Reklamy
książki

Dziennik uciekania | Jarosław Czechowicz, Toksyczność

„Toksyczność” Jarosława Czechowicza to poruszający dziennik ucieczki – pełnej potknięć, z nielicznymi momentami podnoszenia się z upadku. Ucieczki od toksyczności, jaką niesie niespełnione życie, ale i ucieczki w toksyczność, jaką jest alkohol.

Można do tematu alkoholizmu, w tym alkoholizmu kobiet, podejść na wiele sposobów. Można być obiektywnym obserwatorem, relacjonującym obserwowane zdarzenia, można popaść w emocjonalny subiektywizm, pełen oskarżeń i rozdrapywania ran. Czechowicz poszedł jeszcze inną drogą – wydaje się, że najlepszą – próby zrozumienia. A nic nie pozwala na to lepiej niż wejście w skórę bohaterki, stanie się nią, spojrzenie na problem jej oczami.

Mogło to też stać się pułapką. Pierwszoosobowa narracja, wykluczając obiektywizm, narzuca z reguły czytelnikowi punkt widzenia, często służy też wymuszeniu sympatii do osoby, która dzieli się z nami swoją historią. W „Toksyczności” opowieść bohaterki, jej swoista spowiedź, wydaje się jednak maksymalnie szczera, zbyt szczera, byśmy mogli zakładać, że jest próbą manipulowania emocjami czytelnika, że ma na celu usprawiedliwianie się lub szukanie współczucia. Czechowicz nie każe bowiem swojej bohaterce, Janinie, szukać odbiorcy jej opowieści, lecz pozwala jej relacjonować życie przed samą sobą, a więc bez niedopowiedzeń i ubarwień. Jeśli uznamy, że to, co spotyka w życiu bohaterkę, jest wytłumaczeniem jej zachowań, jeśli ją rozgrzeszymy, to zrobimy to na własną odpowiedzialność. Podobnie gdy uznamy, że wina leży od początku do końca wyłącznie, albo w znaczącym stopniu, po jej stronie. To ważne, bo dzięki temu „Toksyczność” zyskuje walor uniwersalności – pokazuje problem, ale nie ocenia, wypełnia skrajnymi emocjami, ale nie są to emocje sugerowane nam wprost, lecz raczej te wynikające z nas. Wściekłość na bohaterkę, niezrozumienie czy współczucie dla niej biorą się z naszych doświadczeń, z naszego współodczuwania – czy to wobec Janiny czy wobec tych, których dotyka jej alkoholizm.

Janina pochodzi z domu tyranizującego rodzinę ojca alkoholika i zastraszonej matki, której śmierci będzie zresztą świadkiem. Ucieka od tego życia gdy tylko nadarza się ku temu pierwsza sposobność, choć zostawia za sobą ten dom tylko fizycznie, bo przecież nigdy nie ucieknie od niego emocjonalnie, nosząc je w sobie jak zbyt ciężki bagaż. Czy to znaczy, że była skazana na dziedzictwo alkoholizmu? Jej małżeństwo to historia emocjonalnej klęski, słabości wiodącej wprost do upadku. Czy jednak słabość innych to wytłumaczenie naszej słabości? Rzecz w tym, że wśród wielu toksyczności, które stają się udziałem Janiny, nie ma tej jednej, która przeważyłaby szalę w stronę nałogu bohaterki. To bardziej skomplikowane – alkoholizm jest tu pochodną przetrwanych traum i drobnych przypadkowych zdarzeń, jest czymś, co mogło nigdy się nie zdarzyć, ale i czymś, co tu wydaje się oczywiste. Jest, a zarazem nie jest, wyborem bohaterki, która przecież raz po raz znajduje siłę, by podnieść się z upadku, a jednocześnie za każdym razem upada jeszcze boleśniej.

Może dlatego lektura „Toksyczności” nie należy do łatwych. Nie ze względu na język, który dostosowany jest do wykształcenia i doświadczenia bohaterki, a zatem pozbawiony nadmiernej literackości czy jakichkolwiek stylistycznych gier. Trudność – przynajmniej dla mnie – stanowi ciągłe mierzenie się z rozczarowaniem, jakiego dostarcza nam bohaterka. Sinusoidę jej życia – od upadków przez podnoszenie się i kolejne upadki – Czechowicz spłaszcza w partiach górnych, a wydłuża w dolnych. Nigdy nie jest nam dane długo cieszyć się wraz z Janiną jej wydobywaniem się na powierzchnię, za to obserwując jej pogrążanie się, idziemy wraz z nią od nieszczęścia do nieszczęścia wciąż bardziej w dół, niczym przez kolejne kręgi piekieł. Niewłaściwi faceci, nielogiczne wybory, nieodpowiedzialność, niefrasobliwość, wyrządzanie zła i wyrzuty sumienia – wszystko to następuje po sobie raz po razie, wręcz nawarstwia się, staje szlamem, z którego da się od czasu obmyć, ale nigdy do końca.   

Czechowicz pokazuje bohaterkę, ale przecież musi pokazać też wszystkich tych, których spotkanie z nią dotyka. Bo jak Janina doświadcza w rodzinnym domu traumy, tak i ona sama staje się źródłem traum dla swoich bliskich, przede wszystkim dla syna Filipa i córki Agnieszki. Jej niejednoznaczny stosunek do dzieci jest zresztą jednym z najmocniejszych elementów powieści. To zlepek uczuć tak pogmatwany, że wymyka się definicjom. Miłość (bardziej do córki), niemiłość (raczej w stosunku do syna), tytułowa toksyczność, nienawiść wręcz, wyrzuty sumienia, popadanie ze skrajności w skrajność.

To kwestia tak skomplikowana, że Czechowicz daje na końcu książki kilkadziesiąt stron „Głosów z tła”, czyli wypowiedzi osób Janinie najbliższych. To ich spojrzenie na życie bohaterki, oceniające to, czego ona sama ocenić umiała, lub nie mogła. W ten sposób autor pozwala nam poszerzyć zrozumienie, rozbudowuje spectrum poznawcze, choć dla mnie to bardziej post scriptum do powieści, która tak naprawdę kończy się wraz z końcem relacji Janiny.     

I jeszcze jedno: Jarosław Czechowicz prowadzi ceniony blog o książkach „Krytycznym okiem”. Kto czyta jego recenzje ten wie, że to krytycznoliterackie perełki tworzone przez kogoś, kto o teorii pisania wie naprawdę wiele. „Toksycznością” udowadnia jednak, że – co nie takie częste – potrafi teorię przekuć w praktykę.   

Jarosław Czechowicz, Toksyczność

Prószyński i S-ka 2019

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: