książki

Pieśń o ojcostwie | Michael Chabon, Telegraph Avenue

Tak, to powieść w rytm muzyki. I chociaż ten rytm nie jest spokojną balladą, jest raczej szalonym jazzem z poprzedniego wieku, okraszonym momentami hiphopową melorecytacją, to jednak ta kompozycja jest bardziej niż fascynująca. Nie ukołysze was do snu, nie poderwie do tańca, ale z całą pewnością pobudzi wasze szare komórki. I przypomni o dość zapomnianym, a nawet śmiem powiedzieć, że pomijanym ostatnio, a niezwykle ważnym temacie – ojcostwie. Recenzuje Edyta Niewińska.

Ale zanim opowiem wam, co takiego mnie zaintrygowało w powieści Telegraph Avenue, chcę złożyć najszczersze wyrazy uznania dla tłumacza. Ta powieść nie była łatwa w tłumaczeniu. Wielokrotnie złożone zdania, sporo kolokwializmów i slangu (tak sobie wyobrażam oryginał, znając jedynie wersję tłumaczoną) musiały być wyzwaniem. A jednak język tej powieści to majstersztyk, podobnie, jak tłumaczenie. Iskrzy, brzmi, a najgenialniej wyraża się w dialogach. Ta powieść to kopalnia przeznakomitych dialogów, które ani nie udają mowy potocznej, ani nie stwarzają jakiegoś wymyślnego języka. Te dialogi są jak życie, jak transkrypcja z filmu, jak podsłuchane rozmowy gdzieś na drugim krańcu świata.

Dialogi w tej powieści uważam za jej najmocniejszą stronę. Fabuła mnie nie zaskoczyła, zakończenia spodziewałam się już od jakiejś czterysetnej strony. Ale też nie o zaskoczenia w tej powieści chodzi. Na niemal sześciuset stronach autor snuje opowieść o mężczyznach i ich zmaganiach z materią życia, w tym też ojcostwa.

Obaj główni bohaterowie powieści, Nat i Archy, są ojcami. Każdy z nich radzi sobie z tym inaczej. Ten, który radzi sobie gorzej, ma też fatalną i pogmatwaną relację z własnym ojcem – nie są państwo zdziwieni, prawda? Ten, który radzi sobie lepiej, ma syna wrażliwca i żonę-opokę spokoju. Ten, który radzi sobie gorzej, ma nieślubnego syna, którego całkiem niedawno poznał oraz ciężarną żonę-furiatkę. I zdradza wszystkich na prawo i lewo, w tym własną żonę i wspólnika. Och, ale w obliczu próśb własnego ojca o ponowne nawiązanie relacji jest nieugięty jak Sylwester Stallone. Bo przecież krzywdy wyrządzonej za dzieciaka dorosły mężczyzna nikomu nie wybacza. Z czułością wspomina matkę, z pogardą ojca. Z lekceważeniem traktuje swojego nastoletniego syna, nie uświadamiając sobie jednocześnie, że za chwilę na serio zostanie ojcem. A w tym czasie całe życie całkowicie mu się wali, na łeb, na szyję. Przyjaciel, który był mu jak ojciec, nagle umiera. Konkurencja, która zamierza otworzyć pod jego nosem komercyjny sklep z płytami, nie odpuszcza. Syn domaga się uwagi, żona pakuje się w kłopoty, wspólnik zaczyna być trochę wkurzony, ojciec domaga się uwagi. Niezły pierdolnik, prawda?

Ale wróćmy do muzyki. Przyjaciele, Nat i Archy, w swoim pokrytym już nieco kurzem sklepiku, handlują winylami z jazzem. Mają mnóstwo chłamu, ale też perły, jakich mało. Skupują stare kolekcje, w całości – szmiry wespół z diamentami. Muzyką przesiąka więc cała ta opowieść. Będzie tu groovy jazz, którego wielbicielem i zagorzałym wykonawcą jest pan Jones. Będą smutne, melancholijne ballady Coltrane’a. Bedą marszowe, swingujące numery grane przez nowoorleańskie jazzbandy lub ich współczesne lesbijskie wersje. Bedzie muzyka pełna smutku, radości, zmęczenia życiem codziennym, furii, wkurzenia na świat, rozczarowania, niezgody na dyskryminację i zmęczenia dotychczasowym życiem.

Bo to jest także powieść o zmianie, o tym, że życie jej się nieustannie domaga. Podobnie jak definicja ojcostwa, macierzyństwa, partnerstwa i w ogóle wyobrażenie o sobie samym domagają się nieustannej rewizji. I o tym, że im bardziej będziemy się temu opierać, tym bardziej pakujemy się w kłopoty na własne życzenie. Co nie znaczy, że te wszystkie zmiany i aktualizacje będą łatwe. Często są trudne, bywają coraz trudniejsze, a nawet cholernie wkurzające. Ale bez nich melodia nie płynie, a igła gramofonu przeskakuje wciąż do tego samego miejsca. O czym boleśnie przekonuje się nasz niebieski ptak występujący tu w roli skołowanego ojca. A gdyby wam było mało, to w powieści występuje także papuga.

To nie jest powieść, którą się “łyka” w dwa wieczory. Chwilami mnie irytowała, chwilami się ciągnęła, czasami zaś zachwycała swoją błyskotliwością. Ta książka jest nierówna, ale tak już jest ze wszystkim – z życiem, z albumem świetnego muzyka, z drogą prowadzącą prosto przed siebie. Tym niemniej gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę powieść. To znakomita rozrywka na zimowe wieczory. Przyniesie wam gorący powiew egzotyki i łagodną melodię tacierzyńskiego bluesa. Tylko nie spodziewajcie się, że z lekkością podchwycicie i zanucicie refren. Z jazzem nigdy nie jest tak łatwo.

Michael Chabon, Telegraph Avenue
Tłumaczenie: Krzysztof Majer
Wydawnictwo WAB 2020

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: