wywiad

Otwieram furtki wyobraźni | Z Grażyną Jeromin-Gałuszką rozmawia Przemysław Poznański

Trzy kobiety, byłe żony tego samego mężczyzny spotykają się pewnego dnia u miejscowego fryzjera. Choć początkowo nie pałają do siebie sympatią, to z czasem przełamią tę niechęć w imię osiągnięcia wspólnego celu – zemsty na mężczyźnie, który je skrzywdził. Taki jest punkt wyjścia powieści „Zmowa byłych żon” Grażyny Jeromin-Gałuszki*, pisarki, która na swoim koncie ma już kilkanaście powieści, w tym tak znane jak „Magnolia”, „Legenda” i „Złote nietoperze”. W wywiadzie dla strony Zupełnie Inna Opowieść pisarka opowiada o tym jak pisze, co ją inspiruje, zdradza także swoje najnowsze literackie plany.

Grażyna Jeromin-Gałuszka w księgarni BookBook podczas premiery „Zmowy byłych żon”, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Przemysław Poznański: Sam pomysł spotkania byłych żon tego samego mężczyzny starczyłby na pasjonującą powieść. Ale ty postanowiłaś dać czytelnikom znacznie więcej – element realizmu magicznego, który okazuje się kluczowy dla fabuły. Skąd pomysł, by uciec się do takiego zabiegu literackiego?

Grażyna Jeromin-Gałuszka: Za każdym razem, gdy już mam wymyślony zrąb historii, myślę jak podnieść sobie poprzeczkę wyżej, żeby opowiadaną historię uczynić jeszcze lepszą, żeby znalazło się w niej coś, co zaskoczy czytelnika. Ale nie wiem, skąd akurat wziął się w mojej prozie realizm magiczny. Na pewno nie było tak, że usiadłam do pisania i pomyślałam: no dobra, dawno nie było wstawki z realizmem magicznym, to teraz wrzucę. To wypływa ze mnie podczas pisania i wtedy już nie mogę się od tego uwolnić.

Skoro dzieje się to już podczas pisania, to – jak rozumiem – nie rozpisujesz sobie wcześniej historii, którą chcesz opowiedzieć? Nie tworzysz tzw. drabinki?

– Nie robię żadnych notatek, żadnych planów, konspektów. Jedyne, o czym myślę, zanim siadam do pisania, jest konstrukcja i ten element zaskoczenia, który muszę dać czytelnikowi. Poza tym mam w głowie pewne obrazy, ogólny zarys fabuły, z czego potem konstruuję historię – czasem ten zarys bardziej konkretny, czasem to tylko ogólna koncepcja. Potem siadam do pisania. Oczywiście z każdą kolejną napisaną stroną kierunek, w którym podążam, staje się coraz bardziej klarowny. Co wcale nie oznacza, że koniec jest zawsze taki, jaki sobie wymyślam w trakcie pisania. Przecież historia potrafi sama skręcić na inne tory. Otwierają się różne furtki wyobraźni. Tak było choćby w „Magnolii”, gdzie w pewnym momencie coś zastukało w głowie i historia poszła w kierunku, o którym na początku w ogóle nie myślałam.

W takim razie plan książki byłby dla ciebie krępujący?

– Raczej tak. W moim przypadku do niczego dobrego by to nie doprowadziło. Ale przede wszystkim nie chciałoby mi się go pisać (śmiech).

A jednak regularnie wydajesz swoje powieści. Jak pracujesz?

– Jest umowa, trzeba się zabrać do pracy. I staram się pisać codziennie, nawet jeśli jest jeszcze daleko do terminu (śmiech). Traktuję to bardzo poważnie, to praca zawodowa. Innej nie mam, bo parę lat temu rzuciłam wcześniejsze etatowe zajęcie. Parzę więc kawę i wychodzę na werandę, siadam na kanapie. Ptaki śpiewają, rzeka szumi, brzozy falują na wietrze, a ja piszę. Do południa. I potem po krótkiej przerwie siadam z powrotem do pracy. Gdy mąż mnie czasem o coś prosi, odpowiadam: „daj spokój, idę do roboty, nie mogę się spóźnić”. Gdyby nie taka dyscyplina, nie udałoby mi się przekonać samej siebie, że mogę pisać zawodowo. A że mam jeszcze w głowie paręnaście historii do opowiedzenia, to dyscyplina jest niezbędna. Oczywiście taka praca oznacza jednocześnie sporo swobody, bo ostatecznie to ja decyduję, kiedy pisać.

Przeczytaj także: One trzy | Grażyna Jeromin-Gałuszka, Zmowa byłych żon

Grażyna Jeromin-Gałuszka w księgarni BookBook podczas premiery „Zmowy byłych żon”, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Czy siadając do pisania wiesz, że będziesz tworzyć np. historię o zemście albo o kobieciej solidarności, jak w przypadku „Zmowy byłych żon”?

– Nie. Chęć zemsty na Mikołaju, który najpierw uwodził, a potem beztrosko porzucał swoje żony, to w sumie tylko pretekst do opowiedzenia o trzech różnych kobietach, osobach z różnym doświadczeniem, w różnym wieku i o tym, że mimo to potrafią dojść do porozumienia, znaleźć wspólny język, a nawet się zaprzyjaźnić. Poza tym u mnie na początku powstawania książki jest nie tyle temat, co miejsce. Oddalony zakątek, miejska kamienica, lub obrazek, który nagle pojawia się w głowie, wspomnienie lub wyobrażenie. Dopiero kiedy mam miejsce, zaczynają zaludniać je bohaterowie, jeden po drugim, i zaczyna rozwijać się ich historia. W przypadku „Zmowy byłych żon”, ale i „Magnolii”, na początku była wizja małego miasteczka. I oczywiście w ostatniej książce było też wyobrażenie prosektorium – miejsca kluczowego dla powieści, które zresztą „chodziło” za mną od lat.

Na ile inspiruje cię Sosnowica, w której mieszkasz?

– Sosnowica to bardzo mała wieś, kilka domów, rzeka, krzaki, drzewa. Pisząc uciekam od tej rzeczywistości. Oczywiście wszystko to, co jest wokół mnie, w jakimś stopniu wpływa na mnie, nadaje mojej prozie klimat, ale nawet gdy umieszczam akcję w podobnym miejscu, np. na brzegu rzeki, to i tak wyobrażam sobie inny brzeg rzeki, niż ten u mnie. Oczywiście inspirują mnie prawdziwe miejsca – w „Magnolii” jest to knajpa w Bieszczadach z hotelikiem umieszczonym w budynku po dawnym więzieniu, w „Nie zostawiaj mnie” kamienica w Warszawie. Ale to tylko inspiracje, reszta to wyobraźnia. Tak samo jest zresztą z bohaterami – przy ich tworzeniu unikam kalkowania znajomych, osób z otoczenia, bliskich.

Przeczytaj także: Słodziaczki, tyranki i zołzy | Otwarte ogrody Manuli Kalickiej

Grażyna Jeromin-Gałuszka podczas Otwartych Ogrodów Manuli Kalickiej”, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Skoro mowa o bohaterach – trzy kobiety ze „Zmowy byłych żon” są, jak wspomniałaś, bardzo różne. W różnym wieku, o różnych zainteresowaniach, różnym systemie wartości. Jak tworzyłaś te postaci, z których każda jest bohaterką z krwi i kości?

– To pytanie często się pojawia, ale nie mam na nie dobrej odpowiedzi. Tak jak pojawia się miejsce i historia, tak samo pojawiają się pasujące do tego postaci – i kobiety i faceci. Moim zadaniem jest tylko każdej z tych postaci dać odpowiednie miejsca w historii, dać szansę odegrania odpowiedniej roli. Widocznie tak już mam. Gdy zamykam oczy, po prostu widzę swoją bohaterkę, każdą po kolei, i wszystkie stają mi się bliskie.

I, podobnie jak w przypadku fabuły, nie tworzysz na kartce charakterystyki każdej z nich?

– Nie, to nie moja metoda. Choć oczywiście muszę dbać o to, by każda z postaci zachowywała się na przestrzeni całej powieści konsekwentnie do jej charakteru.

W „Zmowie…” znajdziemy też postacie męskie, w tym fenomenalnie skonstruowanego Feliksa, niepozornego fryzjera, któremu dajesz jednak do odegrania ważną rolę. To postać niezwykle złożona, niejednoznaczna, w sumie do końca niedająca się zaszufladkować. Jak powstał?

– Trochę w życiu przeżyłam (śmiech). Myślę, że to wynika z daru obserwacji pewnych cech charakteru, i łączenia ich podczas konstruowania postaci. Układania sobie w głowie w różnych konfiguracjach tego, co znam. Feliks postawał wieloetapowo – na początku to miała być taka życiowa sierota, potem stał się osobą pełną zawiści i chęci zemsty, w końcu z połączenia tego wszystkiego wyszedł małomiasteczkowy fryzjer, którego bohaterki są w stanie zaakceptować, a który jednocześnie zdolny jest do czynów, które nie stawiają go w szeregu zbyt cnotliwych bohaterów.

Wiem, że pracujesz nad nowym projektem literackim. Na jakim etapie pisania jesteś teraz? Miejsce, intryga, bohater?

– W zasadzie właśnie skończyłam kolejną książkę (śmiech). Za namową redaktora z wydawnictwa zabrałam się za większą historię. Będzie to opowieść o osadzie, obejmująca 200 lat – od momentu powstania tej osady w dolinie rzeki, aż do naszych czasów. Napisałam na razie pierwszą część, a że cykle powieściowe mają to do siebie, że kolejne książki powinny się ukazywać nieco szybciej, niż powieści pojedyncze, to muszę ostro wziąć się do pracy, żeby trzy części mogły ukazać się w ciągu dwóch lat. Już kiedyś napisałam niewielką sagę „Kobiety z czerwonych bagien” i potem czułam pewien niedosyt, że nie piszę kolejnej, bo bardzo dobrze czułam się z taką formą. Cieszę się więc, że mogłam do tego wrócić. Najnowszy cykl nosi tytuł „Dwieście wiosen” i oznacza dla mnie ciężką pracę, bo trzeba opierać się na historycznych źródłach. Ale dzięki temu tworzę wielką, epicką historię.

Kiedy premiera?

– Ustalamy z wydawcą, ale myślę, że jeszcze w tym roku.

 

Rozmawiał Przemysław Poznański

 

*Grażyna Jeromin-Gałuszka – pisarka, absolwentka bibliotekoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim oraz scenariopisarstwa w PWSFTviT w Łodzi. Publikowała utwory poetyckie i krótkie formy prozatorskie w czasopismach oraz w antologiach poetyckich. Laureatka ogólnopolskiego konkursu na temat filmowy zorganizowanego przez Agencję Scenariuszową i tygodnik „Film”. Współautorka scenariusza jednego z popularnych seriali telewizyjnych. Jej debiutancka powieść „Złote nietoperze” otrzymała pierwszą nagrodę w konkursie literackim „Kolory życia”. Ponadto napisała powieści „Oczy Marzanny M.”, „Kobiety z Czerwonych Bagien”, „Nie zostawiaj mnie”, „Magnolia” i „Zmowa byłych żon”.

 

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.