Reklamy
wywiad

Marta Guzowska: Wkurza mnie post-prawda | Rozmawia Przemysław Poznański

Wkurza mnie i boli negowanie nauki, czyli czegoś, czego mechanizmy znam. Owszem, zdarza się czasami, że nauka błądzi i po latach okazuje się, że jakaś uliczka była ślepa, ale po pierwsze nie dotyczy to spraw tak fundamentalnych jak wynalezienie szczepionek, a po drugie nauka tak czy inaczej zawsze oznacza postęp. Nie przypuszczałam, że dożyję epoki, w której się cofamy jako społeczeństwo. To jest jak drugie średniowiecze, budowane na zjawisku tzw. post-prawdy. Tego, że można sprzedać innym dowolne bzdury, byle by tylko robić to w sposób przekonujący – mówi Marta Guzowska, autorka psychologicznego thrillera „Rok Szczura”. Z pisarką spotkaliśmy się w Gdańsku, tuż przy kościele, który odgrywa w powieści istotną rolę. Rozmawia Przemysław Poznański.

Przemysław Poznański: „Rok Szczura” rozpoczyna się dwadzieścia lat przed główną akcją, na wykopaliskach, które umieściłaś gdzieś tutaj, w okolicach kościoła Bożego Ciała w Gdańsku.

Marta Guzowska: Muszę przyznać, że nigdy tu nie byłam na wykopaliskach. Ale kościół Bożego Ciała powstał na początku XIV wieku i obok znajdował się szpital. A tam gdzie jest szpital, tam też umierają ludzie. A skoro umierają, to trzeba ich pochować.

Więc teoretycznie mógł tu być opisany przez ciebie zbiorowy grób z okresu średniowiecza?

– Mógł, ale ten opisany przez mnie jest wymyślony. Dopisałam fikcyjne cmentarzysko do istniejących realiów.

Nie zdradzimy chyba wiele, jeśli powiemy, że w tle mamy epidemię dżumy.

– Pierwsza epidemia dżumy w tych terenach, a wtedy to były Prusy Wschodnie, pojawiła się w połowie 1350 roku i niewiele o niej wiemy. Jak twierdzą historycy, na dżumę zmarli wtedy  jacyś członkowie rady miejskiej, ale źródła historyczne nie są pewne. Dlatego mogłam sobie pozwolić na napisanie, że to odnalezione cmentarzysko, to miejsce pochówku ofiary tamtej dżumy.

A jednak pierwotnie chciałaś umieścić ten retrospektywny wątek „Roku Szczura” zupełnie gdzie indziej.

– Bardzo chciałam umieścić wykopaliska na Żuławach. Kiedyś byłam tam na wykopaliskach i to było z jednej strony miejsce szalenie interesujące, ale z drugiej – dramatycznie niebezpieczne.

Był to bowiem roku wielkiej powodzi roku 1997, a Żuławy to depresja. Pracowaliśmy bardzo blisko wałów. Codziennie po pracy chodziliśmy na te wały patrzeć, jak blisko podeszła woda. Dodam, że w zasięgu wzroku nie było ani jednego drzewa, ani jednego domu, żadnego miejsca, które mogłoby posłużyć za schronienie w momencie, gdyby Wisła te wały przerwała. I chciałam, żeby moi bohaterowie codziennie po wykopaliskach chodzili obserwować tę wodę, żeby dodatkowo odczuwali też ten lek związany z zagrożeniem ze strony żywiołu.

Ale jednak najważniejsza jest prawda. Wtedy, w XIV wieku, to miejsce, gdzie prowadziliśmy wykopaliska, było co najmniej o dzień drogi od Gdańska. Znajoma ekspertka uświadomiła mi, że nie wożono by ofiar dżumy tak daleko, Że chowano by je w zbiorowych grobach na terenie miasta, lub tuż pod miastem. Uznałam więc, że mój pomysł jest nierealistyczny historycznie i postanowiłam go zarzucić.

Kryminalnym punktem wyjścia są znalezione w tym grobie zwłoki kogoś z osób obecnych na wykopaliskach.

– Nie chcę za bardzo mówić o tej śmierci, ponieważ w mojej książce długo jest mowa o tym, że ktoś umarł, a nie wiadomo, kto. Ale rzeczywiście książka skonstruowana jest na dwóch płaszczyznach. Jedna rozgrywa się dwadzieścia lat wcześniej na wykopaliskach w Gdańsku, gdzie jest grupa studentów, która odbywa praktyki wykopaliskowe, i tam faktycznie ktoś umiera, lub zostaje zabity. I ta sama grupa spotyka się dwie dekady później, już w Warszawie, przy okazji pogrzebu żony jednego z nich. Kobieta ma być ofiarą wypadku samochodowego, ale ten wypadek ma miejsce na jednym z mostów. Po zderzeniu kobieta jest w stanie jeszcze wyjść z auta, ale spada do rzeki i się topi. Łatwo dojść do wniosku, że została zabita. I jedna z bohaterek, która kiedyś, te dwadzieścia lat wcześniej chciała dojść, dlaczego umarła tamta osoba na wykopaliskach, teraz chce dojść, dlaczego zginęła żona jej przyjaciela.

Co ciekawe, po tych dwudziestu latach mało które z nich wykonuje zawód archeologa. Interesuje mnie czy oparłaś tę sytuację na faktach. W końcu ty też jesteś z wykształcenia archeologiem, ale w przeciwieństwie do większości twoich bohaterów zostałaś w zawodzie.

– W zasadzie tylko jeden z bohaterów nadal wykonuje ten zawód, a inny – główny bohater, Szczur – został bibliotekarzem w Instytucie Archeologii, choć dla niego to raczej dowód tego, że jest nieudacznikiem. Przecież chciał być archeologiem, a został bibliotekarzem, w jego mniemaniu kimś, kto siedzi i zbiera kurz z książek. Oczywiście mówimy o jego optyce, bo ja szanuję zawód bibliotekarza.

Często jestem pytana, ile jest prawdy w moich książkach. Otóż to jest prawdą: na studiach też miałam paczkę przyjaciół, z którymi trzymaliśmy się bardzo blisko, nie ruszaliśmy się nigdzie bez siebie, wszędzie razem jeździliśmy i przesiadywaliśmy godzinami w lokalu, który się nazywał NOT.

U ciebie to jest NOR.

– Tak mi bardziej pasowało, bo główny bohater nosi ksywkę Szczur, więc knajpa to jakby Nora Szczura. Ale wracając do prawdy: nam też się pourywały kontakty i też na Uniwersytecie zostały spośród nas trzy osoby, natomiast cała reszta się rozeszła, rozjechała po Polsce. I też wykonują teraz najróżniejsze zawody. Z częścią nie mam nawet kontaktu.

Wątek wykopalisk, a raczej tego, co znaleziono w zbiorowym grobie, jest tu bardzo ważny. Jednak główna akcja dzieje się już z dala od stanowiska archeologicznego. Wcześniej napisałaś znakomity thriller „Raj”, w którym w ogóle nie ma archeologii, przedtem jednego z najistotniejszych tematów, wokół których budowałaś intrygi. Czy jest trochę tak, że powoli będziesz – jak bohaterowie „Roku Szczura”, zostawiać wykopaliska gdzieś za sobą i szukać innych równie ciekawych miejsc do umieszczenia fabuły?

– Z tą archeologią to jest tak: akcje moje pierwszych powieści umieszczałam na wykopaliskach, bo po prostu czułam się z tym bezpiecznie. To mój świat, moje środowisko, byłam więc pewna, że wszystko opiszę, jak trzeba i wiarygodnie. Dopiero kiedy okrzepłam jako pisarka, znalazłam w sobie odwagę, żeby trochę wyjść poza ten teren, chociaż, w międzyczasie, archeologia stała się już moim znakiem rozpoznawczym. Nie chcę deklarować, że teraz już wszystkie moje powieści będą działy się z dala od wykopalisk, tak samo jak nie chcę deklarować, że wszystkie będą zawierały wątki archeologiczne. Pozwólcie mi jeszcze zaskoczyć czytelników (śmiech).

Gdy myślę o „Roku Szczura”, jestem przekonany, że to powieść o kłamstwie. Tym małym, codziennym, ale i tym wielkim, które zatruwa umysły całych społeczeństw. Także tym, który reprezentuje choćby ruch antyszczepionkowy – ważny „bohater” tej powieści.

– Istnienie kogoś takiego jak antyszczepionkowcy osobiście mną wstrząsa. Nie rozumiem, jak to możliwe, że w XXI wieku kwestionowany jest jeden z największych wynalazków ludzkości. Rozumiem mechanizmy socjologiczne, które za tym stoją, ale nadal nie wierzę, że takie myślenie jest możliwe. To jest dla mnie tak dziwne, tak przerażające, że musiałam o tym napisać.

Często piszesz o swoich lekach, fobiach. Tym razem napisałaś o tym, co cię wkurza.

– Ja jednak jestem naukowcem. Wkurza mnie i boli negowanie nauki, czyli czegoś, czego mechanizmy znam. Owszem, zdarza się czasami, że nauka błądzi i po latach okazuje się, że jakaś uliczka była ślepa, ale po pierwsze nie dotyczy to spraw tak fundamentalnych jak wynalezienie szczepionek, a po drugie nauka tak czy inaczej zawsze oznacza postęp.

Nie przypuszczałam, że dożyję epoki, w której się cofamy jako społeczeństwo. To jest jak drugie średniowiecze, budowane na zjawisku tzw. post-prawdy. Tego, że można sprzedać innym dowolne bzdury, byle by tylko robić to w sposób przekonujący.

Pokazujesz to swoje wkurzenie w sposób jednoznaczny. Myślisz, że powieść gatunkowa, dzięki temu, że dociera do masowego czytelnika, ma też do spełnienia rodzaj misji, choćby edukacyjnej?

– Edukacja nie zaszkodzi (pamiętaj, kto raz był belfrem ten jako belfer umrze). A poważnie: sama lubię czytać powieści, które oprócz rozrywki niosą wiedzę. Właśnie skończyłam najnowszą powieść Bernarda Miniera „Na skraju otchłani”, z której dowiedziałam się masy interesujących rzeczy na temat sztucznej inteligencji. Takie zdobywanie wiedzy jest szalenie przyjemne, mam nadzieję, że moi czytelnicy też to doceniają.

Bohaterem powieści jest wspomniany Szczur. To niezwykle ciekawie skonstruowana postać, narrator, który przez większość książki wydaje się być przezroczysty, niedostępny. Dzięki niemu wprowadzasz do powieści dodatkową dawkę tajemnicy.

– Bardzo lubię konstruować postaci, to jedna z tych rzecz, które w tej pracy naprawdę uwielbiam. Poświęcam temu wiele czasu. Szczerze mówiąc uwielbiam Szczura. Dlatego że jest bardzo niejednoznaczna postacią, jest – jak mówisz – przezroczysty i na którymś poziomie okazuje się kimś innym niż czytelnik ma prawo uważać na początku. Bardzo mi na zbudowaniu takiej postaci zależało, bo potrzebowałam kogoś, kto będzie pasował do tej opowieści o kłamstwie, o post-prawdzie. Kogoś, kto podczas pierwszej lektury nam się wymyka, a gdy się cofamy i czytamy od nowa, zauważymy, że wszystko, czego się o nim dowiadujemy, było już sygnalizowane, tylko że przez cały czas wierzyliśmy z zupełnie inny jego obraz.

Elementem tego kłamstwa, o którym piszesz, jest też fałsz mediów społecznościowych. Istotną rolę odgrywa w „Roku Szczura” fejkowe konto na Facebooku. Nie można powiedzieć, że krytykujesz media społecznościowe, ale jednak trochę ostrzegasz, pokazujesz zagrożenia.

– Założenie takiego konta jest banalnie proste, a w epoce cyfrowych zdjęć równie proste jest udokumentowanie takiego konta, stworzenie „historii” jego właściciela.

Istnieją więc fejkowe konta, jest masa kont botowych. I to stanowi wielki problem, bo nie wiemy, z kim mamy tak naprawdę do czynienia, kim jest osobna, która stoi za jakimiś głoszonymi w internecie poglądami, opiniami, przekazem. To tym groźniejsze, że raczej ufamy z założenia znajomym z Facebooka, bo widzimy to, co chcemy, bo żyjemy w bańce.

Powieść, pisana w pierwszej osobie jest w pewnym sensie adresowana do innej ważnej postaci, Magdaleny Wilczur – pisarki powieści obyczajowych, która w tym momencie nie ma trochę na siebie pomysłu, więc z tych wszystkich zdarzeń, które rozgrywają się wokół niej, próbuje wyłuskać temat na nową książkę, tym razem kryminalną. A jak było z twoim pisaniem kryminałów? Dlaczego ten gatunek?

– Ja nie pisałam powieści obyczajowych i nie bardzo lubię ten gatunek, choć przyznam, że trochę jest to taka moja guilty pleasure, bo czasami jednak sięgam po powieści obyczajowe i wtedy zdarza się, że napawam się lekturą. Natomiast kryminał uwielbiam bez reszty, dlatego wybór tego gatunku, rozumianego szeroko, bo akurat „Rok Szczura” to bardziej thriller psychologiczny, jest dla mnie oczywisty. Chyba nie byłabym w stanie napisać czegoś innego. Po prostu piszę to, co lubię czytać.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Współpraca Jakub Hinc

*Marta Guzowska od ponad dwudziestu lat jest archeologiem. Pracowała w Troi, w najbardziej prestiżowych wykopaliskach świata. Mieszkała w wielu miejscach na świecie, nie zawsze bezpiecznych. Współprowadzi portal „Zbrodnicze siostrzyczki” i wraz ze współautorkami napisała książkę „Mordercze miasta”. Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru w 2013 za debiut literacki – „Ofiarę Polikseny”, wyróżniona też nominacją do tej nagrody za „Głowę Niobe”, „Chciwość” i „Regułę nr 1”. Laureatka Nagrody Złotego Pocisku za „Regułę nr 1” (2017) oraz Czarnego kapelusza na Poznańskim Festiwalu Kryminału Granda za postać Toma Mary z powieści „Ślepy archeolog” (2019). Pozostałe jej książki także spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem: „Wszyscy ludzie przez cały czas” (2015), „Czarne światło” (2016) i „Ślepy archeolog” (2018), „Raj” (2018) i „Rok Szczura” (2019).

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: