ponad stu siedemdziesięciu lat, by zderzyć swoich bohaterów z niewyobrażalną epidemią głodu, jaka w tamtym czasie stała się udziałem Irlandczyków. Ta opowieść, zakorzeniona głęboko w ludzkim imperatywie przetrwania – i to za wszelką cenę – niesie ze sobą dramatyczne i traumatyczne doświadczenie poniżenia, upodlenia, wreszcie umierania, mierzone tyleż własnym cierpieniem, co cierpieniem najbliższych, w tym dzieci.

Wychodząc od krańcowego realizmu, lecz jednocześnie podążając za wyniszczeniem – fizycznym i umysłowym – swojego głównego bohatera, ucieka się z czasem Duval do poetyki koszmaru, maligny, przewartościowującej priorytety, burzącej fundamenty tożsamości jednostki, wtrącającej ją w labirynt ułud, prowadzących de facto do samozniszczenia.

Agata Suchocka, Artefakt

Agatę Suchocką w opowiadaniu „Artefakt” – również odsyłającym nas do doświadczenia ludobójstwa, tyle że dokonanego całe wieki wcześniej, bo do masakry rdzennych mieszkańców Ameryki – interesuje zderzenie słabości ludzkiego charakteru z siłą umocowaną w duchowości, magiczności, mistycyzmie. Ale i starcie tego co duchowe z fizyczną brutalnością i bezdusznością. Stawiając w centrum zdarzeń – niczym ołtarz nieznanej religii – ów tytułowy artefakt, czyli skrzynię z tajemniczą zawartością, Suchocka odprawi nad swoimi postaciami rytuał, który ujawni prawdę – głównie prawdę o ludzkich charakterach.     

Postawienie bohaterów w realiach izolacji, w tym przypadku na statku płynącym przez ocean, sprawia bowiem, że do głosu dochodzą szczególnie mocno kłębiące się w tej ograniczonej przestrzeni najgłębsze lęki, obawy, kompleksy, podsycane tyleż przez palone nielegalnie opium, co przez siły nie do końca jasne, może nawet nadprzyrodzone.

Aleksandra Bednarska, Druga połowa nieba

Mistycyzm, schowany pod maską snu, poddanego dodatkowo dyktatowi chińskiej demonologii służy Aleksandrze Bednarskiej w opowiadaniu „Druga połowa nieba” do snucia narracji geograficznie egzotycznej, ale ideologicznie współbrzmiącej z naszym tu i teraz, o sprawczości kobiet, o postępującej zmianie ich społecznej roli. Ale i o męskich obawach, a nawet wyrzutach sumienia jako reakcji na ten proces emancypacji. Reakcji na nieuchronność i nieodwracalność zdarzeń.

Swoją historię, fabularnie zakotwiczoną w schyłkowym okresie życia ostatniego cesarza Chin, tu zresztą jednego z głównych sprawców zdarzeń, opowiada nam Bednarska z męskiego punktu widzenia. Pozwala jej to zajrzeć za kulisy owego strachu, wywrócić na nice groteskowy w swej naturze zabieg animalizacji tego, co niezrozumiałe, co nowe, co podważa dotychczasowe zasady świata.     

Justyna Hankus, Spadek

Nad granicami człowieczeństwa – a przy okazji życia jako takiego – zastanawia się też Justyna Hankus. Jej opowiadanie „Spadek” – utrzymane w klimacie niepokojącego niedopowiedzenia – staje się dla nas przepustką do skomplikowanego i nie do końca zrozumiałego misterium tworzenia. Procesu kreatywności, który z artysty tworzy demiurga, dawcę duszy, ożywiciela.

Zlecenie na wykonanie kamiennej rzeźby, jakie otrzymuje bohater opowiadania, i jego jednoczesne spotkanie z umierającym ojcem, kreatorem korzystającym z tworzywa chemii, czy może wręcz alchemii, pracującym w laboratorium wypełnionym preparatami ludzkich organów, stanie się w opowiadaniu Hankus zaledwie punktem wyjścia do rozważań o tym, jak cienka linia dzieli to co nieożywione od tego, co żywe, to co nieświadome od uświadomionego, a to co stałe i niezmienne od tego, co podlega niespodziewanym naprężeniom, powodującym pęknięcia w pozornie jednolitych strukturach.

Krzysztof Rewiuk, Cymierman

Słojów z ludzkimi organami nie zabraknie też u Krzysztofa Rewiuka, który w opowiadaniu „Cymierman” dokonuje wiwisekcji – także w sensie dosłownym – człowieka Zachodu postawionego twarzą w twarz z przybyszem ze Wschodu. Przybycie do XVII-wiecznego Amsterdamu tajemniczego Pitera Cymiermana, Czarnego Piotra, istoty z odległego, barbarzyńskiego świata, staje się dla mieszkańców – w tym dla młodej bohaterki opowiadania, Hendrikje van Neck – momentem nie do końca dającego się pojąc zachłyśnięcia się siłą, potęgą przekraczającą granice dotychczasowego poznania.

Rewiuk opowiada nam tę historię przez pryzmat dziecięcego pojmowania świata, w którym dziwność wynika w dużej mierze – choć nie tylko – z niezrozumienia istoty rzeczy i jednoczesnej upartej chęci objęcia umysłem szerszej perspektywy, dotarcia do sedna znaczeń, uchylenia rąbka tajemnicy z pogranicza mistycyzmu, ukrytej za maskami pozorów. 

Olaf Pajączkowski, Styczniowe marzenia, styczniowe koszmary

Olaf Pajączkowski w opowiadaniu „Styczniowe marzenia, styczniowe koszmary” zanurza nas w opowieści powstańczej, przepełnionej polskimi pragnieniami narodowowyzwoleńczymi, zaprzęgając jednak do swej fabuły także mit mesjanistyczny, z którego wyrasta historia wybrańca i powierzonego mu zadania zbawienia ojczyzny.

Sięgając po chwyt rozbudowanej alegorii i odwołując się do mistycyzmu oraz mieszając jawę z sennym koszmarem, autor snuje narrację o bohaterstwie – jego sensie w obliczu kolejnych klęsk i jego znaczeniu dla potomnych.

Dagmara Adwentowska, A jak carem będziesz

Dagmara Adwentowska w opowiadaniu „A jak carem będziesz” przypomina XVII-wieczne polskie ambicje obsadzenia carskiego tronu spolegliwym wobec Rzeczypospolitej domniemanym potomkiem Iwana Goźnego. Skomplikowana, polityczna gra tocząca się wokół syna Dymitra Samozwańca, Iwana Dymitrowicza, pozwala autorce na skonstruowanie fabuły niepozbawionej elementów Kafkowskiego absurdu, głównie jednak przywołującej upiory podsycające narodowe kompleksy wyższości.

Groza chowa się tu zarówno w zakamarkach ludzkich przywidzeń, w urojeniach czerpiących garściami z przekonań o dziejowej roli tej czy innej jednostki, jak i w opisie funkcjonowania mechanizmów władzy prącej do jasno obranego celu bez oglądania się na los jednostki.

Agnieszka Fulińska, Z rodu wilka

Agnieszka Fulińska konstruuje fabułę opowiadania „Z rodu wilka” tyleż z ludowych podań o wilkołakach, co z historycznych doniesień o grasującej w drugiej połowie XVIII wieku we Francji Bestii z Gévaudan. A wykorzystując niejasności i tajemnice narosłe przez stulecia wokół tamtych zdarzeń, odbija się od nich, by dać nam zanurzoną bez reszty w niesamowitości opowieść o powinności, odpowiedzialności i gotowości na poświęcenie w imię wyższej sprawy.

Czerpie przy tym Fulińska garściami z poetyki grozy, opisując nią także niuanse ludzkiej psychiki, dzięki czemu przekłada starą prawdę o dwoistości ludzkiej natury na oryginalny język opowieści. Stawiając pytania ważne w kontekście wszelkich ludzkich działań, sprowadzających się do czynienia zła – pyta ile jest w nas z człowieka, a ile z bestii? I czy stając się bestią potrafimy wciąż odnaleźć w sobie dawne człowieczeństwo? 

Katarzyna Ophelia Koćma, Zaplecze Sklepu z Psychodelią

Granice poznania rozszerza Katarzyna Ophelia Koćma w opowiadaniu „Zaplecze Sklepu z Psychodelią”, w którym przenosi nas do drugiej połowy lat 60. XX wieku, do San Francisco, a dokładnie do słynnej dzielnicy Haight-Asbury, stanowiącej w owym czasie liczną enklawę hippisowskiej subkultury. Świat ten, czy raczej jego mieniącą się kolorami tęczy wizję poddaną wpływom substancji poszerzających horyzonty percepcji, oglądamy oczami Claytona – nowego członka owej społeczności. Taki zabieg pozwala autorce ukazać całą dziwność zdarzeń przez pryzmat kogoś, kto ma prawo się jej dziwić.

A dziwić jest się czemu, skoro zastana przez bohatera komuna żyje już nawet nie na pograniczu jawy i snu, ale we śnie, czy może raczej w czymś, co odbierać mamy prawo jako zbiorową halucynację, będącą jednak dla bohaterów jedyną wersją rzeczywistości. To stan ekstazy, wspieranej kultem jednostki, niejakiego Ozziego, w który Clayton będzie z wolna wsiąkał, coraz chwiejniej balansując między owym początkowym zdziwieniem a narastającą akceptacją.

Aleksander Paradowski, Król niczego

Aleksander Paradowski w opowiadaniu „Król niczego” przenosi nas w opowieść, w której zacierają się granice między epokami, statusem społecznym bohatera, jego doświadczeniem miłości, bliskości – tak w przypadku relacji z kobietami jak i relacji rodzinnych. Tym bowiem, co nadaje fabule rytm, co łączy każdy z tak płynnie przenikających się tu elementów opisujących rzeczywistość bohatera – czy to tytułowego króla, czy to chłopa – jest jedynie wspólny dla wszystkich ból. Jako punkt odniesienia, jako początek i koniec.

Paradowski – czy to przenosząc nas do roku 1944, czy do czasów o cztery wieki wcześniejszych – igra z tradycyjnym sposobem opowieści opartym na związku przyczynowo skutkowym, sprowadzając go do logiki niesamowitości, wynikającej tu głównie z umysłowej kondycji bohatera, jego usilnych prób wyparcia doświadczenia cierpienia.

Adam Włodarczyk, Czeluść i wiatr

Poddane konstrukcji szkatułkowej opowiadanie Adama Włodarczyka „Czeluść i wiatr” jest opowieścią o wyniszczającej rozpaczy, której siła zaraża i niszczy – nie tylko jednostki, lecz w istocie cały świat. Doświadczenie psychicznego rozdarcia i próba budowania okultystycznego pomostu między życiem a śmiercią, korespondować będzie z rozdarciem fizycznym, choć może bardziej nawet metafizycznym, bo pozwalającym na przenikanie się tego, co namacalne z tym, co nadprzyrodzone.

Włodarczyk buduje jednak przy tej okazji opowieść inną, szerszą, w której założona à priori dla całego tomu historyczność fabuły, zyskuje realizację w uchwyceniu momentu dziejowego, który rozgrywa się na naszych oczach – klimatycznej katastrofy, nad którą zdajemy się już nie panować.

Przemysław Poznański, W tém śnie śmiertelnym

W opowiadaniu Przemysława Poznańskiego „W tém śnie śmiertelnym” obcowanie z wojennym okrucieństwem, w tym bycie świadkiem śmierci bliskich, zyskuje realizację w postaci toczącej świat, ale i zaludniające go postaci, zarazy, przybierającej formę zjawisk tyleż nadnaturalnych, co namacalnych. Konstrukcja poddana logice snu, czy wręcz sennego koszmaru, w której ciąg przyczynowo skutkowy wprowadza własne rozumienie chronologii zdarzeń, sprawia, że otrzymujemy opowieść, w której groza realizowana jest poprzez psychiczną kondycję bohatera, wpisaną tak w jego doświadczenia, jak i w trawiącą jego ciało chorobę, mogą mieć zresztą również podłoże psychosomatyczne.

Nawiązując do literackich tradycji, w tym do „Hamleta” Szekspira, a nade wszystko do „Frankensteina” Mary Shelley, a zarazem odwołując się zarówno do niedawnego doświadczenia pandemii, jak i do XIX-wiecznych starć między Grekami a Imperium Osmańskim, autor pokazuje nam uniwersalność lęku – przed śmiercią, owszem, ale przede wszystkim może przed niemożnością wymazania z pamięci zła, którego było się świadkiem. Wyjątkowa plastyczność tej prozy pozwala niemalże współodczuwać z bohaterem opowiadania jego strach, ból i dekadencję końca znanego nam świata.

Echa suplikacji

W całym tomie „Sny Umarłych 2023” pobrzmiewają echa suplikacji, owego „od powietrza, głodu, ognia i wojny…”, brzmiące niemalże tak samo, jak wznoszone od tysięcy lat w świątyniach starożytnego Egiptu, greckich, rzymskich i chrześcijańskich, w czasach plag, pożogi i pomoru, z tą wszakże różnicą, że ów trisagion autorów nie wychwala po trzykroć żadnego boga, lecz z pewnym zaskoczeniem spogląda na człowieka jakim był, jakim jest i jakim być może. I na to wszystko co w człowieku drzemie. I co drzemie w targających nim demonach.

Sny umarłych 2023. Polski rocznik weird fiction
Redaktorzy tomu: Wojciech Gunia, Krzysztof Grudnik
Wydawnictwo IX, 20 grudnia 2023
ISBN: 9788367482783

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej