książki

O wstydzie | Katharina Volckmer, Wizyta

Narratorka „Wizyty” wrzuca nas w sam środek nieskrępowanego monologu o swoich seksualnych fiksacjach, by tak naprawdę dać nam precyzyjną definicję wstydu. Osobistego i narodowego: niemieckiego wstydu z powodu nazistowskich zbrodni. O książce Kathariny Volckmer pisze Przemysław Poznański.

Jeśli szukać określenia formy tej książki, najbliższe będzie zapewne nazwanie jej monodramem. Owszem, nie ma tu didaskaliów i innych atrybutów przydatnych aktorce, która miałaby wygłaszać ten tekst, a jednak podczas lektury trudno uwolnić się od wrażenia, że „Wizyta” jest napisana właśnie jak sceniczny monolog. Dostajemy bowiem potoczysty słowotok pacjentki skierowany do lekarza. Lekarza, który jest tu głównie figurą pretekstową, zwierciadłem fiksacji, odbijającej kompleksy i lęki mówiącej, nieodzywającym się tu ani słowem. Do tego stopnia, że gdyby pokusić się o wystawienie tego monodramu na scenie, obsadzanie aktora w roli łysiejącego dra Seligman nie byłoby w istocie konieczne. 

Znajdujemy się przez cały czas w jednym miejscu – w lekarskim gabinecie, o którym powiedzieć można tyle, że na pewno nie jest to gabinet psychoanalityka, na co pozornie wskazywać mogłaby treść monologu, zahaczającego o próbę odnalezienia źródeł osobistych traum. W jakim zatem? „Widuje pan nago więcej osób niż ja, panie doktorze” – powie narratorka. A w innym miejscu wspomni o małych, gładkich dłoniach doktora, które idealnie nadają się do wykonywanego zawodu, albo zauważy: „niemal czuję, jak się pan krzywi tam na dole”. To rozwiązanie jest być może najlepszym z pomysłów autorki – opowieść o wstydzie u specjalisty od najbardziej intymnych bolączek narzuca siłą rzeczy szczerość wypowiedzi, skoro i tak nie ma się już nic do ukrycia.

Jakiejkolwiek specjalności nie wykonywałby lekarz, to najistotniejsze wydaje się jego pochodzenie. Dr Seligman jest Żydem. Dla narratorki, Niemki, która wyemigrowała do Londynu (to powielenie życiorysu autorki, której powieść powstała po angielsku), okoliczność ta okazuje się bodźcem dla wyrzucenia z siebie potoku zwierzeń osnutych w sporej mierze (a wbrew pozorom nawet wyłącznie) wokół niemieckiego wstydu związanego ze zbrodniami na narodzie żydowskim. Wstydu – jeśli posłuchać bohaterki – nieprzepracowanego, skupionego na próbach zadośćuczynienia za zbrodnie poprzez uczenie się w szkole na pamięć pieśni Hawa nagila i stawianie pomników, nie zaś poprzez dopuszczenie do siebie myśli o tym, że Żyd mógłby być jednym ze współmieszkańców. Jakby nieświadomie próbowano wypierać czy przemilczeć to, z czym wiąże się owo poczucie wstydu. „W naszej wyobraźni żaden Żyd nie mógłby być zwykłym taksówkarzem” – mówi narratorka. A wcześniej pisze: „po dziś dzień, panie doktorze, żyjący Żyd stanowi dla każdego Niemca przyczynę wielkiego podniecenia – w dzieciństwie nikt nas nie przygotował na coś takiego”.

Tak radykalna próba zmiany narracji w opowieści o ofiarach i sprawcach zmusza autorkę do znalezienia formy, która również odbiegać będzie od tradycyjnego sposobu opowiadania o trudnej przeszłości. Volckmer sięga więc do arsenału groteski, by czerpać z niego pełnymi garściami. I tak jej opowieść o rodakach i ich przywarach staje się zbiorem anegdot, przytaczanych w tonie  gawędy popadającej w słodko-gorzką ironię czy nawet sarkazm.

Przeczytaj także:

Weźmy choćby młodzieńcze marzenie bohaterki, by wymazać zbrodnię Holokaustu poprzez zakochanie się w Życie. „Ale nie pierwszym lepszym Żydzie, tylko takim prawdziwym, z pejsami i jarmułką”. Weźmy podtytuł książki (w polskiej wersji pominięty): the Story of a Jewsh Cock (gdzie „cock” rozumieć trzeba jako „fiut”), co pokazuje przy okazji, że nie stroni też narratorka od słów nacechowanych wulgarnością, a całość ubiera w iście Allenowski kostium pełen seksualnych fiksacji – głownie własnych, ale i po części narodowych – raz po raz zbliżając się nawet do parodii. I tak jej rodacy zostają opisani jako ci, którzy nie potrafią dobrze „wyssać kogoś”, bo wychowano ich „na nadmiarze suchego chleba”, bo „w języku niemieckim nie istnieje określenie na przyjemność, znamy tylko żądzę i radość”. Sama bohaterka już w pierwszych zdaniach przyznaje, że miała sen, w którym była Führerem, gdzie indziej przyznaje się do sadomasochistycznych snów na jawie z udziałem „małego A.”, wspomina o orgazmach pod portretami Hitlera.

Ta opowieść skręca raz po raz w jeszcze bardziej osobistą spowiedź o przygodnym seksie w toalecie, czy marzeniu o własnym seksrobocie, pozostając jednak niezmiennie opowieścią o wstydzie – wstydzie kobiet, ale i wstydzie mężczyzn, z których większość „czuje się zagrożona, gdy ktoś tak bezczelnie przychodzi oceniać ich fiuty”. To możliwość wstydu, gdyby zmarła porażona prądem z uszkodzonego wibratora, to wstyd z powodu „niemieckiego podejścia do golizny” (jako dziecko bohaterka oglądała w łóżku nagiego ojca, który spał bez piżamy), w którym nie ma wbrew pozorom nic awangardowego. „Jeśli już, moim zdaniem chodzi o demonstrację, że nie masz nic do ukrycia. (…) Że twoje ciało jest zdrowe i nie wyhodowałeś sobie trzeciego sutka albo szpotawej stopy, nie wyruchałeś przypadkiem żadnego Żyda i nie zanieczyściłeś całej swojej rasy”.

Groteskowość opowieści idzie jednak dalej – Volckmer bawi się bowiem wszelkimi rodzajami przerysowania i brzydoty – głównie w opisie własnego ciała. Ciała trzydziestolatki, która zaczyna się starzeć, która wygląda „jak stary kartofel z włosami z plastiku”. Przy tym zmierza do autopsychoanalizy, gdy mówi: „Boleśnie sobie uświadamiam, że w niczym nie przypominam aryjskiego ideału (…)” – przyznaje narratorka, przyjmując do wiadomości, że nie będzie się nadawać do „któregoś z gorących filmów Riefenstahl”. A jeszcze gdzie indziej dodaje: „Przez wiele lat dręczyło mnie przekonanie, że jestem zwykłym łożyskiem wydalonym po porodzie (…)”.

Ta autokrytyka, a może nawet autoagresja jest w sposób jasny kolejnym sposobem na przepracowanie „traumy sprawcy”, traumy prawnuczki nawet nie nazisty, ale kogoś, kto choćby jako zwykły kolejarz odpowiadał za sprawny transport pociągów do Auschwitz.

„Wizyta” nie jest opowieścią oczywistą, liniową. Jej spora dygresyjność, pozorne uciekanie od głównego tematu jakim jest wstyd za Holokaust, w opowieści o własnej seksualności, sprawia, że książka raz po raz może sprawiać wrażenie słowotoku popadającego w przypadkowość. To wrażenie mija jednak, gdy książkę Volckmer potraktujemy jako intymny monolog o wstydzie. I o próbie sobie z nim radzenia.

Katharina Volckmer, Wizyta (The Appointment. Or, the Story of a Jewish Cock)
Przełożyła Agnieszka Walulik
Pauza, Warszawa, 4 kwietnia 2022
ISBN: 9788396364128

____________________________

The female narrator of „The Appointment” puts us in the middle of an uninhibited monologue about her sexual fixations, to really give us a precise definition of shame. Personal and national: German shame over Nazi crimes. Przemysław Poznański writes about Katharina Volckmer’s book.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: