wywiad

Barbara Sadurska o bliskości | Rozmawia Małgorzata Żebrowska

Czytanie zaspokaja potrzebę bycia mieszkańcem osobnej planety. Rzecz w tym, że cudownie czasem zaprosić na nią innych. Jak również ich odwiedzić. Oraz odkryć, że jednak mieszkamy w tym samym świecie. O, to ostatnie jest naprawdę cudowne! – mówi Barbara Sadurska, laureatka Nagrody Gombrowicza, której debiutancka „Mapa” zostanie w tym roku wydana w języku angielskim. Rozmawia Małgorzata Żebrowska.

Barbara Sadurska, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Małgorzata Żebrowska: Basiu, bardzo Ci dziękuję, że przyjęłaś zaproszenie do rozmowy na temat bliskości. Mam wrażenie, że to słowo jest dla Ciebie niezwykle ważne. W czasie naznaczonym pandemią i głębokim kryzysem społecznym nie jest o nią łatwo między czytelnikami a autorami, między ludźmi w ogóle. Tymczasem ty potrafisz stworzyć podczas spotkań autorskich niezwykłą aurę, sprawiając, że każdy z nas czuje się częścią wielkiego misterium, ale również ma wrażenie, jakbyś mówiła właśnie do niego. Jak to się robi?

Barbara Sadurska: To ja dziękuję za zaproszenie! Brakuje mi rozmów, to prawda. Nie jesteś jedyną osobą, która podkreśla trudność, jaka powstaje w związku z pandemią. Mam wrażenie, że kontakty „przez szybkę”, zza ekranu, są ersatzem, namiastką. Spotkanie z czytelniczkami i czytelnikami jest rodzajem wymiany myśli. Ich obecność uskrzydla, dodaje energii i wiary w to, że warto pisać. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki sama tego nie doświadczyłam. Wydawało mi się, że ja, introwertyczka, będę unikała spotkań autorskich. Jest jednak tak, że przed spotkaniem umieram ze strachu i najchętniej bym uciekła, ale kiedy już rozmawiam z ludźmi, słucham, co mówią, co jest dla nich ważne w literaturze, czego doszukali się w „Mapie”, dlaczego w ogóle czytają, o, takie spotkania mają sens. Bo wiesz, w bliskości nie chodzi o to, żeby się zaprezentować z najlepszej strony, tylko o to, żeby się naprawdę spotkać.

Bo wiesz, w bliskości nie chodzi o to, żeby się zaprezentować z najlepszej strony, tylko o to, żeby się naprawdę spotkać.

Jak bardzo literatura zbliża ludzi? A może oddala nas od siebie, czyniąc mieszkańcami osobnych planet, na których czyta się coś innego?

– A może i jedno, i drugie? Po doświadczeniu kilkunastu tygodni spędzonych na małej przestrzeni z ludźmi, którzy co prawda są mi bliscy, a nawet mogę powiedzieć, że ich kocham, zaryzykowałabym twierdzenie, że możliwa jest jednocześnie bliskość i, jak to nazwałaś: oddalenie czyniące nas mieszkańcami osobnych planet. I tak samo jest z literaturą. Okazuje się, że czytanie tych samych lektur uwspólnia, buduje płaszczyznę wspólnych doświadczeń, przygotowuje grunt do zbudowania głębszej relacji. Myślę nawet trochę szerzej: w ogóle zanurzenie w kulturze robi coś takiego. Zobacz, wspólne oglądanie filmów, słuchanie tej samej muzyki, wyjścia do teatru, wiesz, o czym mówię. Nagle okazuje się, że mamy o czym rozmawiać, że poznajemy inny punkt widzenia, że uwzględniamy cudzą perspektywę. Nasza bliskość, paradoksalnie, zamiast nas zamykać w coraz węższym kręgu, zatacza szersze koła i zaczyna obejmować i innych ludzi, i nowe zjawiska. Ale odbywa się to na etapie reflektowania tego, co przeczytaliśmy, rozmawiania o tym, dochodzi do tego na etapie spotkania z człowiekiem. Samo czytanie zaspokaja inną potrzebę. Bardzo dobrze mi znaną potrzebę bycia mieszkańcem osobnej planety. Rzecz w tym, że cudownie czasem zaprosić na nią innych. Jak również ich odwiedzić. Oraz odkryć, że jednak mieszkamy w tym samym świecie. O, to ostatnie jest naprawdę cudowne!

Debiutowałaś jako dojrzała kobieta, z poukładanym życiem. Czy nie czujesz się teraz osaczona przez media, flesze, przez ten cały szum wokół ciebie? Nie brakuje ci anonimowości? Innymi słowy – czy tłum wielbicieli, który cię otacza, nie podchodzi do ciebie zbyt blisko? Jak wyznaczasz granice między tym, co twoje, a tym, co publiczne?

– Masz zupełnie mylne wyobrażenie o tym, co się dzieje w moim życiu w związku z „Mapą”. Nie ma żadnego tłumu ani szumu. Rozumiem, że może się takie wrażenie brać stąd, że publikuję różne informacje na Facebooku, ale robię to głównie przez szacunek dla organizatorów spotkań i osób, które poświęcają mi swój czas, prowadząc spotkania autorskie. Granica pomiędzy tym, co publiczne, a tym, co prywatne jest dokładnie tam, gdzie była. Jeśli ja sama jej nie przekraczam, nikt tego nie robi. Naprawdę.

Jak to się dzieje, że człowiek nagle siada i pisze arcydzieło? Skąd do ciebie przyszła „Mapa”?

– Nie wiem. Nie mam doświadczenia pisania arcydzieła. Gdybym miała pisać arcydzieło, chyba bym się zapłakała na śmierć. Napisałam siedem opowiadań. Fajnie mi się je pisało, bo lubię pisać opowiadania. Wydaje mi się, że nie ogarnęłabym większej narracji, pogubiłabym się. Opowiadanie daje mi lepszy wgląd w całość, wiem co poprawić, co skrócić, co wyrzucić. Po „Mapie” napisałam jeszcze kilka tekstów. I nadal twierdzę, że pisanie opowiadań jest świetne.

Tak, to prawda, pisanie opowiadań jest świetne, ale skonstruowanie z nich tak misternej układanki, jaką ty stworzyłaś, to zupełnie nowa jakość w polskiej literaturze. Czy za to właśnie otrzymałaś Nagrodę Gombrowicza?

– W pewnym sensie chyba tak. Te opowiadania rzeczywiście dają się odczytać jak powieść. Prawdę mówiąc jestem nadal zaskoczona (i zachwycona) tym, że jestem laureatką Nagrody Gombrowicza. Nie mogę w to uwierzyć. Nie dlatego, żebym nie doceniała „Mapy”, ale naprawdę wszystkie nominowane książki są wspaniałe. Ja wiem, że tak się tylko mówi po nagrodzie, ale ja to mówię z serca: przeczytałam „Patyki, badyle” Urszuli Zajączkowskiej, „Dropie” Natalki Suszczyńskiej, „Pustostany” Doroty Kotas i „27 śmierci Toby’ego Obeda” Joanny Gierak-Onoszko. A „Mapy”, od jej wydania, z wyjątkiem fragmentów czytanych na głos – nie.

Samo czytanie zaspokaja inną potrzebę. Bardzo dobrze mi znaną potrzebę bycia mieszkańcem osobnej planety. Rzecz w tym, że cudownie czasem zaprosić na nią innych.

Czy łatwo pozostać blisko siebie po sukcesie medialnym? Jak weryfikujesz, czy nadal jesteś Basią Sadurską, tą sprzed „Mapy”? A może, nawet zmieniając się, wciąż pozostajesz sobą?

– Małgosiu, ja naprawdę nie osiągnęłam żadnego medialnego sukcesu. Od wydania „Mapy” w moim życiu zmieniło się tyle, że jest w nim więcej radości, bo normalnie się cieszę, że się podoba i że jest dostrzegana, a nawet nagradzana. Jest też więcej powodów do żartów, bo moi najbliżsi nie należą do grzecznie ułożonych ludzi i pozwalają sobie na docinki i takie tam, w stylu: „– Dzwonię do ciebie Basiu, czy ty teraz właśnie udzielasz wywiadu?” – to moja siostra. Albo „O!, proszę, dla pisarki kawa w filiżance czy w literatce?” – to Piotrek, syn mojej siostry. To, co wyprawiają moje dzieci, nie nadaje się do publikacji.

Niedługo „Mapa” zostanie przetłumaczona na język angielski i wyruszy na międzynarodowy rynek. Jakie uczucia towarzyszą ci, gdy posyłasz swoje dzieło w świat?

– Umieram ze strachu. A jednocześnie cieszę się ogromnie, nie mogę się wprost doczekać, kiedy zobaczę ten tekst po angielsku w tłumaczeniu Kate Webster. To bardzo uważna tłumaczka. Domyślam się tego na podstawie pytań, jakie mi zadała, gdy kończyła tłumaczenie. Tłumaczenie ukaże się jesienią w brytyjskim wydawnictwie Terra Librorum.

Mam takie doświadczenie z tłumaczeniem, że w obcym języku tekst podoba mi się bardziej, nie wiem dlaczego. Tak było np. z „Pełnią”, tym opowiadaniem nagrodzonym podczas Miedzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu. Rok później ukazało się w tłumaczeniu Marka Kazmierskiego w czasopiśmie „Opowiadanie”, nr 9/2019. Cały numer poświęcony jest tłumaczeniom tekstów festiwalowych. Zresztą ty przecież też jesteś laureatką tej samej nagrody za opowiadanie pt. „Mrówki”. Ukazało się ono niedawno w magazynie „Wizje”, prawda?

Tak. W styczniowym numerze. Wśród czytelników Zupełnie Innej Opowieści sporo jest adeptów pisania, nie może zabraknąć prośby o radę dla tych, którzy marzą o sukcesie literackim. Jak odnaleźć się w świecie literatury? Co zrobić, by pozostawać blisko swoich pragnień i marzeń literackich, lecz jednocześnie zmieścić się we wciąż zmieniających się trendach wydawniczych? A może w ogóle nie starać się w nich mieścić?

–  Jejku, nie wiem. Może powinnam wiedzieć? Prowadziłam warsztaty w SLA UJ i studenci też o to pytali, ale ja nie umiem odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Jeśli komuś zależy na tym, żeby się zmieścić w trendach wydawniczych, to musi się jakoś do nich dostosować, ja nie bardzo wiem, ani jak, ani jakie są trendy. To chyba prędzej wiedziałby ktoś z konkretnego wydawnictwa. Ja czytam starocie, których nikt już nie chce wznawiać, więc naprawdę, byłabym złym doradcą. Ale mam jedną radę: jeśli ktoś chce coś pisać, niech to napisze. Bo „Koniec jest najważniejszym elementem całości”. Tak powiedział Arystoteles i ja się tego trzymam.

Rozmawiała Małgorzata Żebrowska

* Barbara Sadurska – absolwentka m.in. Wydziału Prawa i Administracji oraz Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 2010-2015 publikowała artykuły popularnonaukowe w czasopiśmie „Know How”. Prowadzi szkolenia z prawa autorskiego oraz warsztaty kreatywnego pisania. W 2016 roku opublikowała „Terra z lasu”, (projekt Funduszu Partnerstwa) – materiały edukacyjne dla dzieci, rok później „Rea córka burzy” (projekt Funduszu Partnerstwa) – materiały edukacyjne dla dzieci, a w 2018 „Gaja w Nowej Hucie” (projekt Funduszu Partnerstwa) – materiały edukacyjne dla dzieci, w 2019 roku opublikowała w wydawnictwie Nisza powieść „Mapa”. Na Międzynarodowym Festiwalu Opowiadań otrzymała w 2018 r. I nagrodę w konkursie za najlepsze opowiadanie (International Short Story Festival) „Pełnia”, w 2020 roku nagrodzona Nagrodą Literacka im. Witolda Gombrowicza za „Mapę”.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: