felieton

Horror, byle niezbyt straszny | Felieton Wojciecha Guni

Być może największym problemem we współczesnym postrzeganiu literackiego horroru w Polsce jest wciąż dominujące powiązanie w świadomości czytelników tego typu literatury z umiarkowanie wartościową i niezbyt mądrą rozrywką. Skutki tego są trochę zabawne, a trochę smutne: czytelnicy skreślają z góry wiele wartościowych książek ze względu na dyskwalifikującą w ich oczach przynależność gatunkową, zaś wydawcy i pisarze literatury grozy, która wykracza poza zgrane wzorce i schematy, uciekają się do nieraz groteskowej ekwilibrystyki marketingowej, byle tylko ukryć przynależność gatunkową książki. A czasami po prostu – kiedy tego wydawniczego qui pro quo nie wystarcza – ostatecznie uciekają od gatunku, który uformował ich twórczą tożsamość.

Z czym kojarzy ci się literacki horror? Jeśli zadamy takie pytanie dostatecznie szerokiej grupie,  otrzymamy zapewne cały katalog najbardziej typowych atrybutów: tu jakieś zombie, tu jakiś wampir, tu jakiś psychopatyczny morderca, tu jakiś demon, może potwór, mniej lub więcej przemocy, traktowanej w mniej lub bardziej rozrywkowy sposób, i tak dalej. Jeśli z łatwością możemy zdefiniować możliwie reprezentatywny katalog chwytów i atrybutów gatunkowych, oznacza to mniej więcej tyle, że gatunek wszedł w etap, w którym funkcjonuje głównie jako rozrywka, zapewniana przez kompulsywne powtarzanie znanych i lubianych bodźców.

A znane i lubiane to przecież rzeczywista śmierć dla gatunku, u którego podstawy znajduje się konieczność przepracowania tak silnego stanu jak lęk. Lęk, który nie ma nic wspólnego z tym, co znamy, a już na pewno nie z tym, co lubimy.

Stąd pewien paradoks w odbiorze utworów gatunkowych: choć postać seryjnego mordercy albo potwora czyhającego w lesie nad jeziorem powinna odwoływać się do naszego wewnętrznego poczucia zagrożenia, to podczas czytania silniejsza okazuje się nasza wewnętrzna potrzeba, by monstrum zrealizowało swój zasadniczy cel, zdefiniowany przez schemat: nie lękamy się zatem potwora, pragniemy za to, aby w sposób możliwe efektowny uśmiercił postaci, które znajdą się w jego zasięgu. Z jednej strony odczuwamy być może niepokój, ale z drugiej strony ten niepokój nie jest prawdziwy, jeśli w gruncie rzeczy pragniemy, aby coś się wydarzyło: sprzeczność tych intencji zdradza przecież już sam fakt, że przystępujemy do konsumpcji tekstu, po którym wiemy, czego się spodziewać. Kto z czytelników slashera nie czułby zawodu, gdyby ani jeden nastolatek z ośrodka nad jeziorem nie pożegnał się z życiem? Albo gdyby zombie nie pożarły ani jednego człowieka? Ot, ironia losu: moc konwencji sprawia, że odwróceniu ulega tradycyjna identyfikacja: mniej identyfikujemy się z ofiarami, a bardziej z potworem i to jemu w gruncie rzeczy kibicujemy.

A co z horrorami, które proponują nam grę nie na naszych warunkach wywiedzionych z oczekiwań, ale na ich własnych zasadach?

Tu zaczynają się problemy. Dla czytelników, dla pisarzy i także dla wydawców.

Istnieją trzy książki, które osobiście bardzo cenię, które są pełnoprawnymi horrorami – w sensie podejmowania zagadnienia trwogi – a które dobrze ilustrują sytuację, gdy horror staje się problematyczny dla wszystkich.

Wydana przez PIW w 2008 r. w ramach serii współczesnej literatury niemieckojęzycznej „Kroki” powieść Thomasa Glavinica Za sprawą nocy stanowi przejmujące studium wyobcowania: jego bohater, trzydziestokilkuletni mieszkaniec Wiednia zostaje poddany alienacji totalnej, kiedy z dnia na dzień ze świata, w niewyjaśnionych okolicznościach znikają wszyscy inni ludzie. Za sprawą nocy, odwołujące się mocno do Wielkiego solo Antona R. Herberta Rosendorfera, idzie jeszcze dalej w przedstawianiu ludzkiej samotności: Jonasz stanie się ostatecznie obcy także dla samego siebie, gdy odkryje, że kiedy kładzie się spać, jego ciało przejmuje „śniący” – ktoś inny, wykonujący pod osłoną nocy różne absurdalne czynności, rejestrowane przez kamery, rozstawiana przed snem przez Jonasza.

Powieść Glavinica operuje tym rodzajem lęku, który jest nieoswajalny, który nie został oswojony poprzez niezliczone repetycje w prozie gatunkowej (choć przecież motyw „ostatniego człowieka na Ziemi” nie jest niczym oryginalnym), a przez to wzbudza w czytelniku rzeczywisty dyskomfort i grozę. Efekt? Ani PIW nie promował powieści jako horror (choć powieść jest horrorem) ani nie słyszała o niej przytłaczająca większość polskich czytelników horroru. A ci, którzy po nią sięgają, nader często uznają ją za pozycję po prostu niestrawną – tak drastycznie rozjeżdża się z ich oczekiwaniami względem tego, co powinna zawierać literatura gatunkowa.

Podobnym przykładem jest Tonąca dziewczyna Caitlin R. Kiernan, przetwarzająca mit o syrenie, by opowiedzieć o skrajnym doznaniu odmiennego stanu świadomości, jakim jest schizofrenia paranoidalna. I znów: budząca prawdziwy dyskomfort wielowarstwowa, erudycyjna wyprawa w głąb znękanego chorobą umysłu, mimo przytłaczającego natężenia mroku i dziwności, ani nie była reklamowana jako horror (choć jest 100% horrorem) ani nie znalazła zbyt szerokiego uznania wśród konsumentów powieści Stephena Kinga oraz jego polskich odpowiedników (średnio raz na sezon objawia się jakiś nowy polski Stephen King) bądź wielbicieli Grahama Mastertona. Ukazała się po prostu w serii agregującej nietypową fantastykę („Uczta wyobraźni” wydawnictwa MAG).

Wydawnictwo MAG wydało także Dom z liści Marka Z. Danielewskiego – jeden z najbardziej awangardowych formalnie horrorów wszechczasów, łączący powieść o urojonej relacji o nieistniejącym filmie o dziwnym domu z literaturą ergodyczną i liberaturą. I o ile w tym przypadku czytelnicy horrorów nie mieli na ogół problemu z pierwszą warstwą powieści – przygodową historią o eksploracji budynku, wewnątrz którego wyrósł labirynt – o tyle zmagania z kolejnymi warstwami i metawarstwami tekstu bywały już przygodą zbyt rozjeżdżającą się z oczekiwaniami, choć to właśnie w nich kryło się przerażające sedno książki: opowieść o totalności fikcji, w której wszyscy funkcjonujemy.

W przytoczonych powyżej przykładach lektur uderza to, że opowiadają przede wszystkim o drastycznie odmiennych stanach psychicznych, o zaburzonej percepcji ludzi, którzy z rozmaitych powodów zostali postawieni przez rzeczywistość gdzieś na marginesie tego wielkiego pędu. A przecież rosnące statystyki występowania zaburzeń psychicznych dobitnie pokazują, że każdy z nas może pewnego dnia zostać postawionym wobec doświadczenia utraty tej podstawy bytowania, jaką jest integralność „ja”. Każdy z nas albo każdy z naszych bliskich, podobnie jak ludzie z naszego otoczenia, których stabilność warunkuje też stabilność naszego życia.

Tymczasem zaburzenia psychiczne należą do kategorii lęków tabuizowanych. A tak się składa, że pisarze horrorów, którzy decydują się sięgnąć do lęków nieoswojonych, niedozwolonych albo czynią to w sposób bezkompromisowy (niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z wyrafinowanym, zgłębiającym zaburzoną świadomość weird fiction Thomasa Ligottiego, czy transgresjami Edwarda Lee), wypełniając najmocniej zobowiązanie, które wynika z definicji gatunku, skazują się tym samym – paradoksalnie – na funkcjonowanie na jego obrzeżach.

Jest to znamienne – albo wydaje się, że jest – także dlatego, że jeśli horror zawsze wyrażał zbiorowe lęki, to zamykając się w skorupie konwencji i szybkiej rozrywki traci kontakt z tym, co stanowiło jego źródło, czyli właśnie z realnością generującą trwogę. A przecież trwoga nadal nas dotyka, jest niezbywalna, zmieniają się tylko jej przyczyny. Wskutek tego okazuje się, że nie mamy ust, choć przecież musimy krzyczeć. Przecież właśnie w tym tkwi prawdziwy potencjał literatury, która z lęku uczyniła sobie przedmiot refleksji: rozliczać się w pełni z rzeczywistością, która jest źródłem tego lęku. Nie zagadywać go kolejnymi iteracjami już znanych i oswojonych historii, o ile nie da się w nie wpisać nowych sensów, bo to w doświadczeniu czytelniczym do niczego nie prowadzi i niczego nie uczy, ale pozwolić przyjrzeć się i zmierzyć z tym wszystkim, co czasami w sposób trudno dostrzegalny czyni ludzkie życie doznaniem przykrym. Bowiem horror może nas przede wszystkim uwrażliwić: na inność, na odmienności widzenia świata i wynikające z nich nie zawsze przyjemne konsekwencje.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: