felieton

Gdy rozum śpi, budzą się demony | Felieton Małgorzaty Żebrowskiej

Śnijmy nadal nasze sny, budujmy zamki z piasku. Bądźmy jak orkiestra na Titanicu, jak tańczący pasażerowie. Myślę, że nie warto się budzić, nie teraz, za pięć dwunasta. Już nie – pisze Małgorzata Żebrowska.

Gdy byłam małą dziewczynką, dręczył mnie pewien powracający koszmar. Najpierw biegłam przez miasto, w którym szalała zawierucha wojenna. Wielkie postacie – humanoidalne giganty, przemierzały każdą ulicę, demolując sklepy, wysadzając budynki i polując na ludzi z olbrzymimi młotami. Istoty te – demony? – z łatwością mogły zmiażdżyć każdego człowieka. Robiły to równie obojętnie i bezrefleksyjnie jak ja, kilkuletnia dziewczynka, wyrywałam muchom skrzydełka i gniotłam w palcach mrówki.

Zdołałam uciec przed gigantami – pamiętam uczucie ulgi i wielkiego zmęczenia. Dotarłam do domu, usiadłam do obiadu z moją rodziną. Byłam szczęśliwa, bo wszystkich ich miałam przy sobie. Niestety, wraz z upływem czasu, moi rodzice i brat zaczęli się rozpływać w powietrzu. Gdy zobaczyli moją rozpacz, mama powiedziała smutno: córeczko, my już dawno nie żyjemy.

Obecnie, w okresie izolacji społecznej, wielu z nas dręczy ten sam niepokój – czy bliscy, z którymi rozmawiamy przez telefon, są tak samo dostępni jak wówczas, gdy mogliśmy ich fizycznie dotknąć, przytulić, gdy mogliśmy objąć ich ramieniem? Czy dostęp wirtualny, tak obecnie chwalony i często wykorzystywany, jest tym samym, co pójście na kawę z koleżanką? Na ile więzi za pośrednictwem technologii mogą zastąpić te w realu? I czy z czasem nie znikną, nie ulotnią się w powietrzu – jak rodzina z mojego snu?

Myślę o tym coraz częściej. O więziach, nie tylko rodzinnych, ale i społecznych. Nieuchronnie podążaliśmy w kierunku atomizacji społeczeństwa, zamknięcia się we własnych, bezpiecznych bańkach, z aplikacjami szytymi na miarę, z serialami, grami, książkami, które możemy skroić pod nasze – tylko nasze – potrzeby. Nie wiadomo kiedy staliśmy się własnymi awatarami – ostatnio również w sensie dosłownym, gdy wielu z nas zaczęło ochoczo zastępować fotkę profilową na fejsie swoim elektronicznym odpowiednikiem. Fotoszopujemy rzeczywistość, zamazując gładkim pikselami nie dość piękne życie i wklejając nieskazitelne fotografie w mediach społecznościowych. Nie orientujemy się, w którym momencie znikamy, całkowicie pozbawieni tożsamości. Łapiemy się na tym, że najbliższych przyjaciół, mieszkających w sąsiedniej dzielnicy, widzieliśmy pół roku temu i w zasadzie nie jesteśmy już pewni, jak naprawdę wyglądają.

Znikają więzi społeczne, bo nie ma ich jak i gdzie pielęgnować. Znika poczucie przynależności, a człowiek staje się osobną wyspą na oceanie zdalnych kontaktów. Rozum jednak nie śpi – rozum czuwa, kreując kolejne ciemne wizje, które, co jakiś czas, znajdują potwierdzenie w rzeczywistości.

Goya, Caprichos No. 43, El sueño de la razon produce monstruos/ Museo del Prado

Francisco Goya to jeden z najdoskonalszych malarzy Oświecenia – wieku rozumu, triumfu mądrości nad zabobonem, racjonalizmu nad niepojętą nadprzyrodzonością. Rycina „Gdy rozum śpi, budzą się demony” weszła w skład cyklu „Kaprysy”, będącego krytyką ówczesnego społeczeństwa hiszpańskiego. Oczywiście, najłatwiej byłoby, przez analogię, nawiązać do naszego rządu, kleru, do sytuacji społeczno-politycznej, jaka obecnie panuje w Polsce i na świecie, szczególnie w jego zachodniej, „oświeconej” części. Sęk w tym, że nie jestem pewna triumfu rozumu nad metafizyką i nie wiem, czy rzeczywiście zawołanie: „Przebudźcie się!” sprawi, że demony ulotnią się, znikną niczym wampiry pod wpływem promieni słonecznych.

Społeczeństwa zachodnie spały przez wiele, wiele lat i śniły piękne sny. Wydawało się, że możemy bez żadnych konsekwencji dla planety prowadzić gospodarkę rabunkową. Że możemy ingerować w delikatną równowagę między organizmami żywymi, bezkarnie zarządzać całym ziemskim inwentarzem, uważając, że nam się to po prostu należy. Robiliśmy to zuchwale i zapamiętale, w pocie czoła budując kolejne imperia, wspinając się na kolejne szczyty i w sposób bezprecedensowy tworząc niewyobrażalne fortuny.

Oczywiście, te ostatnie nie dotyczyły nas wszystkich, tylko garstki wybranych – zwykli ludzie pracowali na ich sukces, wciąż wierząc, że jeszcze „mogą wszystko” i dając się ponieść iluzji amerykańskiego – nomen omen – snu.

Sny o potędze, o ziemskim raju, o świetlanej przyszłości nie miały i – jak już wiemy – nie będą miały pokrycia w rzeczywistości. W spektakularny sposób zniszczyliśmy Ziemię, a teraz nadal udajemy, że w zasadzie nic się nie stało. Jesteśmy jak dziecko, które otwiera jedno oko o poranku. Wie, że zaraz musi wstawać, iść do szkoły, wypełniać swoje obowiązki, lecz prosi mamę – Matkę Naturę – o jeszcze kilka minut snu pod przytulną kołdrą. Już wiemy, że trzeba będzie się kiedyś zbudzić – jednak decydujemy, że jeszcze nie teraz, jeszcze mamy czas. Obawiam się, że gdy zdecydujemy się obudzić, będzie za późno. Wpadniemy do klasy spóźnieni i bez odrobionej pracy domowej.

Niestety, to nie my poniesiemy konsekwencje naszej krótkowzroczności i lenistwa, lecz nasze dzieci. Wieloletnie, systemowe zaniedbania sprawią, że wkrótce będziemy się zmagać nie tylko z wirusem z Wuhan, lecz z całymi, złożonymi problemami, o których nagle zrobiło się nieco ciszej. Mam ochotę bić na alarm, uruchomić wszelkie budziki świata – z jednej strony; a z drugiej mam poczucie, że już dawno jest na to za późno.

Saturn już pożera swoje dzieci, jak na innej, przerażającej rycinie Goi. Jedyne, co możemy w tym momencie, to dać nam – i sobie – znieczulenie, by mniej i krócej bolało.

Jednak wielu z nas w tym momencie doświadcza przebudzenia – silne emocje, stres, głębokie poczucie zagrożenia sprawiają, że nagle i nieodwołalnie budzimy się. To, co widzimy, nie wygląda optymistycznie. Oto w Stanach Zjednoczonych na dzień dwudziestego ósmego maja 2020 roku, mamy do czynienia z najwyższym od 1948 roku bezrobociem – odkąd Departament Pracy USA wprowadził pomiary. Liczba zgonów z powodu koronawirusa przekroczyła 100 tysięcy, liczba zachorowań już dawno przekroczyła milion.

Amerykanie budzą się ze swego snu, odsetek osób z zaburzeniami psychicznymi ciągle rośnie i wynosi już niemal trzydzieści procent. To, co widzą, rani ich bardziej niż są w stanie znieść – „objąć rozumem”. Nie byli przygotowani na rzeczywistość, pozbawioną kolorowego opakowania propagandy, szumu medialnego, okładek czasopism, które wcześniej ochoczo robiły im wodę z mózgu, przy pomocy środków pochodzących z absurdalnie wysokich przychodów z reklam. Okazało się, że tym razem ich problemów nie da się wyleczyć kolejną parą butów z logo w kształcie bumeranga ani kilogramami tabletek psychotropowych, łykanymi jak dropsy. Zbudzili się, coś się skończyło.

Budzimy się również my, tutaj, w Polsce – w państwie peryferyjnym, do którego wiele prądów cywilizacyjnych dociera z opóźnieniem. Powoli budzimy się w państwie, którego nie rozumiemy coraz bardziej i konstatujemy, że to, co widzimy, nie jest pijanym snem, szalonym koszmarem, surrealistyczną wizją – jest naszym „tu i teraz”.

Czy na to zasłużyliśmy? Jako jednostki absolutnie nie, jako społeczeństwo – również możemy się jedynie biernie przyglądać wtórnym prądom, których początek sięga zarania kapitalizmu, błędnie, jak już większość z nas podejrzewa, uważanego za najlepszy z możliwych porządków, nie podlegający dyskusji. Dopóki interes społeczny nie pokryje się z interesami jednego procenta ludzi gromadzącego 99 procent światowego kapitału, nic się nie zmieni.

Demony nigdy się nie obudziły, bo nigdy wszak nie spały. W dzisiejszym świecie, w którym globalizacja jest oczywistością, zawsze w pewnym miejscu jest noc, a w innym dzień. Zatem – niezależnie od trybu (dziennego lub nocnego), w którym funkcjonują demony, ich działalność może być realizowana całodobowo, w przydatnym i praktycznym modelu 24/7.

Co wobec tego możemy zrobić? Myślę, że nie warto się budzić, nie teraz, za pięć dwunasta. Śnijmy nadal nasze sny, budujmy zamki z piasku. Bądźmy jak orkiestra na Titanicu, jak tańczący pasażerowie.

Przeżyjmy nasze życie najlepiej, jak umiemy i dajmy sobie miłość. Choć nie uratuje ona świata, może sprawić, że zatoniemy w lepszych nastrojach, a naszym potomkom da więcej sił w momencie, gdy staną oko w oko z Armagedonem.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: